Crippling Madness
„Armia Umarłych”
Putrid Cult 2026
No to mamy
Crippling Madness album numer trzy. Czy o tych panach można
napisać coś nowego? W zasadzie nie. Kto zespół zna, ten wie, czym to się je i
jak to smakuje. „Armia Umarłych” to bezpośrednia kontynuacja tego, co panowie
zapoczątkowali na „Ponad Zwłokami”, czyli hołdowanie starej szkole thrash
metalu z wyraźnym polskim pierwiastkiem. I to nie tylko dlatego, że teksty mamy
tutaj po naszemu. Nie wiem, jak oni to robią, ale słuchając kolejnych
kompozycji na nowym krążku Lublinian, mam ciągłe wrażenie, jakbym nadal żył w
latach dziewięćdziesiątych, w epoce popeerelowskiej, kiedy to krajowe zespoły,
mimo czerpania garściami z zachodnich wzorców, grały mimo wszystko po swojemu.
Trzeba przyznać, że nie jest to w obecnych czasach absolutnie żadna reguła, a
raczej od niej odstępstwo. Bo zamiast wyraźnych inspiracji Slayer, Exodus,
Kreator, ja tu wyraźnie słyszę Prosecutor czy Quo Vadis, żeby wymienić dwa
pierwsze z brzegu. Panowie trzymają bardzo równy poziom, i to nie tylko biorąc
pod uwagę najnowsze wydawnictwo. Kawałki z ich trzech płyt w zasadzie można by
potasować i rozmieścić w randomowej kolejności, a i tak wszystko by się ze sobą
zazębiało i tworzyło spójny obraz tego, co muzykom w sercu, i głowie, gra. Nie
ma na „Armii Umarłych” jakichś wybijających się przebojowością fragmentów.
Zresztą owej przebojowości to tutaj nie ma wcale, bo melodie Crippling Madness
wcale nie wpadają w ucho od pierwszej nutki. Tutaj wszystko jest raczej
szorstkie i przepełnione agresją. Może poza partiami solowymi, w których
słychać wyraźnie, że panowie do nowicjuszy nie należą, i potrafią zaprezentować
niezłe umiejętności. Całość, tradycyjnie zresztą, została ubrana w bardzo
adekwatne brzmienie. Może nie do końca śmierdzące podrzędnym domem kultury, ale
na pewno stanowiące kwintesencję wspomnianych powyżej lat. No i spójrzcie na
okładkę. Czy ktoś ma tu w ogóle jakiekolwiek pytania? No cóż, jeśli miałbym
określić twórczość Crippling Madness za pomocą prostych słów, to zapewne
„bezkompromisowość”, „szczerość” i „oldskul” wyszłyby z moich ust w pierwszym
rzędzie. Żadnych barier nagrania te nie przełamują, i chyba raczej nikt tego
nie oczekiwał. Są natomiast kolejną, bardzo mocną cegiełką w murze krajowego
thrash metalu. Jeśli macie poprzednie wydawnictwa na półce, to po „Armię
Umarłych” sięgajcie bez wahania, bo rozczarowania nie przewiduję.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz