niedziela, 22 lutego 2026

Recenzja Qwälen „Veri Virtaa Edelleen”

 

Qwälen

„Veri Virtaa Edelleen”

Time To Kill 2026

Ten fiński kwintet gościł już wcześniej na łamach Apocalyptic Rites. Było to circa trzy lata wstecz, kiedy to ich drugi album mocno mnie przemeblował, i poczułem nagłą potrzebę uzewnętrznienia swoich traumatycznych uczuć. Dziś mam na tapecie pełniaka numer trzy, o widocznym powyżej tytule. No i przemeblowania komórek mózgowych ciąg dalszy. Oczywiście mówię tu o takim prostym zabiegu, z użyciem młotka i innych narzędzi tępych, nie o jakiejś chirurgicznej, precyzyjnej operacji. Panowie z Oulu tworzą bowiem muzykę prostą. Nie powiem, że banalną czy minimalistyczną, ale na pewno daleką od artystycznej finezji. „Veri Virtaa Edelleen” to prosty koktajl, zrobiony na szybko, w przypływie napadu głodu. Coś na zasadzie banan + mleko + szczypta cynamonu i pijemy. W przypadku Qwälen jest to black metal + punk, i jedziemy ostro z koksem. Jakie połączenie, zwłaszcza jeśli wykonane z odpowiednim wyczuciem, dają te dwa składniki, raczej wiadomo. Do tańca zachęcać nikogo nie trzeba, bo nogi same ostro przebierają po parkiecie, a dynia giba się we wszystkie strony świata. Jako iż rzeczony band pochodzi z Finlandii, to w takich przypadkach jakoś zawsze na myśl przychodzi mi w pierwszej kolejności Impaled Nazarene, nawet jeśli, obiektywnie rzecz ujmując, twórczość Qwälen nie do końca odzwierciedla poczynania ekipy braci Luttinenów.  Nie mniej jednak te same gatunki muzyczne ich inspirują, w tym samym języku śpiewają, no to co ja poradzę, że jestem ograniczony? Te trzy kwadranse to w większości jazda na pełnej, ze sporą ilością chwytliwych momentów, odpowiednią dawną niezłych melodii, i totalnie „wyjebongo na trendy” feelingiem. Niemniej jednak, by nie było monotematycznie, to są na tym krążku też numery, stojące, przynajmniej pod względem tempa, w kompletnej opozycji do reszty, a mam na myśli „Kahleet” i „Veri Vastaa”. Kontrastują one na tyle, że w odniesieniu do całej płyty można je uznać niemal za doomowe walce. Tak po prawdzie, to wolałbym jednak, by Qwälen cały czas napierdalali, ale z drugiej strony te piosenki też nie są złe, a na pewno nie zaniżają znacząco poziomu całości. Kurwa, zajebiście się tego słucha, bo pod każdym względem to muzyka szczera do bólu, zagrana przez totalnych maniaków, bynajmniej nie dla sławy czy poklasku. Jeśli dotychczas nie spotkaliście się z tymi herbatnikami, to zalecam nadrobienie zaległości. Niby nic przełomowego, nic ponadczasowego, a satysfakcji daje tyle, co poranny lodzik. Ja lubię.

- jesusatan




Recenzja Bras D’Honneur „Hate Speech”

 

Bras D’Honneur

„Hate Speech”

Primitive Reaction 2026

Zdaje się, że to świeży, ukraiński projekt, bo udzielają się w nim goście z Drudkh i Hate Forest. Jakoś bliżej połowy marca wydadzą ten właśnie debiut, który zawiera trzynaście krótkich numerów, ponieważ złożone do kupy, dają 35 minut muzyki. Jest ona odmienna od dźwięków, którymi ci dwaj panowie parają się w wyżej wymienionych kapelach. To szorstki black-death metal, gdzie każdy z kawałków opiera się na dwóch, trzech riffach, zagranych na gruboziarnistych gitarach, mięsistym basie i zdrowo łomoczącej perkusji. Instrumentom towarzyszą oczywiście wokale, które pod tym szyldem przybrały formę głębokich, jaskiniowych growli. Całość mogłaby delikatnie kojarzyć się z war metalowymi produkcjami, gdyby nie wolniejsze tempo oraz hipnotyczność kompozycji. Jednostajność i minimalizm to główne siły napędowe tego materiału, który zalewa uszy monochromatycznymi akordami przy akompaniamencie surowych wręcz odstręczających wokaliz. To transowe i bluźniercze rytmy, tworzące soniczną lawinę o nieprzejednanym charakterze. Toczy się ona jakby od niechcenia. Ustawicznie, z mozołem, i cierpliwie poprzez hipnozę sączy do duszy słuchacza jad, i bluźnierstwa, zaprogramowując go w jednym celu, aby czynił zło. Muzyka od Bras D’Honneur to arogancki atak na dobro oraz wrażenia estetyczne. Dzięki swojej prostocie i barbarzyńskiemu usposobieniu może być dla niektórych jak potwarz, ale mi się niesamowicie podoba, ponieważ dawno nie słyszałem tak bardzo nieskomplikowanej muzy, która bezczelnie wżera się w każdy zakamarek jaźni. Prosty i wulgarny przekaz. Jeśli lubicie i tęsknicie za czymś nowym od dajmy na to Von, to sięgnijcie po „Hate Speech”. Ja sięgnąłem i nie żałuje. Jeszcze raz sobie posłucham i pójdę czynić zło.

shub niggurath




sobota, 21 lutego 2026

Recenzja Crippling Madness „Armia Umarłych”

 

Crippling Madness

„Armia Umarłych”

Putrid Cult 2026

No to mamy Crippling Madness album numer trzy. Czy o tych panach można napisać coś nowego? W zasadzie nie. Kto zespół zna, ten wie, czym to się je i jak to smakuje. „Armia Umarłych” to bezpośrednia kontynuacja tego, co panowie zapoczątkowali na „Ponad Zwłokami”, czyli hołdowanie starej szkole thrash metalu z wyraźnym polskim pierwiastkiem. I to nie tylko dlatego, że teksty mamy tutaj po naszemu. Nie wiem, jak oni to robią, ale słuchając kolejnych kompozycji na nowym krążku Lublinian, mam ciągłe wrażenie, jakbym nadal żył w latach dziewięćdziesiątych, w epoce popeerelowskiej, kiedy to krajowe zespoły, mimo czerpania garściami z zachodnich wzorców, grały mimo wszystko po swojemu. Trzeba przyznać, że nie jest to w obecnych czasach absolutnie żadna reguła, a raczej od niej odstępstwo. Bo zamiast wyraźnych inspiracji Slayer, Exodus, Kreator, ja tu wyraźnie słyszę Prosecutor czy Quo Vadis, żeby wymienić dwa pierwsze z brzegu. Panowie trzymają bardzo równy poziom, i to nie tylko biorąc pod uwagę najnowsze wydawnictwo. Kawałki z ich trzech płyt w zasadzie można by potasować i rozmieścić w randomowej kolejności, a i tak wszystko by się ze sobą zazębiało i tworzyło spójny obraz tego, co muzykom w sercu, i głowie, gra. Nie ma na „Armii Umarłych” jakichś wybijających się przebojowością fragmentów. Zresztą owej przebojowości to tutaj nie ma wcale, bo melodie Crippling Madness wcale nie wpadają w ucho od pierwszej nutki. Tutaj wszystko jest raczej szorstkie i przepełnione agresją. Może poza partiami solowymi, w których słychać wyraźnie, że panowie do nowicjuszy nie należą, i potrafią zaprezentować niezłe umiejętności. Całość, tradycyjnie zresztą, została ubrana w bardzo adekwatne brzmienie. Może nie do końca śmierdzące podrzędnym domem kultury, ale na pewno stanowiące kwintesencję wspomnianych powyżej lat. No i spójrzcie na okładkę. Czy ktoś ma tu w ogóle jakiekolwiek pytania? No cóż, jeśli miałbym określić twórczość Crippling Madness za pomocą prostych słów, to zapewne „bezkompromisowość”, „szczerość” i „oldskul” wyszłyby z moich ust w pierwszym rzędzie. Żadnych barier nagrania te nie przełamują, i chyba raczej nikt tego nie oczekiwał. Są natomiast kolejną, bardzo mocną cegiełką w murze krajowego thrash metalu. Jeśli macie poprzednie wydawnictwa na półce, to po „Armię Umarłych” sięgajcie bez wahania, bo rozczarowania nie przewiduję.

- jesusatan




Recenzja Nuctemeron „Demonic Sceptre”

 

Nuctemeron

„Demonic Sceptre”

I Hate Records 2026

Trochę się tych Nuctemeronów na przestrzeni dziejów uzbierało, ale w tym przypadku chodzi o niemiecką brygadę, lecz nie tą z Saksonii, bo tą, która działa na terenie landu Nadrenia-Palatynat. Kwartet ten gra już od dwunastu lat i na koncie ma kilka małych wydawnictw. W końcu postanowili zarejestrować płytę i tak mamy debiut w postaci „Demonic Sceptre”. Potencjalny odbiorca znajdzie na nim dziesięć utworów, które trącą myszką, co nie jest niczym złym, ponieważ ci trzej panowie wraz koleżanką rzeźbią w black-speed metalu, wprost nawiązującym do lat osiemdziesiątych. Zatem można się domyślić, że w muzyce Niemców znajduje się sporo nawiązań do Venom, jedynki Bathory czy do wczesnego Tormentor. To prosty i dziki metal składający się z szybkich i tnących riffów, które natarczywie prą do przodu, siejąc zło. Ich dynamikę podbija dudniąca sekcja rytmiczna, a w satanizowaniu młodzieży wspomagają wrzaskliwe, nieco falsetowe wokale, o dość zajadłym charakterze. Od czasu do czasu Nuctemeron spuszcza z tonu, przechodząc w średnie tempa lub wtrąci solówkę bądź akord, które wyraźnie korespondują z melodyjnym heavy metalem. Krążek ten biczuje nieustannie przez czterdzieści minut, zasypując rzęsistym i zadziornym kostkowaniem, które oprócz twardego, ale wysokiego stroju gitar, dużej intensywności i zadziorności, posiada jeszcze jedną cechę. Jest on niesamowicie nośny, ponieważ pomimo bluźnierczych intencji i sadystycznego usposobienia, odznacza się niezobowiązującą chwytliwością. Klasycznie zapodana diabelska muza, której produkcja zapewniła odpowiednią barwę, dzięki czemu brzmi ona jak ze starego winyla. Agresywnie, z Szatanem pod rękę i do przodu. Obcisłe spodnie, pasy z nabojami i ćwieki. Łańcuchy, odwrócone krzyże i pentagramy. Sami wiecie. Warto posłuchać, bo taki metal nigdy chyba się nie zestarzeje.

shub niggurath




piątek, 20 lutego 2026

Recenzja Lead Injector „Witching Attack”

 

Lead Injector

„Witching Attack”

High Roller Rec. 2026

Szczerze uśmiałem się, kiedy pierwszy raz spojrzałem na okładkę debiutanckiego krążka Lead Injector. Przebrana za wiedźmę metalówa (lub wiedźma ubrana jak fanka metalu) napierdala z bliskiej odległości z szotgana w łeb próbującego dorwać ją kościotrupa. No wyborny obrazek, nawet jak na wszechobecny w tym gatunku muzycznym, często zamierzony kicz, jest to lekko już koślawe. Nie czepiajmy się jednak, bo nawet jeśli muzyka byłaby rewelacyjna, to zaraz nie trzeba kupować koszulki z tym motywem. A czy muzyka Niemców faktycznie jest rewelacyjne? Nie. Ale bardzo, ale to bardzo konkretna, choć skierowana do ściśle określonego odbiorcy. Zapewne zdążyliście już na tyle połączyć kropki (te podstawowe - nazwa, tytuł, okładka, może nawet pochodzenie muzyków) by wywnioskować, iż Lead Injector to granie w stylu retro. Tak, to trio młodych (patrząc na zdjęcia to nawet bardzo młodych) chłopaków umiłowało sobie granie z lat osiemdziesiątych. Na tyle, że chwycili za instrumenty, i postanowili stworzyć coś, co kiedyś było nowatorskie, potem stanowiło inspirację dla kolejnych pokoleń, a dziś jest gatunkiem, który tak naprawdę nigdy się nie zestarzał i nie stracił na sile przekazu. Przynajmniej w moich oczach. Czy w ramach thrash / speed metalu można stworzyć cokolwiek nowego? Nie, kurwa, nie można. Można za to zagrać stare melodie w taki sposób, by na twarzy zamiast grymasu politowania pojawił się wielki banan. Lead Injector jadą szablonem. Tu wezmą kawałek Sodom, tu Kreator, gdzie indziej Destruction albo Protector, pokruszą, zlepią z tego nowy wzór własnego pomysłu, dorzucą bardziej blackmetalowe wokale, i mamy „Witching Attack”. Płytę, której słucha się bardzo dobrze, choć chwilami miałem wątpliwości, czy aby dany numer to nie jakiś cover, bo przewijające się przez te trzy kwadranse melodie są miejscami bardzo sugestywne. No weźmy taki „Chains”… Przecież ten numer jest jak żywcem wyjęty sprzed czterech dekad, i albo chłopaki tak bardzo potrafią w te klocki, albo ja jestem ignorantem, i faktycznie jest to numer jakiegoś klasyka. Zresztą podobnych momentów jest tu więcej, a płyta z numeru na numer zdaje się przyspieszać i rozkręcać (no, może z chwilowym zwolnieniem przy „Infinite Force”). Przerobiłem ten materiał kilka razy pod rząd, i powiem wam, że jest on odwrotnie proporcjonalny pod względem jakości do wspomnianego na samym wstępie obrazka. Jak lubicie stare granie, bierzcie i pijcie z tego wszyscy. Jak was schabowy z garmażerki znudził dwie dekady temu, to nie macie czego tu szukać. Wszystko w temacie.

- jesusatan




Recenzja Total Maniac „Love Overdrive”

 

Total Maniac

„Love Overdrive”

Self-Release 2026

Ci Amerykanie pochodzą z Baltimore i grają razem od 2017 roku. Cztery lata temu wypuścili pierwszą płytę, a teraz wracają z drugim krążkiem. To pięciu facetów w ramoneskach, dżinsowych katanach lub bezrękawnikach, a na nosie każdego z nich znajdują się lustrzane aviatory. Podarte spodnie, znoszone glany, włosy w nieładzie i zarost na twarzy. Jak myślicie, co grają? Jasne, że coś pod Motörhead, czyli „Satan, Drugs, Sex and Rock’n’roll”. Klasyczne i brudne do bólu rzępolenie w zmiennych tempach, wypełnione hard-rockowymi riffami, pomieszanymi z heavy metalowym kostkowaniem. Odrobina punka, trochę akordów w stylu „speed” oraz zagranych na odpierdol dzikich solówek. Garażowe, ale dość gęste brzmienie doprawione dudniącą sekcją rytmiczną oraz aroganckimi wokalizami, oto obraz „Love Overdrive” od tego gangu. To uliczna bądź wywodząca się z obskurnych spelun muzyka, odegrana z lekkością i niezwykłą nonszalancją. Proste kompozycje, nieoszlifowana barwa instrumentów, bez zbędnych udziwnień i dodatków. Buja dobrze, ale i nieźle kopie w dupę. Zalewa wyświechtanymi melodiami i ostrymi solówkami, a thrashowe riffy boleśnie drażnią uszy swoim przesterem. Od perkusji łomocze w głowie jak na kacu, co potęguje mięsisty i delikatnie chropowaty bas wraz z wwiercającym się między zwoje mózgowe głosem wokalisty. Panowie grają ostro i bez zahamowań. Bezczelnie leją po plecach i walą w twarz. Klasyczna napierdalanka w hołdzie dla diabła, używek i chuci. Nie dla mięczaków. Jeśli nie lubicie zapachu potu, smrodu wódy i fajek, a swąd spalin z rur wydechowych jest wam obcy, to w ogóle nie podjeżdżajcie, i lepiej idźcie przykleić się do asfaltu. W sumie „Love Overdrive” nie oferuje niczego nowego, ale jest to autentyczne, metalowe granie. Wyluzowana napierdalanka, z której kipi testosteron. Brać, nie marudzić, machać głową dla Szatana!

shub niggurath




środa, 18 lutego 2026

Recenzja Oskoma „Krystalicznie Brudny”

 

Oskoma

„Krystalicznie Brudny”

Black Death Prod. 2025

Całkiem ciekawa nazwa jak na zespół blackmetalowy, nie powiem. Oskoma to łaknienie na słodycze, tudzież drętwienie zębów po zjedzeniu czegoś kwaśnego. Domyślam się, że w tym przypadku chodziło chłopakom o to drugie. Zresztą cholera wie, co ludziom po głowach, czy tam zębach, chodzi. Do brzegu… Panowie, a żadni to nowicjusze, bo w składzie znajdziemy grajków z Totenmesse czy Loathfinder) wydali w zeszłym roku debiutancki album dla Black Death Production, chwilę wcześniej puszczając w świat taśmę nakładem Teeth & Torches Records (Z tym „teeth” to jakieś przypadek? Nie sądzę). Materiał ten to niecałe pół godziny minimalistycznego black metalu. Minimalistycznego chociażby pod względem brzmienia, które jest tutaj na wskroś garażowe, chwilami wręcz niechlujne, i pozbawione jakiejkolwiek profesjonalnej obróbki. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że dla większości, zwłaszcza niedzielnych blackmetalowców, niestrawne. Kompozycje też nie grzeszą jakaś specjalną finezją. Ot, kilka, dosłownie kilka, akordów splecionych na krzyż (zdecydowanie odwrócony, czego wyraz znajdziemy w niebanalnych, naprawdę bezpośrednich tekstach), podbitych prymitywną perkusją i basem. O tym ostatnim trzeba nadmienić, że jest na tych nagraniach tak samo wyraźny, jak i gitara prowadząca, a nawet zaryzykowałbym, że wiodący. Moim zdaniem, wyraźniej wczujemy się w te piosenki opierając się właśnie na jego liniach, a nie wysokotonowo chodzącej gicie. Wokale są jednakoż prymitywne co muzyka. Co prawda gdzieś tam śmignie krótki zaśpiew, bardziej pijacki niż operowy, ale głównie przekaz liryczny to szorstki, klasyczny blackmetalowy wrzaskokrzyk. I teraz najciekawsze… Z tego, przedstawionego dotychczas, najprymitywniejszego z prymitywnych obrazów, przebija się jeden, bardzo istotny element. Są nim niewątpliwie naprawdę chwytliwe tremolo melodie. Poza punkowymi fragmentami, to właśnie one mają największy wpływ na to, że „Krystalicznie Czysty”, mimo zamierzonej prostoty, jest po prostu cholernie wciągającym materiałem. A zestawienie ze sobą tych dwóch elementów nie jest bynajmniej sprawą prostą i wykonalną dla pierwszego lepszego zestawu muzykantów. Oskoma zdecydowanie dali radę, nagrywając krążek niby banalny, ale mający swoje własne oblicze, i w ostatecznym rozliczeniu przyciągający niczym magnes. Kto jeszcze nie zdążył się z nim zapoznać, powinien zaległości przy najbliższej okazji nadrobić. Zapewniam, że warto.

- jesusatan




Recenzja Messticator „Total Mastery”

 

Messticator

„Total Mastery”

Testimony Records 2026

Messticator to kwartet z Hamburga, który rozpoczął karierę w 2019 roku. Na koncie mają epkę z coverami Slayer’a i debiutancką płytę. Trzynastego marca ukaże się ich drugi album „Total Mastery”, który zawierać będzie jedenaście numerów, utrzymanych w death-thrashowym tonie. Niemcom doskonale wychodzi to połączenie, bo do wyraźnie biczujących, ale nie po niemiecku, riffów, dodają sporo intensywnych akordów, które kojarzyć się mogą z melodyjnym metalem śmierci. Wraz z odpowiednio dociążonym brzmieniem, które zagęszcza umiarkowanie gniotąca sekcja rytmiczna i wyważone growle wokalisty, to energiczna i klimatyczna muza, serwująca liczne przejścia z jednego kostkowania w drugie, częste zmiany tempa i sporą ilość solówek. Panowie zasuwają siarczyście, atmosferycznie zwalniają i rytmicznym palm mutingiem poczęstować lubią. To wzorcowo odegrany death-thrash, który łatwo wpada w ucho i jest dla niego niezwykle przyjemny, bo jego chwytliwości oraz brutalniejsze momenty nie są zbyt wymagające w odsłuchu. Messticator gra typowo, lecz niezwykle dynamicznie, używając wszystkich dostępnych środków w thrash i death metalu, które połączyli w perfekcyjny sposób, co zaowocowało mocno batożącą muzyką. Materiał został skomponowany z lekkością. Jest napisany zgodnie z prawidłami sztuki, zapewniając radość z odsłuchu. Oprócz agresywności i nienarzucającej się harmonijności posiada także tą specyficzną aurę, którą niosły ze sobą w latach dziewięćdziesiątych takie kapele jak At The Gates, Dark Tranquillity, In Flames czy Hypocrisy. Najnowsza produkcja od Messticator jest równie miażdżąca co melodyjna. Klasyczny w swoim gatunku album, który potrafi być tak samo brutalny co nastrojowy. Wchodzi jak w masło jak to kiedyś bywało i co najważniejsze nie zalatuje banałem. Dobrze się go słucha więc proponuje się zapoznać, ponieważ to odświeżona wersja i przypomnienie o tym, co kiedyś było najlepsze w tym ujęciu metalowego rzępolenia.

shub niggurath




wtorek, 17 lutego 2026

A review of Zerre “Rotting on a Golden Throne”

 

Zerre

“Rotting on a Golden Throne”

Dying Victims Prod. 2026

 


There you go. Once again, I come across a band that has three full-lenght albums in its discography, but only their fourth one has reached me. Zerre are guys from Bavaria. It is well known that Bavaria is famous for Oktoberfest. And what is the best thing to listen to while drinking beer? Old-school thrash, of course. And even better if that thrash is spiced up with flammable genres such as punk or hardcore, creating a well-known and beloved mixture called crossover. Man, how I love this kind of music! First of all, because here a riff chases a riff, melody intertwines with melody, and the energy flowing from each subsequent composition explodes right in your face. The main advantage of the music created by Zerre is its above-average looseness. Everything flows so naturally that it makes you want to dance, bang your head, or break into a wild dance, whether in your own room or in front of the stage of a small club. The guys serve us so much joy on these recordings that your pants fall off your ass. Everything here goes together and works like in a Swiss watch. Excellent melodies, razor-sharp chords, old-school heavy metal solos, and solid, rough vocals, oscillating somewhere between the aforementioned genres. The gentlemen beautifully reference the classics of the genre in their work, yet they do not steal from them at all, putting the puzzle together in their own way, but with the same determination as the once widely known dinosaurs. The vocals on this album are excellent. Expressive, aggressive, and often entering into choruses or shouting over each other in dialogues, so typical of the eighties, well, fucking poetry. In terms of sound, I have no questions either. Classic, analog, not digital. Zerre is dynamite. Music that has so much energy and joy in playing that for every fan of S.O.D. or D.R.I.-style crossovers, it will be like  finding their dream gift under the Christmas tree by a little child. Great vibes. I have nothing more to add.

- jesusatan




 

Recenzja Paganizer „As Mankind Rots”

 

Paganizer

„As Mankind Rots”

Xtreem Music 2026

Gdyby istniał metalowy odpowiednik teleturnieju telewizyjnego “Jaka to melodia?”, Rogga Johansson byłby muzykiem, którego twórczość każdy uczestnik, nawet ten najbardziej upośledzony, odgadywałby po jednej nutce. Po zmianie barw klubowych z Transcending Obscurity na Xtreem Music, Paganizer ukazuje światu swój album numer czternaście. Co na nim znajdziemy? No, to jest dopiero idiotyczne pytanie, co? To samo. Dokładnie, kurwa, to samo co na poprzednich trzynastu, że EP-ek i splitów nie liczę. Typowy szwedzki death metal, z oczywistym riffowaniem charakterystycznym dla wspomnianego na wstępie muzyka, takimże wokalem i brzmieniem. W przypadku Paganizer w zasadzie tylko okładki się zmieniają. „As Mankind Rots” trwa ponad czterdzieści minut, i zapewniam was, że jest to krążek na jeden odsłuch. No chyba, że ktoś jest totalnym maniakiem Roggi i słucha tylko i wyłącznie zespołów, w których składzie ów pan się udziela. Na pewno półki takiego ktosia i tak są pełne, bo wiadomo, iż Szwed nie je, nie pije, nie kąpie się, tylko cały czas coś nagrywa. Oczywiście to jego świat, i jego życie. Ja jedynie dziwię się, że on cały czas daje radę robić w kółko ten sam riff. Raz wprzód, raz w tył, dwa razy po skosie, potem z przeskokiem i przytupem, ale ten sam. Ponadto, album o którym piszę kończy się numerem, który już wcześniej na wydawnictwie Paganizer się ukazał, dokładnie na „Born to Murder the Filth”. Nie wiem, po co znalazł się tu ponownie. Mógłbym tutaj podać wam przepis na pysznego, soczystego kurczaka na oliwie i maśle, by wypełnić stronę, i byłoby to zapewne ciekawsze, niż czytanie po raz setny o tym, co po raz setny Johansson nagrał. Przepis jednak możecie sobie wygooglować, a ja wolę iść do lodówki po jakiegoś browara. Tak że ten, no… Rogga nagrał kolejny Paganizer. Dziękuję za uwagę.

- jesusatan




Recenzja Cruel Force „Haneda”

 

Cruel Force

„Haneda”

Shadow Kingdom 2026

To już drugi album po reaktywacji tej kapeli, która miała miejsce w 2022 roku, a czwarty w całkowitym dorobku tego kwartetu. Bez introsa, to osiem numerów utrzymanych w standardowej formie dla Cruel Force, bo w dalszym ciągu kwartet ten łoi skórę, miksując speed metal z klasycznym heavy, utrzymując całość w klimatach lat osiemdziesiątych. Cóż, Niemcy cały czas są w formie, ponieważ wszystko na „Haneda” bangla fantastycznie. Odpowiednio ostry strój gitar, dobrze chodzący bas, świetne bębny oraz czyste, ale stanowcze i zajadłe wokalizy. Czyste lata świetności teutońskiego thrashu w pełni. Panowie chłoszczą szybko i nie łapią zadyszki. Poza tym nie oferują tylko liniowej napierdalanki, bo wplatają do niej sporo zwrotów akcji jak i elementów znanych z tradycyjnego heavy. To wręcz akademickie zagrywki o dużej chwytliwości, z których często sączą się epickie i nieco blisko-wschodnio zalatujące melodie. W ogóle muza w wykonaniu Cruel Force łatwo wpada w ucho, nawet jeśli tnie ciało do kości, ale w żadnym razie nie umniejsza to jej agresywności. Oprócz ich sadystycznej jazdy, to również pokaźna ilość brudu, który wyłazi spomiędzy akordów, tworząc niezły młyn wraz z błyskawicznym kostkowaniem, diabelskimi solówkami i przepysznym palm mutingiem, co połączone z podręcznikowymi riffami, chwilami generuje sataniczno-punkową jazdę pod wyczyny ekipy Lemmy’ego. Jednakże jest to głównie opętańcze granie, o wielowarstwowej strukturze, gdyż form stylistycznych usłyszeć tu można co niemiara. Kotłują się one uderzając precyzyjnie, choć zdarza im się poprzez zaciekłość, wpadać w chaos i walić rykoszetem, że aż uszy puchną. Jednak ten soniczny amok, to diaboliczny atak, który ostatecznie jest jak balsam dla duszy lub wehikuł czasu, przenoszący do lat młodości i udowadniający, że jeszcze nie wszystko stracone. Sto procent metalu w metalu. Mocny, wytrzymały na upływ czasu, niczym CrCoNi. Polecam. Pozamiata wami jak ta lala.

shub niggurath




niedziela, 15 lutego 2026

Recenzja Voidlord “La Congrega Del Signore Oscuro”

 

Voidlord

“La Congrega Del Signore Oscuro”

Godz ov War 2026

O Voidlord wiadomo niewiele. W zasadzie tylko to, że jest to projekt jednoosobowy, i że koleś posługuje się językiem hiszpańskim, co w zasadzie też niezbyt zawęża geograficznie rejon poszukiwań. Nawet nazwa studio, w którym zarejestrowanych zostało tych pięć kompozycji (plus intro i interludium) nie jest zbytnio rozpoznawalna, może jest to po prostu piwnica, w której muzyk trzyma swoje graty. Zresztą, sądząc po brzmieniu tych piosenek, wcale bym się nie zdziwił, gdyby tak faktycznie było. Twórca nazywa swoją muzykę Necro Doom Death Metalem, i jest to określenie bardzo akuratne. Pomijając jakość dźwięku, o której już napomknąłem, a która faktycznie stanowi bardziej coś na kształt reh’a niż nagrań profesjonalnych, same kompozycje są banalnie proste. Co nie znaczy, że niewymagające. Wymagające, bowiem przekonany jestem, że mało kto będzie w stanie przedrzeć się przez te zapętlone, bzyczące riffy, dudniącą niczym rozpadająca się pralka perkusję i dość jednostajny wrzeszczący wokal. Osobiście granie to momentalnie skojarzyło mi się z lokalnym Nurt Ognia, tworem opartym na improwizacji i totalnej surowiźnie. Pan Voidlord tworzy chyba na podobnej zasadzie, bowiem poszczególne utwory są zbudowane dosłownie z dwóch / trzech akordów, jakiegoś ewentualnego zwolnienia czy zmiany tempa. Tych jednak zbyt wielu tu też nie ma. Te dźwięki przypominają powódź błotną. Suną przed siebie, w tempie raczej wolniejszym, lecz zalewają wszystko na swojej drodze niebywale konsekwentnie i sukcesywnie. Jednocześnie są nieprzeciętnie odrażające, przez wspomnianą wcześniej prostotę, zarówno samych aranży jak i produkcji (w zasadzie to słowo jest tutaj sporym nadużyciem). Słuchając “La Congrega Del Signore Oscuro” zastanawiam się, co też skłoniło Grześka do wydania tego materiału. Przecież to jest ewidentny strzał w kolano, bo płytę z takim hałasem nabędzie może z siedem osób. W sumie to sześć, bo ja już mam. Nie jest to coś, czego słucha się na zapętleniu siedząc na kanapie, w tramwaju jadąc do pracy, czy chodząc po górach i podziwiając krajobrazy. Co najwyżej w przypływie chęci na totalne upodlenie, tudzież jakiś umysłowy reset. Czegoś takiego w Godz ov War jeszcze nie było. Bardzo głęboka piwnica.

- jesusatan


https://godzovwarproductions.bandcamp.com/album/la-congrega-del-signore-oscuro

Recenzja Oderint „Self-God Proclamation”

 

Oderint

„Self-God Proclamation”

Under the Sign of Garazel 2026

“Self – God Proclamation” to debiutancka EP-ka pochodzącego z Warszawy duetu, która ukazała się właśnie nakładem Under the Sign of Garazel. Jak nietrudno się domyśleć, zwłaszcza będąc na bieżąco z profilem wydawniczym wytwórni, mamy tu do czynienia z black metalem. No i już w tym momencie poprzeczka zostaje ustawiona niezwykle wysoko. Bo polska scena blackmetalowa i tak nasączona jest dobrymi zespołami jak gleba po tygodniowych opadach deszczu, i przebić się, albo w przypadku debiutantów – wybić z zalewu nowości w tym temacie, jest niezwykle ciężko. Czy panowie zatem mają szansę na szerszą atencję? Pomijając akustyczne intro, mamy tutaj trzy trwające nieco ponad kwadrans kompozycje, które sklasyfikować można jako niezwykle zimne i nihilistyczne. Wzorce panowie wyraźnie czerpią ze sceny skandynawskiej z okresu najlepszych lat drugiej fali gatunku. Czyli pierwsze skrzypce grane są tutaj za pomocą klasycznych tremolo, na tyle melodyjnych, co niezwykle chłodnych i agresywnych. Można oczywiście mieć przy tych piosenkach kilka skojarzeń, i wymienić parę dobrze znanych każdemu nazw, ja jednak odniosę się bardziej do naszego podwórka, a nawet bezpośrednio do zespołu z tego samego labelu. Sposób w jaki Oderint buduje klimat swoich kompozycji, kojarzy mi się bowiem z Chao Abyssi. Może nie dosłownie pod względem muzycznym czy melodycznym, ale oba te projekty oparte są o podobne wzorce, i oba potrafią swoje surowe harmonie ozdobić niebanalną, można wręcz powiedzieć, że wpadającą w ucho nutą, dzięki czemu z każdym odsłuchem ich dźwięki zapadają coraz głębiej w pamięć. W przypadku Oderint pochwalić też muszę wokale. Bardzo szorstkie i ekspresyjne, dodatkowo urozmaicane czystymi zaśpiewami, których udzielił gościnnie niejaki Matthias Iscariotes (nie mam pojęcia kto zacz). Pod względem produkcji, materiał ten brzmi bardzo poprawnie, czyli odpowiednio surowo, choć selektywnie, z wyraźnie wybijającym się swoim ciężarem, głęboko wybrzmiewającym basem. Zwłaszcza w najwolniejszym na EP-ce, utworze tytułowym, instrument ten przejmuje w pewnym momencie wiodącą rolę i tworzy niezwykły taniec z wibrującym riffem tremolo. Fantastyczny patent, choć wcale nie nowatorski. Nie mniej jednak kilka podobnych smaczków na tym krótkim wydawnictwie się znajdzie, a że reszta wcale zbytnio nie odstaje, to całościowo „Self – God Proclamation” jest przystawką bardzo obiecującą i nakazującą zapamiętać nazwę zespołu na przyszłość. Odpowiadając zatem na pytanie postawione na początku tekstu,  Oderint na pewno już teraz nie są kroplą deszczu zalegającą w kałuży, tylko stali się częścią błotnistego czarnoziemu, stanowiącego o tożsamości i jakości krajowego black metalu. I niech to będzie moim końcowym komentarzem.

- jesusatan




Recenzja Thy Worshiper „Demony Wschodu”

 

Thy Worshiper

„Demony Wschodu”

Piranha Music 2026

Nigdy wcześniej nie miałem przyjemności poznać tego zespołu. Zapewne z takiego powodu, że stronię od folkowych kapel. Nie dlatego żebym gardził. Po prostu mnie nie interesują. Gdy ten materiał pojawił się w mojej skrzynce odbiorczej, chciałem go olać, ale na przekór sobie przesłuchałem tą szóstą już płytę od Thy Worshiper. Cóż stwierdzić mogę?Ano to, że z pewnością nie jest to muzyka dla wszystkich. Muzyka, która we fragmentach doskonale sprawdziłaby się na teatralnych deskach jako podkład pod dramat romantyczny typu „Dziady”, lecz nie znaczy to, że jako album folk-metalowy jest niesłuchalna. Jest słuchalna i jeśli dać jej szansę, wtapiając się z cierpliwością w płynące z „Demonów Wschodu” dźwięki, można nieźle odpłynąć. Jeśli już się zanurzycie w najnowszej propozycji od Thy Worshiper, której kompozycje wypełnione są po brzegi bardzo ciekawymi rozwiązaniami aranżacyjnymi, w których usłyszeć można różnego rodzaju formy stylistyczne właściwe dla death i black metalu oraz naszej rodzimej „cepelii”, to przeniesiecie się do innego świata. Niewątpliwie pomoże wam w tym, obok podstawowych narzędzi, mnogość użytych tutaj instrumentów ludowych, które wraz z różnorakimi wokalizami, ze wskazaniem na te żeńskie, kreują niesamowitą atmosferę, zabierającą na wschodnie rubieże Polski. To leśne i górzyste tereny, na których spotkać można stare szeptuchy, między drzewami czai się Leszy, z rzek i jezior wyłania się Wodnik, a często towarzyszące im rusałki i mawki, tańczą w kuszącym tańcu, zwodząc na zgubę. Jeśli będziecie mieli mniej szczęścia, to na ponurych bagniskach zetkniecie się z Błotnikiem, gdy dopadnie was Wąpierz, stracicie krew, pod samotnym drzewem zobaczycie Rokitę, z wiatrem przyleci Latawica, a w domu zagnieździ się Złydnia i Kłobuk. „Demony Wschodu” to muzyka, w której próżno szukać wrażeń czysto metalowych, choć momentami potrafi zdrowo przygrzać, ale w ostatecznym rozrachunku nie taki jest jej cel. To gędźba pełna kontrastów, które paradoksalnie, doskonale do siebie pasują, lecz ta układanka w wykonaniu tego sekstetu nie jest łatwa do ułożenia. Jeśli sprostacie jej wymogom i uda się wam ją sklecić, to mimo swojej nieco skomplikowanej struktury, odwdzięczy się przyswajalnością i podróżą w magiczne miejsca. Odbiór tego materiału jest przygodą dla wybranych, ale jeśli ktoś da mu szansę i otworzy się na jego formę, to również stanie się tym „wybranym”, a warto, bo słuchanie „Demonów Wschodu” to mistyczne przeżycie, w którym główną rolę odgrywa folklor. W tym przypadku nie przaśny i kolorowy, ale mroczny i przerażający, pełen napięcia, którego natężenie nieustannie się zmienia. Falując, opada i rośnie, odpuszcza i dusi, koi i męczy. Osobiście nie przepadam za „ludowością” w metalu, ale muszę przyznać, że szósty album tej brygady w swym przedziale gatunkowym to majstersztyk. Dopracowany w każdym calu, o wysublimowanej estetyce i dostarczający silnych wrażeń. Nie tylko fanom polecam.

shub niggurath




sobota, 14 lutego 2026

Recenzja Genocide Kvlt „Genocide Gospel”

 

Genocide Kvlt

„Genocide Gospel”

Putrid Cult 2026

No to jeszcze jedna przystaweczka, tym razem z Putrid Cult. Genocide Cvlt to czterech młodych chłopaków z Lubska, którzy po zeszłorocznej prezentacji w postaci cyfrowego promo, debiutują pod sztandarem rzeczonego labelu EP-ką „Genocide Gospel”. Panowie prezentują się tutaj z sześciu odsłonach, trwających razem jakieś dwadzieścia pięć minut. Ich muzyka to blackmetalowa surowizna, czego zresztą po Putrid Cult najbardziej można się spodziewać. Zespół trafił zatem w odpowiednie miejsce, ale czy na to zasłużył? Byłbym z tym stwierdzeniem nieco ostrożny. Zacznę może od tego, co w tym materiale się broni. Na pewno wspomniana surowizna. Tutaj nie ma podążania za trendami, nie ma wpadających w ucho melodii. Co nie znaczy, że nie ma ich wcale, bo z drugiej strony nie jest to granie w stylu „bzyczymy, i może ktoś się czegoś w tym dosłucha”. Nie, o ile brzmienie jest w tym przypadku faktycznie garażowe, co zresztą idealnie pasuje do samej muzyki, to bije z niego autentyczność, taka wręcz punkowa. Zresztą, jeśli już o punku, panowie poza tempem szybszym, czasem schodzą także do d-beatów (a gdzie indziej nawet niżej). To mi się akurat podoba. Tak samo jak momenty niemal warmetalowe, kiedy panowie gnają przed siebie faktycznie w stylu „genocide”. Między zazwyczaj nieskomplikowane harmonie, czasami wbije się klinem ciekawe tremolo, czy też riff skandynawski, co także wpływa in plus w odniesieniu do ogółu. W „Pervitin” wyłapałem dla przykładu zagrywkę Darkthrone’ową (albo Celtic Frost’ową, jak kto woli), a na początku „Lucyferiańskich Szwadronów Śmierci” zgrabne nawiązanie do szkoły francuskiej. Czyli źle nie jest, bo panowie się nie ograniczają tematycznie, i kombinują po swojemu. Co mnie mimo wszystko uwiera? To, że są na „Genocide Gospel” także momenty cholernie nijakie, tudzież wtórne. Przykład? „All Hail the Fallen”, praktycznie w całości. Brakuje mi w nim jakiegoś bardziej wyrazistego riffu, bo zrywy „donikąd” przeplatają się tu z takich Urlichowym hi-hatem. Także pierwsze czterdzieści sekund „Bloodhunt” wyjebałbym w pizdu, bo niczego do muzyki tak naprawdę nie wnoszą. No i trochę za dużo tu tych czystych, krzyczanych wokali, które chwilami zdają się być wepchniętymi dla zasady. Ogólnie jednak EP-ka ta jest całkiem niezła, a na pewno rozkręca się z numeru na numer. Dobrze to wróży, mam zatem nadzieję, że zaufanie jakim Putrid Cult zespół obdarzyło zaprocentuje w przypadku kolejnych nagrań. Na razie jest spoko, ale będę uważnie się przyglądał, jaki panowie zrobią kolejny krok.

- jesusatan




Recenzja Soul of Anubis „Ritual”

 

Soul of Anubis

„Ritual”

Time to Kill Records 2026

Soul of Anubis to portugalska kapela, która rzępoli sludge metal od 2010 roku. Duet ten ma już na koncie dwie płyty, ale obecnie, po siedmiu latach przerwy, wraca z trzecim krążkiem. Panowie kontynuują na nim swoje spojrzenie na swój ulubiony gatunek więc miłośnicy tego przysadzistego grania, będą mogli pławić się w nim przez czterdzieści minut, bo osiem kawałków na „Ritual” właśnie tyle trwa. Portugalczycy mają trochę inne spojrzenie na sludge, ponieważ dołączają do niego sporo thrashu, trochę post-metalu i momentami znaczny pierwiastek doom’u. Ta fuzja w wykonaniu Soul of Anubis generuje ciężką, ale za sprawą biczującego kostkowania również chwytliwą muzę. To pełna energii gędźba, która miażdży średnimi tempami i zsyła odrobinę mroku podczas mozolnych zwolnień. Całość urozmaicona jest progresywnymi zagrywkami, których przestery i niepokojące melodie kreują surrealistyczną atmosferę. Album buja dobrze, serwując kilka oblicz ujęcia sludge metalu przez Soul of Anubis. Wszystkie potrzebne elementy ten materiał zawiera. Odpowiednie, żylaste brzmienie. Idealnie gęsta i soczysta sekcja rytmiczna, no i gardłowe, wrzaskliwe wokale. Gniecie w punkt, kołysze należycie, ale i potrafi złoić skórę szybszymi riffami, z których bije wkurwem i agresją. Portugalczycy od czasu do czasu zadziwią także nietuzinkowymi rozwiązaniami, które w tym stylu bez problemu mogą być nazwane jako awangardowe, lecz z pomysłem wkomponowane między brutalne akordy. Chwilami granie Portugalczyków może wydawać się trochę miękkie, ponieważ niektórymi, thrashowymi riffami, z których bije estradowy groove, przypomina nieco takie wykwity jak chociażby Gorija. W ostatecznym rozrachunku jest całkiem nieźle, choć niczym szczególnym ten album się nie wyróżnia. Poprawnie i intensywnie. Fani gatunku i takich kapel jak Mastodon powinni być zadowoleni.

shub niggurath




piątek, 13 lutego 2026

Recenzja Hag „Demo MMXXV”

 

Hag

„Demo MMXXV”

Ancient Dead Prod. 2026

Tak, kurwa, tak! To jest dokładnie taki black metal, jaki kocham ponad życie! Kiedy przypomnę sobie wczesne lata dziewięćdziesiąte, i tą graniczącą z ekstazą podnietę, gdy  trafiały w moje ręce kolejne wydawnictwa Burzum, Mayhem, Emperor czy Darkthrone, to myślę, że były to jedne z najwspanialszych chwil w moim życiu. Kształtujące nie tylko mój gust muzyczny, ale i mnie samego jako człowieka. Dziś, ponad trzy dekady później, odtworzenie tamtych chwil w stu procentach jest praktycznie niemożliwe. Ale wierzcie mi, kiedy trafia do mnie takie demo jak to poznańskiego Hag, to czuję się niczym klient agencji Rekall Incorporated, który wykupił właśnie nowe, świeże wspomnienia z wieku dorastania. Wspomniany zespół to nowy projekt muzyków Mental Funeral i Nihilvm, i mam nadzieję, że nie projekt jednorazowy, bowiem zawartość „Demo XXMMV” to czyste złoto. Te nagrania, poza nieco bardziej obrobionym (ale o tym za chwilę) brzmieniem, mogłyby być jakąś zapomnianą demówką z czasów, kiedy Darkthrone nagrywali, dajmy na to, trzecią / czwartą płytę. Bezkompromisowy, surowy, agresywny i kurewsko wyrazisty black metal. I słowa wyrazisty używam celowo, bowiem mimo ewidentnych inspiracji, muzycy odegrali te stare i uwielbiane piosenki w taki sposób, że nie śmierdzą ani kiczem, ani plagiatem. Powodują natomiast wielki, niemal erupcyjny przypływ adrenaliny, graniczący z uczuciem po zażyciu jakiejś dobrej piguły. Mamy tu cztery numery, głównie w średnim tempie. Charakteryzują je fantastyczne riffy pochodzenia Hellhammerowo / Darkthronowego, najwyższej klasy wokale, niby nie wykraczające poza ramy gatunku, ale tak emocjonalne i silne, że można dostać gęsiej skórki, proste, często punkowe rytmy perkusyjne (choć tu chwilami pojawiają się fragmenty nie tak oczywiste, jak można by przypuszczać), i, co najważniejsze, ten mroźny, nordycki klimat, śmierdzący przedsionkiem piekła. Wspomniałem wcześniej o produkcji. Jak tu fantastycznie brzmią gitary! Jak zajebiście biją bębny! Nawet bas chodzi wyjątkowo, jak na ten gatunek, wyraźnie. Można powiedzieć, że Poznaniacy w sposób perfekcyjny zrenowowali stary, norweski sound, dodając mu nieco więcej głębi, ale nie tracąc przy tym oryginalnych intencji klasyków. No i jeszcze ta niesamowita, oldskulowa okładka… Nie, kurwa, ja nie mam żadnych pytań. Jestem porozkładany na cząstki pierwsze, zamieciony i kompletnie otumaniony. Dodam na koniec tylko to, że jak odpaliłem „Demo MMXXV” po raz pierwszy, to potem leciało na zapętleniu ponad dwie godziny, aż nauczyłem się go na pamięć. Ale nadal nie mogę przestać go słuchać. Dla mnie rewelacja!

- jesusatan




czwartek, 12 lutego 2026

Recenzja Vide „Aux enfantes des ruines”

 

Vide

„Aux enfantes des ruines”

Antiq 2026

W tym przypadku chodzi o francuski, jednoosobowy projekt, który w 2022 roku wydał trzy epki, aby na cztery lata zamilknąć i obecnie, pod koniec lutego wrócić z debiutanckim albumem. Hylgaryss, bo tak brzmi artystyczne imię twórcy odpowiedzialnego za „Aux enfantes des ruines”, komponuje atmosferyczny black metal. To ponura i melancholijna muzyka, która płynie w zmiennych tempach, racząc depresyjnymi zwolnieniami, hipnotycznymi tremolo w średniej agogice i szybszymi atakami, z których wieje chłodem. Wszystko okraszone smutną melodyką, którą wspomagają rozległe, klawiszowe pasaże i dziecięcy chór, przypominający odrobinę gregoriańskie zaśpiewy. Materiał brzmi dwojako, bo z jednej strony dostajemy chwytliwy, lecz dość zadzierżysty black metal, który nie dosyć, że biczuje chłodnymi akordami, to także potrafi wpaść w nieco piwniczne klimaty, o dość niepokojącym charakterze. Z drugiej zaś, rozczula i wpędza w trans, żałobnymi przerywnikami, pełnymi bezsilności i żalu wybuchami, a także zasypuje dramatycznym kostkowaniem, które wraz ze złowieszczymi wokalami wyraża chyba wszystkie negatywne emocje jakie tylko można sobie wyobrazić. Jest to surowa diabelszczyzna, która tnie swoim zimnym brzmieniem do krwi i pełnymi goryczy melodiami wpędza w załamanie nerwowe. Skonstruowana z wielowarstwowych tremolo, których wysokie dźwięki zagęszcza perkusja z dobrze słyszalnym basem. Całość dopełniają przestrzenne syntezatory, które podczas zwolnień wchodzą na tereny bliskie ambientowi. Niezwykle emocjonalny black metal, w którym mieszają się mrok, agresja, smutek i wściekłość. Majestatyczne i zarazem ostre wydawnictwo, choć momentami zbyt ckliwe, ale fanom atmosfery wejdzie bez popitki, ponieważ w swoim przedziale gatunkowym to bardzo dobry bleczur.

shub niggurath




Recenzja Kadavereich „Perversa Mysteria”

 

Kadavereich

„Perversa Mysteria”

Godz ov War 2026


No proszę, chciałem to mam. Jeśli pamiętacie, jakieś pięć lat temu Godz ov War wydało EP-kę tego rosyjsko - ukraińskiego tworu, którą to zresztą mocno tutaj polecałem, mając nadzieję, że kolejnym uderzeniem zespół potwierdzi swoją wartość. W międzyczasie panowie przenieśli się za naszą zachodnią granicę, być może z powodów politycznych, ale ostatecznie słowo ciałem się stało, i ponownie nakładem krajowego wydawcy, światło dzienne ujrzy pełen materiał Kadavereich. Jest on w prostej linii kontynuacją stylu znanego z „Radiance of Doom”. O ile w tematyce deathmetalowej wszystko w zasadzie zostało już powiedziane, to jednak co jakiś czas pojawiają się zespoły, które potrafią zagrać „piosenki znane i lubiane” po swojemu. I nie chodzi mi w tym przypadku o kopiowanie, w nawet niewiadomo jak udany sposób, któregokolwiek z klasyków, czy nawet odłam, a twórczość opartą na wielu wzorcach. Kadavereich to taki potwór, który niejedno pożarł, i właśnie tym wszystkim na nas rzyga. Już sam wstęp do otwierającego album „Perversion of the Mysteries” wiele mówi. Niby marszowe rytmy, sugerujące, że za chwilę spadnie nam na głowę tona napalmu, a jednak okraszone melodią z zupełnie innej bajki. To jedynie mała zapowiedź, bo na „Perversa Misteria” namieszane zostało z rozmachem. Chwilami wystawieni jesteśmy na typowo warmetalowe kanonady, gdzie tynk się sypie ze ścian, i nigdzie nie widać ratunku, by za chwilę linie gitarowe kompletnie nas przestroiły nutą na podobieństwo Impetuous Ritual czy Portal. Zresztą sposobów kostkowania usłyszycie tutaj co najmniej kilka. Poza wspomnianymi, bezlitosnymi harmoniami, wymyślonymi onegdaj przez Blasphemy, przez australijskie zawijasy, mocarne, rytmiczne akordy a’la Funebrarum, po zaciągi z Florydy, Nowego Yorku i okolic. A to wszystko tak umiejętnie scalone w nierozerwalny monolit, tak soczyście polane smołą, tak genialnie poskładane, że nic tylko przyklasnąć. Gęstość tych dźwięków to prawdziwa lawa, i bynajmniej różnicy żadnej nie czyni, czy panowie akurat gnają przed siebie na pełnej prędkości, czy zwolnią ostro niczym przestrzegający przepisów drogowych kierowca przed znakiem „stop”, ale bynajmniej nie zlewająca się jedynie w parującą masę. Jeśli bowiem chodzi o selektywność, to wszystko tutaj jest idealnie wręcz selektywne. Oczywiście w stylu organicznym, nie szpitalnym. Do tego wszystkiego dorzucono naprawdę potężne wokale, pogłębiające przesączającą całość grozę. Znalazło się tu miejsce także dla kapki klawiszy, użytych jednak bardzo oszczędnie, i nie jako pozytywka w tle, a budującego napięcie instrumentu, wybrzmiewającego gdzieś w oddali niczym syrena alarmowa. Cholernie mocny album nagrali panowie z Kadavereich. O ile EP-ka dawała jeszcze jakieś szanse na przetrwanie, tak tutaj, kiedy wybrzmiewa ostatni dźwięk, żywej duszy nie widać po sam horyzont. Wszędzie tylko ogień, dym, zgliszcza i przenikające wszystko promieniowanie. Totalna zagłada.

- jesusatan