niedziela, 8 lutego 2026

Recenzja Throat „Beyond the Devil's Shroud”

 

Throat

„Beyond the Devil's Shroud”

Primitive Reaction 2025

Słucham sobie debiutanckiej płyty Throat chyba już od roku, gdyż wydanie tego materiału, ze względów różnych, mocno się opóźniło, ale nadal nie mogę wyjść z podziwu, jak ten zespół niesamowicie się rozwinął. Od bardzo prymitywnego demo, poprzez kompozycje na EP-ce „Blood Exaltation”, którą swego czasu chwaliłem za spory postęp i rozwinięcie stylu. Nigdy jednak bym się nie spodziewał, że „Beyond the Devil’s Shroud” to będzie aż taki skok jakościowy. Ileż tu się dzieje, to nawet nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że Throat to czysty, rdzenny black metal, co do tego wątpliwości mieć nie można. Więcej problemów sprawia już w tym przypadku przyklejenie zespołowi konkretnych inspiracji. Bo o ile pod względem klimatu, a także części wokali, mocno tutaj zalatuje Cultes Des Ghoules, to całość jest o wiele bardziej różnorodna. Poza tym, może się i narażę niektórym wyznawcom wspomnianego zespołu, ale Throat na swoim albumie nie tylko zainspirowali się Ghoulami, ale nawet rozwinęli autorsko ich formułę, na tyle, że mogę powiedzieć, iż uczeń przerósł mistrza. Zacznijmy może jednak od początku, jak to klasyk mawiał. „Summerland” to typowy wprowadzacz. Zawsze uważałem, że intro musi być krótkie, maksymalnie dwuminutowe. Tutaj trwa cztery. Mamroczące głosy przy akompaniamencie monotonnie dudniących rytualnych bębnów i pojawiających się w tle odgłosów niczym z „Blairwitch Project”. Już sam ten wstęp potrafi mocno zahipnotyzować i jest niczym powolnie otwierająca się brama do piekła. Utwór tytułowy to ponad dziesięciominutowy kolos, przynoszący na myśl klasyków z północy. Utwór, podczas którego tempo zmienia się przynajmniej kilka razy, tak samo jak sposób kostkowania, przez nordyckie tremolo do bardziej klasycznych uderzeń w struny. Wokalnie mamy tutaj totalną chorobę, której naprawdę nie powstydził się wiadomy Mark, zarazem, zwłaszcza w momentach blastujących, jakoś dziwnie kojarzących mi się z intensywnością Titanblood. Ten kawałek chwilami jest niczym lodowe tornado, przechodzący we fragmenty wolniejsze tylko po to, by otulać klimatem czarnej magii. „Cain’s Mark” to kompozycja, w której znajdziemy jeszcze więcej odnośników, czy też „skojarzeń”. Od szybkiego riffowania pod wczesny Mayhem, przez Impaled Nazarene (zresztą w pewnym momencie pojawia się tutaj także charakterystyczny efekt na wokalu, niczym z „Ugra Karma”) po wyskakujące niczym diabeł z pudełka swoiste interludium. Jęki, syki, mlaskanie, a w tle… syreni głos. Odlot totalny. Podobnie jak jakieś dziwne, schizofreniczne piszczałki w „Corrupted Flesh”, utworze początkowo utrzymanym w powolnym tempie, rozpędzającym się dopiero w drugiej części. Na koniec mamy totalną erupcję wściekłości pod postacią „The Pact”, najkrótszej kompozycji na całym albumie (choć też nie pozbawionej chwili na złapanie ostatniego oddechu), będącej idealnym jego podsumowaniem. To bardzo pobieżna dysekcja, bo i tak, mimo iż do materiału tego wracam już od kilku miesięcy, znajduję na nim nowe smaczki, coś co mi poprzednio umknęło, albo nie zostało wyłuskane do końca.  Jestem tymi nagraniami kompletnie opętany, i aż się boję o kolejny krok Throat. Jeśli to będzie następny, tak ogromny sus (w co jednak trudno wierzyć), to chłopaki mogą stworzyć prawdziwe arcydzieło. Ja jednak mam nadzieję, że przynajmniej utrzymają poziom debiutu. Fenomenalna płyta!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz