Throat
„Beyond the Devil's Shroud”
Primitive Reaction 2025
Słucham sobie debiutanckiej płyty Throat chyba już
od roku, gdyż wydanie tego materiału, ze względów różnych, mocno się opóźniło,
ale nadal nie mogę wyjść z podziwu, jak ten zespół niesamowicie się rozwinął.
Od bardzo prymitywnego demo, poprzez kompozycje na EP-ce „Blood Exaltation”,
którą swego czasu chwaliłem za spory postęp i rozwinięcie stylu. Nigdy jednak
bym się nie spodziewał, że „Beyond the Devil’s Shroud” to będzie aż taki skok
jakościowy. Ileż tu się dzieje, to nawet nie wiem od czego zacząć. Może od
tego, że Throat to czysty, rdzenny black metal, co do tego wątpliwości mieć nie
można. Więcej problemów sprawia już w tym przypadku przyklejenie zespołowi konkretnych
inspiracji. Bo o ile pod względem klimatu, a także części wokali, mocno tutaj
zalatuje Cultes Des Ghoules, to całość jest o wiele bardziej różnorodna. Poza
tym, może się i narażę niektórym wyznawcom wspomnianego zespołu, ale Throat na
swoim albumie nie tylko zainspirowali się Ghoulami, ale nawet rozwinęli
autorsko ich formułę, na tyle, że mogę powiedzieć, iż uczeń przerósł mistrza. Zacznijmy
może jednak od początku, jak to klasyk mawiał. „Summerland” to typowy
wprowadzacz. Zawsze uważałem, że intro musi być krótkie, maksymalnie
dwuminutowe. Tutaj trwa cztery. Mamroczące głosy przy akompaniamencie
monotonnie dudniących rytualnych bębnów i pojawiających się w tle odgłosów
niczym z „Blairwitch Project”. Już sam ten wstęp potrafi mocno zahipnotyzować i
jest niczym powolnie otwierająca się brama do piekła. Utwór tytułowy to ponad
dziesięciominutowy kolos, przynoszący na myśl klasyków z północy. Utwór,
podczas którego tempo zmienia się przynajmniej kilka razy, tak samo jak sposób
kostkowania, przez nordyckie tremolo do bardziej klasycznych uderzeń w struny.
Wokalnie mamy tutaj totalną chorobę, której naprawdę nie powstydził się wiadomy
Mark, zarazem, zwłaszcza w momentach blastujących, jakoś dziwnie kojarzących mi
się z intensywnością Titanblood. Ten kawałek chwilami jest niczym lodowe
tornado, przechodzący we fragmenty wolniejsze tylko po to, by otulać klimatem
czarnej magii. „Cain’s Mark” to kompozycja, w której znajdziemy jeszcze więcej
odnośników, czy też „skojarzeń”. Od szybkiego riffowania pod wczesny Mayhem,
przez Impaled Nazarene (zresztą w pewnym momencie pojawia się tutaj także
charakterystyczny efekt na wokalu, niczym z „Ugra Karma”) po wyskakujące niczym
diabeł z pudełka swoiste interludium. Jęki, syki, mlaskanie, a w tle… syreni
głos. Odlot totalny. Podobnie jak jakieś dziwne, schizofreniczne piszczałki w
„Corrupted Flesh”, utworze początkowo utrzymanym w powolnym tempie,
rozpędzającym się dopiero w drugiej części. Na koniec mamy totalną erupcję
wściekłości pod postacią „The Pact”, najkrótszej kompozycji na całym albumie
(choć też nie pozbawionej chwili na złapanie ostatniego oddechu), będącej
idealnym jego podsumowaniem. To bardzo pobieżna dysekcja, bo i tak, mimo iż do
materiału tego wracam już od kilku miesięcy, znajduję na nim nowe smaczki, coś
co mi poprzednio umknęło, albo nie zostało wyłuskane do końca. Jestem tymi nagraniami kompletnie opętany, i
aż się boję o kolejny krok Throat. Jeśli to będzie następny, tak ogromny sus (w
co jednak trudno wierzyć), to chłopaki mogą stworzyć prawdziwe arcydzieło. Ja
jednak mam nadzieję, że przynajmniej utrzymają poziom debiutu. Fenomenalna
płyta!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz