piątek, 6 lutego 2026

Recenzja Coscradh „Carving The Causeway to The Otherworld”

 

Coscradh

Carving The Causeway to The Otherworld

20 Buck Spin Records (2026)

 


Do tej pory nazwa Coscradh nic mi nie mówiła i raczej budziła we mnie podśmiechujki aniżeli jakąkolwiek obojętność. Co to kurwa jest ten Coscradh? Otóż to staroirlandzkie słowo określające bitwę zakończoną masakrą. Po zapoznaniu się z „Carving The Causeway to The Otherworld” śmiało mogę powiedzieć, że nazwa zespołu doskonale oddaje zawartość muzyczną tego wydawnictwa. Nie znam poprzedniego albumu Irlandczyków, ale wiem, że w tym przypadku jest to niewiedza, którą wypadałoby nadrobić. Chłosta i wpierdol są tu bowiem niemiłosierne i jeśli drodzy czytelnicy lubujecie się w dźwiękach Black Curse, Concrete Winds, Vorum, Omegavortex czy Antichrist Siege Machine to nowy wypust ekipy z zielonej wyspy jest płytą przede wszystkim dla Was. Celowo piszę „przede wszystkim”, bo mam wrażenie, że w tym całym bestialstwie i nawałnicy jest w muzyce wyspiarzu coś ujmująco ludzkiego, klasycznie metalowego, coś czego jest dużo mniej w twórczości wspomnianych wyże zespołów. Owszem, jest to nawałnica bezlitosnych dźwięków z pogranicza obłędu, black/deathowy, gęsty tygiel topiący uszy słuchacza, który w ogólnym odbiorze zamiast masek gazowych, zakrytych ryjów i muzycznej homogeniczności stawia na atak spod bandery wiosła i werbla. Są tu riffy, są tu solówki, jest jakaś muzyczna tradycja robiąca ukłon do wszystkich miłośników ciężkiego grania, a nie tylko to bardzo wąskiego grona, które u swojej podwaliny ma war metal. W tym wszystkim muzycy Coscradh w żaden sposób nie ujmują swojej muzyce wściekłości, intensywności i chwil rozmiękczenia – dla mnie jest to po prostu  spojrzenie na tą estetykę muzyczną z punktu widzenia gatunkowej historii, tradycji, a niekoniecznie granie przez pryzmat jednowymiarowej radykalności. Świetna jest ta płyta – gęsta, intensywna, bardzo dobrze zagrana, bardzo dobrze brzmiąca, nie bojąca się konfrontacji z opiniami, że za mało radykalna. Jeśli obłęd jest tu mniejszy niż w przypadku Black Curse czy Omegavortex, to tylko minimalnie, ale z drugiej strony podoba mi się, że w porównaniu do przywołanych formacji środek ciężkości jest tu bardziej przesunięty w kierunku metalu śmierci, gdzie jednak tych mięsistych gitar jest trochę więcej. Tu nie ma się co pierdolić w tańcu – z mojej strony pełna rekomendacja jeśli chodzi o to nagranie. Nawet jeśli to nie do końca moja parafia jeśli chodzi o muzykę to nie znajduję ani jednego powodu do kręcenia nosem. Nie wiem czy ktoś spodziewał się po Coscradh tak dobrego albumu, ale jeśli nie to na pewno będzie to zajebista niespodzianka.

                                                                                                                            Harlequin




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz