poniedziałek, 2 lutego 2026

Recenzja Slaughterday „Dread Emperor”

 

Slaughterday

„Dread Emperor”

Testimony Rec. 2026

Znacie ten band, w którego skład wchodzą dwaj Niemcy o długości włosów na twarzy i głowie odwrotnie proporcjonalnej do staroszkolnych standardów? Jakimś cudem, mimo iż kolesie wydają właśnie swój piąty album, nigdy nie zagościli na łamach Apo. Choćby dlatego postanowiłem skrobnąć o ich muzyce kilka słów, nawet jeśli nowe wydawnictwo nie wnosi do całokształtu twórczości Slaughterday niczego nowego. Tak samo, jak twórczość tego tworu nie wniosła niczego nowego w kanony gatunku. Nie innowacyjność jest jednak w tym przypadku sprawą kluczową. Bo jeśli zespół otwarcie czerpie inspiracje z znanych i uznanych klasyków, to i po co im jakieś niepotrzebne wygibasy. A Slaughterday jest takim właśnie kultywatorem staroszkolnych tradycji. Tradycji wykreowanych przez szkołę amerykańską i europejską, w równomiernym, w tym przypadku, połączeniu. Gdyby sprawy upraszczać do minimum, można bez ogródek powiedzieć, że panowie są potomstwem Grave i Autopsy. W sposób idealny łączą bowiem w swojej twórczości ciężar i brud obu tych kapel, i robią to naprawdę z klasą, a przede wszystkim bez dosłownego kopiowania klasyków. Na „Dread Emperor” znajdziemy ciężkie melodie, z naciskiem na słowo „melodie” właśnie. To nie jest li dudnienie, czy wbijanie w czaszkę pięciokilowego młota. Tutaj w pas kłania się ta staroszkolna gracja. Proste d-beaty, rytmiczne akordy, ale jednocześnie coś, co momentalnie wpada do głowy i skłania ją do epileptycznych podrygów. Nikt tutaj z wiatrem się nie ściga, bo kompozycje Niemców utrzymane są w tempie słusznym, ale stonowanym. Zdecydowanie więcej uwagi muzycy poświęcili temu, by ich numery nie nudziły. Stąd też nie ma w tym przypadku grania na jedno kopyto, czy trzymania się jednego akordu przez cały kawałek. Zresztą nawet od wspomnianych inspiracji też zdarzają się lekkie odchyły. Jak choćby w „Subconscious Pandemonium”, gdzie znajdziemy riff niemal djentowy. Albo „Dethroned”, kawałek na dobrą sprawę punkowy, wyśmienicie bujający, wpadający w GG Allin’owy vibe. Chłopaki doskonale czują to, co grają, a grają to, co czują i co im serce podpowiada. Znając ich dotychczasową twórczość jestem w stanie przyznać im medal za konsekwencję. Każdy ich krążek prezentował określoną jakość, i nie inaczej jest z „Dread Emperor”. Jeśli chcecie posłuchać dobrego death metalu, opartego na najlepszych oldskulowych filarach, może nie powalającego na kolana, ale szczerego i zagranego z pasją, to sięgajcie po ten krążek bez wahania. Satysfakcja gwarantowana.

- jesusatan




niedziela, 1 lutego 2026

Recenzja Diabolus, Mecum Semperterne! „Diabolus, Mecum Semperterne!”

 

Diabolus, Mecum Semperterne!

„Diabolus, Mecum Semperterne!”

Terratur Possessions 2026

Diabolus, Mecum Semperterne!, to nowe wydarzenie na scenie Trondheim. Oczywiście, że ta grupa gra black metal. Nikogo również nie zdziwi, że składa się ona z dobrze znanych muzyków z tamtejszego podwórka, bo to normalna rzecz wśród tej bandy satanistów, gdyż bez przerwy przechodzą z jednej kapeli do drugiej, bądź zakładają kolejne, nowe projekty. Dwudziestego lutego pojawi się na sklepowych pułkach debiut Diabolus, Mecum Semperterne!, który zawierać będzie intro, outro, trzy interludia oraz cztery kawałki black metalu w ujęciu znanym z Nidaros. Może cztery numery to niedużo, ale ich słuszna długość powinna zamknąć potencjalnym malkontentom usta. Norwedzy po tym szyldem szyją dość natchnioną formę tego gatunku, ponieważ każdy utwór niesie ze sobą wiązankę tremolo i riffów, z których płyną podniosłe i tajemnicze melodie, podsycane przez sakralne syntezatory i chóralny śpiewy. Album ten jest niczym hołd złożony Szatanowi, bo z tutejszych średnich temp jak i agresywniejszych akordów, przechodzących okresowo w dzikie blasty, sączy się starożytny duch. Kompozycje przepełnione są magią, mrokiem i wręcz religijną atmosferą, która hipnotyzuje swym delikatnie odrealnionym charakterem i rytualną atmosferycznością. Na „Diabolus, Mecum Semperterne!” przeważają średnie tempa i jednostajność, co nie znaczy, że nie jest to intensywna muzyka, bowiem jej moc wypływa z deklaracji oddania się przez ten kwartet diabelskiej sztuce jak i samemu rogatemu, co wyraźnie słychać w podniosłym i przesiąkniętym satanizmem usposobieniu tego krążka. To wpędzający w trans materiał, w którym zaklęte są wszystkie wartości właściwe dla klasycznego black metalu z lat dziewięćdziesiątych. Odurza diaboliczną atmosferą i zadziwia czytelnością, intencji tej czwórki artystów. Black metal oparty na tradycyjnych wzorcach i wiadomej ideologii. Brzmi jak wyznanie wiary. Jeśli chcecie się przyłączyć do tego misterium, to bierzcie.

shub niggurath