Brahmashiras
„Trinitite”
Caligari Records 2026
Minęły
trzy latka i Rosjanie wracają z pełnym albumem, na którym kontynuują
spuszczanie wpierdolu za pomocą black-death metalu mocno podszytego punkowymi
manierami. To siedem numerów, które lecą w zmiennych tempach, choć przeważają
te szybsze. Panowie szyją intensywnie mieszając gatunki, używając bez
pierdolenia się w tańcu thrashowego kostkowania, nawiązując do zwyczajów
znanych z lat osiemdziesiątych. Muzę doprawiają dość niskim strojem gitar o
charakterystycznym przesterze i dodatkowo zagęszczają galopującymi bębnami,
którym w tym procederze skutecznie pomaga bas. Do tych tnących i kołyszących anarchistycznie
akordów, okresowo dokładają trochę skandynawskiego tremolando, co oprócz
szorstkich wokaliz, dostarcza sporo diabelskiego pierwiastka. I tak dostajemy
prostą muzę o przybrudzonym brzmieniu, która nikomu się nie kłania, chłoszcząc
plecy i kopiąc w dupę, że aż miło. Zadzierżyste i chropowate rzępolenie, w
którym spotykamy Śmierć z Szatanem, wirujących w szalonym tańcu pogo w rytm
ostrych riffów, łatwo wpadających w ucho chwytliwości o niekiedy wschodnim
usposobieniu, przepysznych d-beatów i chłodnych, wysokotonowych zagrywek.
Surowe połączenie death i black metalu z punkiem, które generuje energiczną
jazdę, potrafiącą również dostarczyć odrobinę posępnych i mrocznych uniesień, a
także zesłać trochę blizzardu w agresywniejszych i chaotycznych partiach.
Zgrzytliwa, nieco garażowa muzyka, z której płynie autentyczna dzikość, ale i
naturalna obojętność, bo Brahmashiras wyraźnie ma wypierdolone na wszystko. Napierdalają
jakby od niechcenia, co owocuje autentycznie brzmiącym materiałem, który
miażdży, ćwiczy batem i gryzie do krwi. Arogancko, bez kompleksów i do przodu.
Czy się to komuś podoba, czy nie. Mi się podoba i to bardzo. Świetny metal,
nawiązujący prostotą i zadzierżystością do lat osiemdziesiątych, lecz o
masywniejszym brzmieniu i bezwstydnie romansujący z antysystemową doktryną. I jak
tu nie polecić?
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz