piątek, 27 lutego 2026

Recenzja Possession „The Mother of Darkness”

 

Possession

„The Mother of Darkness”

Iron Bonehead 2026

Possession z nową płytą wyskoczył niespodziewanie, niczym diabeł w pudełka, bez żadnych zapowiedzi,  singli czy innych zwiastunów. Bardzo to dobra informacja, tym bardziej, że od ostatniego wydawnictwa Belgów, w postaci dwóch wypuszczonych jednocześnie splitów minęło siedem lat, a od ostatniego pełniaka to nawet dziewięć. Warto było jednak czekać, zwłaszcza że długość (ponad pięćdziesiąt minut), a przede wszystkim zawartość „The Mother of Darkness” w pełni ten czas oczekiwania rekompensuje. O tym, że Possession należą do liderów a nie followersów wie każdy, kto z ich wcześniejszymi materiałami, w zasadzie od debiutanckiego demo „His Best Deceit” począwszy, się zapoznał. W dość hermetycznym gatunku, jakim jest black/death metal panowie wykreowali swój własny, niepowtarzalny styl, dzięki czemu ich kompozycje da się rozpoznać praktycznie w kilka sekund. Nowe nagrania, trochę wzorem wspomnianego, podwójnego wydawnictwa pod postacią splitów, także zostały podzielone na dwa rozdziały (przedzielone pierwszym „Outro”, na skrzypce i klawisze), choć, tak jak i w przypadku „Passio Christi”, przynajmniej muzycznie niewiele się od siebie różnią. Mamy tu bowiem bezpośrednią kontynuację, czy też rozwijanie, jak kto woli, stylu, o którym to już wspomnieć zdążyłem. Muzyka Possession oparta jest przede wszystkim na drapieżnych, demonicznych riffach i bardzo charakterystycznej motoryce, oraz wszechobecnej atmosferze zła i mroku. Owe harmonie wyraźnie mają korzenie w klasyce gatunku, zarówno tych z szufladki death jak i black, aczkolwiek jednoznaczne wskazanie konkretnych wzorców jest w tym przypadku niemożliwe, gdyż panowie stworzyli opartą na wielu składowych własną manierę kostkowania i tworzenia dla siebie tylko typowych melodii. Takich momentami upiornych, nie mających ze słodyczą nic wspólnego. Ową upiorność dodatkowo windują wokale, będące, co w zasadzie też jest w przypadku Possession znakiem rozpoznawczym, swoistą mozaiką klasycznego growlowrzasku ze sporą ilością czystych, choć nie mniej złowieszczych zaśpiewów (przy refrenie do pierwszego po wprowadzaczu „Tha Black Chapel” można wręcz poczuć zimny oddech nieświętego ducha na plecach). Nie ma na tym krążku szaleńczego tempa, bo nawet jeśli panowie chwilami wciskają mocniej pedał gazu, to w rejony blastów się nie zapuszczają. Jest za to sporo momentów przy których płynąca z kompozycji Belgów energia rozsadza nas od wewnątrz, kilka wybornych solówek, oraz fragmentów cuchnących przedsionkiem piekła. Te nagrania kipią gotującą się smołą, a sposób w jaki muzycy wytapiają z gnieżdżącego się w ich sercach zła harmonie, po prostu musi mieć coś wspólnego z siłami nadprzyrodzonymi. Od zawsze podobało mi się brzmienie tego zespołu, nie inaczej jest i w przypadku nowej płyty. Czysta organiczność z jednoczesnym zachowaniem staroszkolnej selektywności, brud, ale także odpowiedni ciężar. I jeszcze jedna rzecz, która idzie w parze z samą nazwą zespołu. Tradycyjnie już, im dłużej słucham nowego materiału Possession, tym głębiej zapadam się pod powierzchnię trzeźwości umysłu, by po jakimś czasie tonąć w odmętach opętania. „The Mother of Darkness” to kolejny wyjątkowy album wyjątkowego zespołu. Jedenaście czasz czystego zła, jedenaście piekielnych pieczęci, jedenaście ran kłutych zadanych konającemu na krzyżu Nazareńczykowi. Dla mnie płyta z gatunku perfekcyjnych.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz