Hellfuck
“9 Nails Hammered into the
Flesh of God”
Godz ov War 2026
Kiedy to trzy i pół roku temu ukazał się debiutancki
krążek Hellfuck, pomyślałem, że to taki jednorazowy wybryk kilku znanych na
krajowej scenie muzyków, oddających w ten sposób hołd dla starego, teutońskiego
thrashu, przy którym zapewne dorastali. Jednocześnie miałem nadzieję, że się
mylę, zwłaszcza że „Diabolic Slaughter” mocno mną pozamiatał, i wracałem do tej
płyty z wielką przyjemnością. Najwyraźniej Pan Szatan wysłuchał mojej cichej prośby,
i szepnął Skullripperowi i spółce do ucha, by wbić kolejne dziewięć gwoździ w
wiszące na krzyży ciało bożego syna. Aby szło to sprawniej i z większą mocą,
podkusił także do wstąpienia w szeregi wspomnianych bluźnierców specjalistę od
prac fizycznych, czyli Zbysia „Inferno” Promińskiego. W efekcie, za niecały
miesiąc, świat nawiedzi drugi piekielny bękart, przynosząc ze sobą nieco ponad
pół godziny muzyki. Muzyki będącej bezpośrednią kontynuacją debiutu, albo,
innymi słowy, wariacją na temat Kreator / Destruction po końskich sterydach.
Tutaj nie ma co fantazjować, czy snuć opowieści z krainy mchu i paproci. Na „9
Nails Hammered into the Flesh of God” panowie napierdalają dokładnie tak, jak
chciałoby się, by dziś napierdalała ekipa Petrozzy. Bo to, co odpierdala
legenda thrash metalu przez ostatnie dwadzieścia lat, a zwłaszcza na dwóch
ostatnich albumach, woła o pomstę do piekła. Płytę Hellfuck powinno się wysłać do
weganina z Essen, co by se dziadek przypomniał stare czasy, kiedy to słowo
„kompromis” było mu obce. Mamy na tej płycie mnóstwo fantastycznych, choć
kompletnie nieoryginalnych riffów, świetne, wkurwione wokale o barwie bardzo
zbliżonej do oryginału, niezłe, staroszkolne solówki, i fenomenalną sekcję
rytmiczną, na temat której nawet nie będę się rozpisywał, bo powiedzieć, że
„Inferno rozjebał”, to jak nie powiedzieć nic. Żeby jednak nie było, że
Hellfuck jest jedynie wściekłym klonem Kreator, podkreślić należy występują na
tym krążku także elementy nieoczywiste. A do takich zaliczyć na pewno można
partie klawiszy. Co prawda bardzo oszczędne, stosowane jako subtelny dodatek, i
schowane w tle, jednak dodające kapkę odmienności od pierwowzoru. W kilku
miejscach pojawiają się także ślady, których nie jestem w stanie stuprocentowo
zidentyfikować. Chodzi mi o płynące niczym rozmyty śpiew syren, czy też
pośmiertny zaśpiew potępionych duchów głosy pojawiające się choćby w „Master of
Decaying World” czy „Destroyer of Heaven”. Zakładam, że to mimo wszystko
syntezatory, choć nie zdziwiłbym się, gdyby były to wokale przepuszczone przez
jakiś kosmiczny efekt. Czymkolwiek są, robią spore wrażenie. Nie ma na tym
albumie fragmentów słabszych. Wszystko tutaj chodzi na poziomie podobnym do
tempa samych kompozycji, czyniąc „9 Nails Hammered into the Flesh of God”
prawdziwą laską dynamitu z odpalonym krótkim lontem. Na chuj komu Kreator,
skoro mamy Hellfuck. Po raz drugi pozamiatane!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz