Possession
„The Mother of Darkness”
Iron Bonehead 2026
Possession z nową płytą wyskoczył niespodziewanie,
niczym diabeł w pudełka, bez żadnych zapowiedzi, singli czy innych zwiastunów. Bardzo to dobra
informacja, tym bardziej, że od ostatniego wydawnictwa Belgów, w postaci dwóch
wypuszczonych jednocześnie splitów minęło siedem lat, a od ostatniego pełniaka
to nawet dziewięć. Warto było jednak czekać, zwłaszcza że długość (ponad
pięćdziesiąt minut), a przede wszystkim zawartość „The Mother of Darkness” w
pełni ten czas oczekiwania rekompensuje. O tym, że Possession należą do liderów
a nie followersów wie każdy, kto z ich wcześniejszymi materiałami, w zasadzie
od debiutanckiego demo „His Best Deceit” począwszy, się zapoznał. W dość
hermetycznym gatunku, jakim jest black/death metal panowie wykreowali swój
własny, niepowtarzalny styl, dzięki czemu ich kompozycje da się rozpoznać
praktycznie w kilka sekund. Nowe nagrania, trochę wzorem wspomnianego,
podwójnego wydawnictwa pod postacią splitów, także zostały podzielone na dwa
rozdziały (przedzielone pierwszym „Outro”, na skrzypce i klawisze), choć, tak
jak i w przypadku „Passio Christi”, przynajmniej muzycznie niewiele się od
siebie różnią. Mamy tu bowiem bezpośrednią kontynuację, czy też rozwijanie, jak
kto woli, stylu, o którym to już wspomnieć zdążyłem. Muzyka Possession oparta
jest przede wszystkim na drapieżnych, demonicznych riffach i bardzo
charakterystycznej motoryce, oraz wszechobecnej atmosferze zła i mroku. Owe
harmonie wyraźnie mają korzenie w klasyce gatunku, zarówno tych z szufladki
death jak i black, aczkolwiek jednoznaczne wskazanie konkretnych wzorców jest w
tym przypadku niemożliwe, gdyż panowie stworzyli opartą na wielu składowych
własną manierę kostkowania i tworzenia dla siebie tylko typowych melodii. Takich
momentami upiornych, nie mających ze słodyczą nic wspólnego. Ową upiorność
dodatkowo windują wokale, będące, co w zasadzie też jest w przypadku Possession
znakiem rozpoznawczym, swoistą mozaiką klasycznego growlowrzasku ze sporą
ilością czystych, choć nie mniej złowieszczych zaśpiewów (przy refrenie do
pierwszego po wprowadzaczu „Tha Black Chapel” można wręcz poczuć zimny oddech
nieświętego ducha na plecach). Nie ma na tym krążku szaleńczego tempa, bo nawet
jeśli panowie chwilami wciskają mocniej pedał gazu, to w rejony blastów się nie
zapuszczają. Jest za to sporo momentów przy których płynąca z kompozycji Belgów
energia rozsadza nas od wewnątrz, kilka wybornych solówek, oraz fragmentów cuchnących
przedsionkiem piekła. Te nagrania kipią gotującą się smołą, a sposób w jaki
muzycy wytapiają z gnieżdżącego się w ich sercach zła harmonie, po prostu musi
mieć coś wspólnego z siłami nadprzyrodzonymi. Od zawsze podobało mi się
brzmienie tego zespołu, nie inaczej jest i w przypadku nowej płyty. Czysta
organiczność z jednoczesnym zachowaniem staroszkolnej selektywności, brud, ale
także odpowiedni ciężar. I jeszcze jedna rzecz, która idzie w parze z samą
nazwą zespołu. Tradycyjnie już, im dłużej słucham nowego materiału Possession,
tym głębiej zapadam się pod powierzchnię trzeźwości umysłu, by po jakimś czasie
tonąć w odmętach opętania. „The Mother of Darkness” to kolejny wyjątkowy album
wyjątkowego zespołu. Jedenaście czasz czystego zła, jedenaście piekielnych
pieczęci, jedenaście ran kłutych zadanych konającemu na krzyżu Nazareńczykowi.
Dla mnie płyta z gatunku perfekcyjnych.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz