czwartek, 5 stycznia 2023

Recenzja DARK FUNERAL „We Are The Apocalypse”

 

DARK FUNERAL

„We Are The Apocalypse”

Century Media Records 2022

Serce mi kurwa krwawi, gdy obserwuję (a w zasadzie słucham) ostatnie poczynania Dark Funeral. Jak to możliwe, że horda, która na przełomie wieków wydawała w chuj bluźniercze, niszczące albumy, które wyznaczały trendy i były równocześnie drogowskazem dla kolejnych, Black Metalowych pokoleń tak obniżyła loty? Lordzie Ahrimanie (tu zwracam się bezpośrednio do jednego z twórców tego zespołu), jak to do końskiej pizdy mogło się wydarzyć? Poprzedni, wydany sześć lat temu album „Where Shadows Forever Reign”, choć nie był arcydziełem, jeszcze jakoś się obronił (przynajmniej w moim prywatnym rankingu), ale to, co usłyszałem na tegorocznym „We Are The Apocalypse”, sprawiło, że zapłakałem rzewnie krwawymi łzami. Ostatnia produkcja Dark Funeral to bowiem płytka tak przeciętna, jak to tylko możliwe. Muzyka, jaką tu napotkamy, to (niestety) taki nieszkodliwy, oswojony i na swój sposób przyjazny, oraz w większości wałków pozbawiony agresji, ugłaskany Black Metal dla zbuntowanych gimnazjalistów, dla których szczytem bluźnierstwa jest założenie pentagramu kupionego po kryjomu na kościelnym odpuście. To, że na tej płycie nienawiści, zła, czy mizantropii jest jak na lekarstwo to jedno, ale brakuje tu też tych zniewalających, zapadających w pamięć, jadowitych melodii, które ongiś hipnotyzowały, siejąc zarazem w duszach i umysłach takie spustoszenie, że ło matko bosko. A dziś? Dziś głód tu i mizeria, oj tak, głód i mizeria (i mówiąc o mizerii, nie mam bynajmniej w tym przypadku na myśli popularnej potrawy ze świeżych ogórków). Można co prawda znaleźć na tej płycie nieco lepsze, podlane siarką,  diabelskie wersety, jak choćby te w „When Our Vengeance Is Done”, „Nosferatu”, „A Beast to Praise”, czy „Leviathan”, ale jak dla mnie to zdecydowanie za mało. Reszta tej płytki jest bowiem rzadka i cieniutka, niczym dawna Kuroniówka i wywołuje po spożyciu podobne cierpienia, na czele z rozwolnieniem. Wygląda więc na to, że stało się to, co kiedyś wydawało się niemożliwe. Myślałem, że prędzej skończy się świat, niż to nastąpi. Niestety doczekałemjednak tych czasów, kiedy to wydaje się, że Dark Funeral, przynajmniej częściowo, utracił łaskę Pana.

 

Hatzamoth

środa, 4 stycznia 2023

Recenzja Bad Manor „The Haunting”

 

Bad Manor

„The Haunting”

Labyrinth Tower 2023

Dziś będzie o duchach i krwiopijcach zza oceanu. Zarówno bowiem nazwa zespołu, jak i tytuł ich debiutanckiego longa nawiązują do starego domu w którym straszy. I  trzeba przyznać, że oba te elementy są w tym przypadku bardzo adekwatne do zawartości muzycznej „The Haunting”. Bo że Amerykanie w black metal zazwyczaj nie umiom, to fakt stary jak historia gatunku. Ci partykularni, dodatkowo zgłębiają tematy wampirystyczne, które zawsze wywoływały u mnie lekki uśmieszek politowania. Mając zatem wyłożone dwie najważniejsze składowe na stół, nietrudno się domyśleć muzycznej wartości owego wydawnictwa. No jasne, że jest to kupa. Albo kupa śmiechu, jak kto woli. Po pierwsze, zabawne są wokale. Jeszcze te skrzeczące ujdą, bo niczym się w sumie nie wyróżniają z szarego tłumu. Ale już wszelkiego rodzaju jęki, stęki czy zakrzyki naprawdę potrafią wywołać szczery uśmiech rozbawienia na twarzy. To, co robi Dani Filth, to przy tym mały pikuś. Brzmienie… Uwielbiam garaż, ja go, kurwa, kocham. Ale nie taki. To, że instrumenty momentami się zagłuszają, to jedno. Furkocząca perka też jest jeszcze do przeżycia, stanowiąc w sumie najsilniejszy punkt programu. Megairytujący jest jednak efekt nałożony na wiosła. Wiecie, coś w rodzaju stonerowego dysonansu. Pasuje to tutaj jak kuchenny taboret do Wersalu. Sprawa trzecia, która jeszcze mogłaby materiał ten częściowo wybronić, to aranże. Nie powiem, że jest to jednolita papka i ściana dźwięku, wręcz przeciwnie. Panowie starają się dodawać smaczku swoim utworom za pomocą transylwańskich klawiszy, elementów bezgitarowych (wiecie, taki drum’n’bass haha!) czy bardzo nieudolnej teatralności, improwizacji na poziomie Dead Dog’s Howl. Wychodzi im z tego jednak kogel-mogel z białek. Muzyka nudna, według mnie kompletnie nijaka, bardziej wkurwiająca niż intrygująca. Mogąca, do czego piłem na wstępie, straszyć każdego szanującego się maniaka prawdziwego black metalu po nocach. Jeżeli panowie chcieli uzyskać taki właśnie efekt, to godzien jestem podziwu. Ja jednak, budząc się z tego koszmaru, pochichram chwilkę, przewracam się na drugi bok i kontynuuję wkurwianie starej donośnym chrapaniem. Darujcie sobie ten materiał. Naprawdę szkoda waszego czasu. Chyba, że ktoś wyznaje zasadę, że im coś bardziej chujowe, tym lepsze, bo można potem poszpanować w towarzystwie nic nieznaczącymi, nikomu nieznanymi nazwami, bo jestem trve andęgrand i zabłysnę. To wtedy proszę się częstować.

- jesusatan

Recenzja LIKFERD „Watchtowers of Anticosmos”

 

LIKFERD

„Watchtowers of Anticosmos”

Mara Productions 2022

Materiał, z którym mamy teraz przyjemność, czyli drugi, duży album rosyjskiego Likferd nie jest produkcją pierwszej świeżości. Płytka ta premierę swoją miała bowiem ponad rok temu, a ukazała się nakładem greckiej Zazen Sounds. Pod koniec Anno Bastardi 2022 ożywiła ją ponownie nasza Mara Productions i bardzo dobrze, że tak się stało, gdyż to produkcja na poziomie, która fanom II fali skandynawskiego Black Metalu dostarczy całą masę przyjemnych, niemal ekstatycznych doznań. Krążek ten pełnymi garściami czerpie z tradycyjnych wzorców gatunku, jakie ukształtowały się na początku lat 90-tych. Wypełniają go surowe, jadowite riffy, siarczyste beczki, ziarnisty bas o chropowatych wykończeniach, rasowe, złowieszcze wokalizy i monumentalny klawisz nasycony ciemnością. Nic nowego, można by rzec, klasyka. Panowie z Likferd postarali się jednak, aby w tych kompozycjach pojawiały się także akcenty charakterystyczne w większym stopniu dla bloku wschodniego (pewne rozwiązania rytmiczne, aranżacje, jak i podszyte ludowym klimatem, czyste wokale), więc z czystą przyjemnością chłonie się ten krążek, zwłaszcza że muzycy nie stronili tu także od nieco bardziej melodyjnych, zimnych, mizantropijnych faktur dźwiękowych. Pachnie to wszystko dosyć mocno pierwszą płytą Emperor, czy jedynym krążkiem Odium, ale bez większych problemów znajdziemy w tej muzyce także pewne odniesienia do wczesnych produkcji DarkThrone, czy Isengard, a i śladowe ilości „Fran Marder”, „Kostogher”, czy też „GoatHorns” także można tu wychwycić. No i gra gitara, bo na taki Black Metal zawsze znajdzie się u mnie miejsce, mimo że receptura, na bazie której go stworzono, jest do bólu klasyczna i od dawna nie stanowi już żadnej tajemnicy. Nie przeszkadza mi to jednak w najmniejszym nawet stopniu, gdyż „Watchtowers of Anticosmos” to krążek pełen podniosłej aury i mocno zatopiony w mroku. Poza tym ma coś w sobie ta płytka. Coś, co sprawia, że chętnie do niej wracam (jak na razie), choć przecież zastosowane tu rozwiązania słyszałem już tyle razy, że trudno to zliczyć (bo i po co?). Kończąc zatem temat: „Wieże Strażnicze Antykosmosu” nie wywrócą sceny do góry nogami ani nie zdefiniują ponownie gatunku, ale to rzeczowa, solidna płyta, którą miłośnicy tradycyjnej diabelszczyzny z lat 90-tych ze skandynawskim szlifem przytulą bez mrugnięcia okiem. Na koniec dodam jeszcze tylko, że materiał ten został wznowiony jako cd w trzech wersjach: Jewelcase, Slipcase i Digipack, zatem dla każdego, coś miłego.

 

Hatzamoth

wtorek, 3 stycznia 2023

Recenzja Abysmal Lord “Bestiary of Immortal Hunger”

 

Abysmal Lord

“Bestiary of Immortal Hunger”

Hells Headbangers 2022

No i oto mamy kolejną premierę płyty przeznaczonej dla garstki maniaków totalnych. O ile bowiem niektórym jedno Blasphemy wystarczy, jak to zdarza mi się podsłuchać moim uchem szpiega podczas chociażby rozmów okołokoncertowych, tak w moim przypadku tego typu grania nigdy za dużo nie będzie. I doskonale zdaję sobie sprawę, że war metal spod znaku kanadyjskiego cmentarza ani nie grzeszy pięknem, ani zbytnią techniką, ani też jakimś specjalnym zróżnicowaniem. No ale to jest właśnie jebany metal, a nie głaskanie się po jajkach. Takim metal właśnie miał z założenia być. Obrzydliwym, odpychającym przeciętnego zjadacza papki z radia, niezrozumiały i wulgarny. No i satanistyczny. Abysmal Lord to klasyczny przykład kultywowania wszystkich tych wymienionych ideałów. Pół godziny muzyki zamieszczonej na „Bestiary of Immortal Hunger” to chaotyczny wir, bestialstwo w czystej postaci, bezwzględna wojna i barbarzyństwo. To zapach napalmu, nie tylko o poranku. Perkusyjne galopady przy akompaniamencie rozrywających narządy słuchu gitarowych akordów, wokalu rzygającego rozgrzaną smołą, z nielicznymi zwolnieniami albo diabelskimi / wojennymi wstawkami. Filozofii tu nie ma żadnej poza jedyną słuszną, prymitywną prawdą, że człowieczeństwo czeka zagłada poprzedzona cierpieniem. Ktoś powie, że wszystkie te zespoły grają tak samo. No, można tak generalizować, choć jednak nie do końca. Czy jednak Abysmal Lord wyróżniają się jakoś spośród wszystkich tych stojących w gazowych maskach rycerzy? Nie, ale za to stoi w pierwszym szeregu i wyjątkowo wkurwiony czeka na sygnał do ataku. Ta recenzja jest tak samo potrzebna każdemu, kto zespół zna, jak śnieg w maju. Fanatycy wojennego metalu zapewne już materiał ten odsłuchali. Mam tylko nadzieję, że kurewsko głośno. Ross Bay Cult Eternal!

- jesusatan

Recenzja Blackened Temple „Blackened Temple”

 

Blackened Temple

„Blackened Temple”

Werewolf Promotion 2022

Co prawda mamy już 2023 rok, ale nie należy zapomnieć o kilku ciekawych pozycjach, które ukazały się pod koniec 2022. Jedną z nich jest debiut dość świeżego projektu, bo powstałego w drugiej połowie poprzedniej dekady, a jest nim Blackened Temple. W jego skład wchodzi dwóch panów. Pierwszym z nich jest Valr, udzielający się w kilku kapelach z amerykańskiego stanu Illinois, bo chyba na stałe przebywa on w Chicago, a są to między innymi Ossilegium oraz Amongst The Fallen. Drugim z muzyków jest niejaki Darkness, zamieszkujący Nowy Targ i znany z takich przedsięwzięć jak Rotten Age czy Ignis Inferni. Ich pierworodne dziecko to osiem numerów utrzymanych w black metalowym tonie delikatnie przyprawionym kostuchą. Przy pierwszym zetknięciu z tą płytą może się wydawać, że granie jakie serwuje nam Blackened Temple to nic nadzwyczajnego, lecz po dokładniejszym wsłuchaniu się w ten materiał wszystko nabiera właściwego kształtu. Mieszanka thrashowych i zdecydowanych riffów wraz z ostrymi tremolo płynie tutaj w zmiennych tempach. Melodie jako takie nie występują, a jeśli się takie pojawiają to są dość stonowane i nie zapraszają do tańca. Niosą ze sobą tą mroczną melancholię, o którą właśnie chodzi w  tego typu muzyce. Marszowe momenty w poszczególnych kawałkach podkreślają powagę black metalowego wyrazu, zaś szybkie tremolo dokładają do tego sporo wściekłości, której beznamiętność wręcz przeraża. Czysta mizantropia i chłód. Całość posiada bezwzględnie zimny wydźwięk i nie dba o uczucia odbiorców. Panowie bezlitośnie robią swoje w żaden sposób nie próbując przypodobać się komukolwiek. „Blackened Temple” to kawał dobrego szatańskiego grania z odpowiednio dociążoną sekcją rytmiczną, która wprowadza do niego elementy death metalu przez co siła tej produkcji rośnie z każdym odsłuchem, w czym pomagają bardzo dobre wokale, będące czymś na granicy blackowego warkotu i śmierć metalowego growlu. Delikatnie przypominają niekiedy zaciągnięcia w stylu Martina Van Drunen’a lub trochę Schuldiner’a z końca kariery. Uogólniając niezły debiut. Tradycyjny black / death metal, podczas słuchania którego, skojarzenia są nad wyraz widoczne, ale sami do nich dojdźcie. Polecam fanom czarnej muzy.

shub niggurath

niedziela, 1 stycznia 2023

Recenzja Licht des Urteils „Uhraamo”

 

Licht des Urteils

„Uhraamo”

Purity Through Fire 2022

„Finland, Finland, Finland… The country where I want to be…”. Perkele! Aż chce się śpiewać tą piosenkę, gdy do moich łap trafiają takie albumy jak debiut Licht des Urteils. Nie będę ściemniał i pisał niepotrzebnych wstępniaków. Ten album kupił mnie już introsem i pierwszym numerem. Po odgłosach lubieżnej kopulacji spadła na mnie lawina dzikiego punk black metalu, dowodzonego przeraźliwym wokalem wykrzykującym coś o „Satana”, maksymalnie wkurwionym i chaotycznym, i dźwiękami mogącymi przypominać Impaled Nazarene po mocnej kawie, albo dwóch. Kumacie? No padłem momentalnie na kolana. Co prawda kolejny numer mocno na chwilę spuścił z tempa, błądząc gdzieś bardziej w rejony norweskie i częstując kręcącym w głowie niczym zbyt szybka przejażdżka na karuzeli tremolo, ale zaraz potem panowie powrócili do pierwotnej dzikości. Bo takowa ten krążek charakteryzuje. Tak samo jak nieprzewidywalność. Piątka z Tampere na swoich nagraniach zachowuje się równie logicznie, co paralotniarz wykonujący skok w przepaść z parasolem w ręku. Dowody? Kurwa, posłuchajcie krótkiego interludium „Litanies of Bacchus Pt. II” i powiedzcie, że to jest normalne? Przecież to zbiór z chuja wyjętych fragmentów, ni wspomnianego chuja się nie klejących. A jednak uderza. Tak samo jak mieszanka wspomnianego na wstępie punka i nordyckich odmian czarnego metalu, które to Licht des Urteils wrzucają do jednego kotła. Melodia? Jest. Prostota? Załóż się! Totalny wkurw, wściekłość jak ja pierdolę? Odpal „Kuollut”. Zaletą tego krążka jest to, że ci kolesie niby czerpią z różnych źródeł, ale wszystkie składowe, nawet jeśli chaotycznie, to układają tak, że słuchając „Uhraamo” chce się najzwyczajniej w świecie komuś pierdolnąć. Ta muza kipi naturalną dziczą i nienawiścią do wszechświata. Jest istotą black, kurwa, metalu. Oczywiście brzmi to syfiasto, jak Pan Lucyfer zalecił w pierwszym przykazaniu, lecz na tyle czytelnie, by słowa Jego, śpiewane tu zarówno po fińskiemu jak i w języku Albionu, nikomu niezrozumiałe nie pozostały. Czy muszę jeszcze wspominać, że album ten zyskuje z każdym kolejnym łykiem gorzałki? Bo to tak na dobrą sprawę pijacka muza jest, dla pijaków, zwłaszcza tych kochających prosty, surowy i prymitywny metal z etykietką „black”. No to wiadomo, że ja łykam debiut Licht des Urteils bez pytania, czy ktoś ze mną wypije. Chcecie, to pijcie, nie to nie. Posłuchacie, to posłuchacie. Mi tam jeden chuj. Wy tracicie, nie ja.

- jesusatan

Recenzja Thornspawn / Maledictvs Split

 

Thornspawn / Maledictvs

Split (CD)

Werewolf Records 2023

Nic dziwnego, że te dwie kapele pojawiają się razem na kolejnym splicie, bo wiadomo przecież nie od dziś, że są one sobie bardzo bliskie. Dzieje się tak za sprawą dwóch osób, które łączą te dwa zespoły. Chodzi mianowicie o założycielkę Maledictvs, zwącą się Hella oraz o odpowiedzialnego za powstanie Thornspawn Blackthorn’a. Dwa pierwsze kawałki Thornspawn zostały już opublikowane w 2021 na składance, którą te dwa bandy również współdzieliły, a był to materiał wydany tylko na kasecie „Guided By Vengeance & Bloodlust”. Rzecz ma się podobnie w przypadku Maledictvs. Obydwa składy dodały tutaj po dwa nowe nagrania, a Werewolf Records wtłoczył je na CD i o to mamy nową wersję starego splitu. Zaczyna projekt z Teksasu. Ich wersja black metalu jak na USA jest całkiem niezła. Szybkie tempo, zdecydowane riffy, które pozbawione wyraźnych melodii tną powietrze niczym sople wystrzeliwane z karabinu maszynowego. Ostrym jak brzytwa gitarom towarzyszy bardzo dobrze słyszalna sekcja rytmiczna. Bas Hell’i brzmi nieźle. Blackthorn katując swoje struny głosowe również daje radę. Na uwagę zasługuje tutaj trzeci numer „Entangled In Disobedience, With The Desires Of Beasts”, który pobrzmiewa delikatnie „czwórką” Darkthrone. Gdy kończą Amerykanie, taniec zaczyna pani ze słynnego Juarez. Zaskakująco po norwesku poczynają sobie Meksykanie. Jednostajne riffy, przechodzące momentami w krótkie tremolo, hipnotyzują przednio. Kompozytor starannie odrobił lekcję i tworzy naprawdę ciekawego bleczura. Nie wiem, jak mieszkając w kraju, gdzie zamiast polityków rządzą kartele, można osiągnąć taki chłód. Poważne potraktowanie fundamentów tego typu grania, zaowocowało nienawistnym i na wskroś przesyconym złem black metalem. Znowu zainteresowanie zwraca trzeci „Incarnate Of Tyrants”, którym cyklicznie powracające tremolo, przywołuje skojarzenia z tymi co rozniecili niegdyś ogień na północnym niebie. Ostatni to cover Hellhammer „Horus / Agressor”, ale specjalnie to wykonanie niczym się nie wyróżnia. Miły to dla ucha split. Solidna dawka black metalu dla miłośników owego.

shub niggurath