Cruel
Force
„Haneda”
Shadow Kingdom 2026
To
już drugi album po reaktywacji tej kapeli, która miała miejsce w 2022 roku, a
czwarty w całkowitym dorobku tego kwartetu. Bez introsa, to osiem numerów
utrzymanych w standardowej formie dla Cruel Force, bo w dalszym ciągu kwartet
ten łoi skórę, miksując speed metal z klasycznym heavy, utrzymując całość w
klimatach lat osiemdziesiątych. Cóż, Niemcy cały czas są w formie, ponieważ
wszystko na „Haneda” bangla fantastycznie. Odpowiednio ostry strój gitar,
dobrze chodzący bas, świetne bębny oraz czyste, ale stanowcze i zajadłe
wokalizy. Czyste lata świetności teutońskiego thrashu w pełni. Panowie
chłoszczą szybko i nie łapią zadyszki. Poza tym nie oferują tylko liniowej
napierdalanki, bo wplatają do niej sporo zwrotów akcji jak i elementów znanych
z tradycyjnego heavy. To wręcz akademickie zagrywki o dużej chwytliwości, z
których często sączą się epickie i nieco blisko-wschodnio zalatujące melodie. W
ogóle muza w wykonaniu Cruel Force łatwo wpada w ucho, nawet jeśli tnie ciało
do kości, ale w żadnym razie nie umniejsza to jej agresywności. Oprócz ich
sadystycznej jazdy, to również pokaźna ilość brudu, który wyłazi spomiędzy
akordów, tworząc niezły młyn wraz z błyskawicznym kostkowaniem, diabelskimi
solówkami i przepysznym palm mutingiem, co połączone z podręcznikowymi riffami,
chwilami generuje sataniczno-punkową jazdę pod wyczyny ekipy Lemmy’ego.
Jednakże jest to głównie opętańcze granie, o wielowarstwowej strukturze, gdyż form
stylistycznych usłyszeć tu można co niemiara. Kotłują się one uderzając
precyzyjnie, choć zdarza im się poprzez zaciekłość, wpadać w chaos i walić
rykoszetem, że aż uszy puchną. Jednak ten soniczny amok, to diaboliczny atak,
który ostatecznie jest jak balsam dla duszy lub wehikuł czasu, przenoszący do
lat młodości i udowadniający, że jeszcze nie wszystko stracone. Sto procent
metalu w metalu. Mocny, wytrzymały na upływ czasu, niczym CrCoNi. Polecam.
Pozamiata wami jak ta lala.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz