Coscradh
„Carving The Causeway to The Otherworld”
20 Buck Spin Records (2026)
Do tej
pory nazwa Coscradh nic mi nie mówiła i raczej budziła we mnie podśmiechujki
aniżeli jakąkolwiek obojętność. Co to kurwa jest ten Coscradh? Otóż to
staroirlandzkie słowo określające bitwę zakończoną masakrą. Po zapoznaniu się z
„Carving The Causeway to The Otherworld” śmiało mogę powiedzieć, że nazwa
zespołu doskonale oddaje zawartość muzyczną tego wydawnictwa. Nie znam
poprzedniego albumu Irlandczyków, ale wiem, że w tym przypadku jest to
niewiedza, którą wypadałoby nadrobić. Chłosta i wpierdol są tu bowiem
niemiłosierne i jeśli drodzy czytelnicy lubujecie się w dźwiękach Black Curse,
Concrete Winds, Vorum, Omegavortex czy Antichrist Siege Machine to nowy wypust
ekipy z zielonej wyspy jest płytą przede wszystkim dla Was. Celowo piszę
„przede wszystkim”, bo mam wrażenie, że w tym całym bestialstwie i nawałnicy
jest w muzyce wyspiarzu coś ujmująco ludzkiego, klasycznie metalowego, coś
czego jest dużo mniej w twórczości wspomnianych wyże zespołów. Owszem, jest to
nawałnica bezlitosnych dźwięków z pogranicza obłędu, black/deathowy, gęsty
tygiel topiący uszy słuchacza, który w ogólnym odbiorze zamiast masek gazowych,
zakrytych ryjów i muzycznej homogeniczności stawia na atak spod bandery wiosła
i werbla. Są tu riffy, są tu solówki, jest jakaś muzyczna tradycja robiąca
ukłon do wszystkich miłośników ciężkiego grania, a nie tylko to bardzo wąskiego
grona, które u swojej podwaliny ma war metal. W tym wszystkim muzycy Coscradh w
żaden sposób nie ujmują swojej muzyce wściekłości, intensywności i chwil
rozmiękczenia – dla mnie jest to po prostu
spojrzenie na tą estetykę muzyczną z punktu widzenia gatunkowej
historii, tradycji, a niekoniecznie granie przez pryzmat jednowymiarowej
radykalności. Świetna jest ta płyta – gęsta, intensywna, bardzo dobrze zagrana,
bardzo dobrze brzmiąca, nie bojąca się konfrontacji z opiniami, że za mało
radykalna. Jeśli obłęd jest tu mniejszy niż w przypadku Black Curse czy
Omegavortex, to tylko minimalnie, ale z drugiej strony podoba mi się, że w
porównaniu do przywołanych formacji środek ciężkości jest tu bardziej
przesunięty w kierunku metalu śmierci, gdzie jednak tych mięsistych gitar jest
trochę więcej. Tu nie ma się co pierdolić w tańcu – z mojej strony pełna
rekomendacja jeśli chodzi o to nagranie. Nawet jeśli to nie do końca moja parafia
jeśli chodzi o muzykę to nie znajduję ani jednego powodu do kręcenia nosem. Nie
wiem czy ktoś spodziewał się po Coscradh tak dobrego albumu, ale jeśli nie to
na pewno będzie to zajebista niespodzianka.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz