piątek, 6 lutego 2026

Recenzja Cuntfuck „Sram Na Krzyż”

 

Cuntfuck

„Sram Na Krzyż”

Antychryst Rec. 2026

Jak by ktoś nie wiedział, to Antychryst Records jest „labelem” (celowo w cudzysłowie) założonym przez muzyków blackmetalowego półświatka, w którym to owi panowie puszczają swoje najobrzydliwsze dokonania. Takie, których zapewne żadna inna, poważająca się wytwórnia nie odważyłaby się sygnować swoim logo. W sumie, kurwa, słusznie, bowiem to, co przyniósł mi pod drzwi listonosz, czyli kaseta zawierająca  koło dziesięciu minut muzyki, a będącą drugim demo bardzo heterosexualnie nazwanego tworu, do szerszego przekazu absolutnie się nie nadaje. Ruchający Pizdę to starzy, poznańscy wyjadacze, pod postacią Diabolizera, Bloodwhipa i Nekrophiliaca. Przedstawiać trzeba? Chyba tylko upośledzonym, albo totalnym ignorantom. Nie wyobrażam sobie bardziej bezpośrednich tytułów definiujących sam zespól, jak i poczynioną przez niego muzykę. Tak samo, jak ciężko mi wyrzeźbić cokolwiek intelektualnego w odniesieniu do zawartości tej demówki. Bo te trzy kawałki to totalny prymitywizm, i to nawet w odniesieniu do i tak minimalistycznych projektów wyżej wspomnianych muzyków. Taki Morbid Winds czy Urwerk przy Cuntfuck jest praktycznie kunsztem wirtuozerii. „Sram Na Krzyż” to muzyka, która mogłaby powstać w przerwie na papierosa, podczas próby któregokolwiek ich projektu, gdyby tylko panowie w ogóle palili. A że nie palą, to podejrzewam, iż wymyślili sobie te piosenki leżąc odłogiem na „łożu śmierci” po intensywnej imprezie, albo siedząc na kiblu i dusząc kac kupę, tudzież zwracając treści wczorajsze. Te trzy numery to definicja prostoty. Blackmetalowo punkowej. Z banalnym perkusyjnym rytmem, równie minimalistycznymi harmoniami gitarowymi, i obrzydliwymi wokalizami, zahaczającymi o wspomniane przez chwilą wymiociny. Brzmienie tych nagrań to typowy Grundig. No, może nieco bardziej podrasowany, ale i tak mający tyle wspólnego ze studyjną  sesją nagraniową co Jenna Jameson z malarstwem. Kurwa, ten materiał został wypuszczony na taśmie w ilości trzydziestu sztuk (z których jedna, ku mej wielkiej radości, trafiła pod moje strzechy), ale jakoś nie spodziewam się, żeby za miesiąc potrzebny był dodruk. Dobrze będzie, jeśli chłopaki upuszczą ten nakład w całości. No chyba, że wśród znajomych. Bo to demo jest ewidentnym przykładem szczerego grania dla własnej satysfakcji. Bez oglądania się na rynek muzyczny i panujące na nim trendy. Ja takie wydawnictwa szanuję najbardziej.

- jesusatan

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz