piątek, 15 sierpnia 2025

Recenzja Violator „Unholy Retribution”

 

Violator

„Unholy Retribution”

Kill Again Rec. 2025

 


Violator działają na scenie już ćwierć wieku, a ich dorobek opiewa na dwa pełniaki oraz kilka EP-ek i splitów. „Unholy Retribution” to duży album numer trzy, zawierający czterdzieści minut czystego thrash metalu. Jako iż nazwa do czegoś zobowiązuje, panowie nie pierdolą się w tańcu, strzelając po mordzie siarczystymi, osadzonymi w klasycznym klimacie riffami. Oryginalności w nich niewiele, ale akurat w przypadku takich wydawnictw, w ogóle bym jej nie oczekiwał. Twórczość Violator jest bowiem absolutnie doskonałym hołdem dla klasyków thrash metalu, których nazw wymieniał tu nie będę, bo nie widzę ku temu potrzeby. Każdy kto posłucha, znajdzie tu odpowiednie konotacje. Powiem tylko, że Brazylijczycy zdecydowanie czują klimat lat osiemdziesiątych, potrafią w instrumenty, mają głowę do wpadających w ucho riffów, a pod względem kompozytorskim reprezentują naprawdę wysoki poziom. Mnóstwo w tych kompozycjach energii i lejącego się z każdego dźwięku wkurwu. Nie brak też harmonii czysto koncertowych, przy których aż chce się potańczyć. Poza tym bardzo dobre solówki, nie wklejane na siłę, jak to często bywa, lecz wchodzące dokładnie tam, gdzie ich miejsce. No i wokale. Przeważnie czyste, śpiewne, zarazem pełne emocji, o ponadprzeciętnej sile przekazu. Mało to, a zarazem tak wiele. Przy odgrzewaniu thrashowego kotleta niewiele więcej mi do szczęścia potrzeba. Nad tego typu płytami nie ma się za bardzo co rozpisywać, bo podobne granie albo się łyka, niczym pelikan czaplę, albo przechodzi obok obojętnie. „Unholy Retribution” to żadna sensacja. Pewnie większość za rok nie będzie o nim pamiętała. Dla określonego grona jednak będzie to materiał stanowiący ważny element kolekcji. Mi takie granie wchodzi bez popitki, zatem serdecznie polecam, zwłaszcza jeansowym katanowcom.

- jesusatan




 

czwartek, 14 sierpnia 2025

Recenzja Species „Changelings”

 

Species

„Changelings”

20 Buck Spin 2025

 


Tak sobie czasem myślę, że chyba najłatwiej tworzyć wariacje na tematy warmetalowe. Nieco więcej umiejętności wymaga kultywowanie oldskulowych tradycji deathmetalowych, czy to o szwedzkim, czy amerykańskim rodowodzie. Ale, powiedzcie sami, ile jest zespołów, które na najwyższym światowym poziomie potrafią tworzyć muzykę opartą o spuściznę mistrzów grania technicznego i progresywnego? Relatywnie niewiele. Debiutem rodzimego Species mocno się swego czasu zachwycałem, mimo, iż nie jest to do końca moje granie. To był taki wyjątek od reguły. Za chwilę panowie wracają z albumem numer dwa, a wiadomo, że po płycie pokroju „To Find Deliverance” poprzeczka ustawiona została niebywale wysoko. Mówi się, że muzyka to nie zawody, a mimo to zawsze jednak gdzieś tam porównujemy, ustawiamy w hierarchii i tak dalej. „Changeling” jest płytą nieco inną, co w przypadku tego zespołu było dla mnie oczywiste zanim jeszcze ją po raz pierwszy włączyłem. Chłopaki są bowiem zbyt ambitni by dreptać w miejscu. Nie powiem, by „Changelings” mnie specjalnie zaskoczył. Spodziewałem się jeszcze większego nacisku na granie progresywne, i dokładnie w tym kierunku Species skręcili. Mniej zatem w nowych kompozycjach pierwiastka thrashowego, więcej nawiązań do wczesnego Cynic, Atheist czy późnego Death. Na płycie tej nie ma w zasadzie klasycznych struktur w temacie zwrotka / refren. Muzyka płynie sobie tylko chcianym nurtem, co chwilę skręcając w bok, lawirując między pomysłami, których jest tu wystarczająco dużo, by obdzielić nimi przynajmniej pięć innych albumów. Przy pierwszym podejściu do „Changelings” można się mocno zdziwić i niejednokrotnie stracić wątek. Nie jest to jednak, jak wielu z was zapewne w tym momencie podejrzewa, muzyczny onanizm. Po kilku rundkach wszystkie te łamańce zaczynają się krystalizować w głowie, i układać w niezwykle zróżnicowaną i mocno malowniczą całość. Niezaprzeczalnie dzieje się tak dzięki wyjątkowym umiejętnościom technicznym muzyków, którzy w bardzo dojrzały sposób łączą ze sobą elementy technicznego death, technicznego thrashu, czy nawet jazzu, jednocześnie zachowując, może nieco schowaną w tle, ale jednak, drapieżność. Co ciekawe, słuchając tych piosenek można odnieść wrażenie, że każda z nich jest inna, każda ma swój własny charakter. A mimo to wszystkie zazębiają się i wzajemnie uzupełniają. Mocno chłopaki tu pokombinowali, oj mocno, także pod względem strukturalnym, nie stroniąc choćby od świetnego instrumentala „Voyager”, po dziesięciominutowego kolosa „Biological Masterpiece” na zakończenie. Wydaje mi się, że nagrali go celowo, trochę by pokazać, że potrafią. I faktycznie, potrafią! Jeden eksperyment im się co prawda nie udał, bo w „Waves of Time” pojawiają się czyste, śpiewane wokale, które działają na mnie niczym płachta na byka, i najchętniej bym je wyjebał w pizdu, ale w ogólnym rozrachunku jakoś można tego babola przełknąć. Materiał ten, podobnie jak w przypadku debiutu, brzmi fantastycznie, a nisko plumkający, jednocześnie wyraźnie słyszalny bas, robi mega robotę. Czuć w tej muzyce nieczęsto spotykany klimat, czuć szczerość, i nawet jeśli chwilami słyszymy tu bardzo wyraźne nawiązania do wspomnianego „Focus” czy „Sounds of Perseverance”, to jest to raczej rozwinięcie myśli autorów owych klasyków niż bezczelne naśladownictwo. Po raz kolejny jestem pod wielkim wrażeniem. Powiem więcej. Uważam, że obecnie na krajowej scenie w rzeczonym gatunku panowie nie mają sobie równych, a i w skali światowej prezentują poziom najwyższej półki. Ode mnie oklaski na stojąco!

- jesusatan




 

Recenzja Ursawrath „Emergence”

 

Ursawrath

„Emergence”

Independent 2025

 


Grupa ta powstała w 2023 roku na terenie USA, a dokładnie w niegdysiejszej kolebce grunge’u, czyli w Seattle. Po nagranym dwa lata temu demosie, Ursawrath postanowił zaatakować pełniakiem, który dostępny będzie 29 sierpnia. Notka informacyjna określa muzykę tego kwartetu jako progresywny thrash metal, zaś wybrane strony internetowe mówią o prog-sludge’u. Po przesłuchaniu „Emergence” mogę stwierdzić, że obie informacje są prawdziwe, lecz nie można grania Amerykanów określić tak jednoznacznie jak wyżej wymienione źródła. Panowie bowiem wcisnęli do swoich kompozycji wszystkiego po trochu, co wykreowało dość zróżnicowany thrash, mocno liźnięty „szlamem” i modernizmem. Z jednej strony boleśnie biczują na podobę niemiecką lat osiemdziesiątych, co znaczy, że ostro jadą do przodu, kąśliwie kostkując czemu towarzyszy gardłowe warczenie wokalisty. W tych momentach materiał ten przypomina trochę Kreator z czasów „Pleasure To Kill” tyle, że bardziej dociążony i zagęszczony. Innym razem panowie kierują się w strony bliższe Los Angeles i częstują nieco lżejszymi akordami i wokalizami, kojarzącymi się ze złotymi czasami grania w stylu Bay Area z tym, że grubo mroczniejszymi i obdarzonymi bardziej wyrafinowanym traktowaniem strun. Kolejnym i bardzo wyraźnym pierwiastkiem na „Emergence” jest sludge i doom metal, którego rytmy wplatane są pomiędzy thrashowe riffy. Nie są to jednak tak gniotące i duszące harmonie jak w czystych ujęciach tych gatunków, bo zostały znacznie odchudzone, aby pasowały do ogólnego obrazu tej płyty. Jednakże odznaczają się ciężkością i agogiką od reszty, i wprowadzają do aranżacji Ursawrath znaczny ładunek ciężkości i upiorności. W tych chwilach dzierżący mikrofon Adam Schaefer, potrafi zdrowo growlować jak i zapodać całkiem przestrzenne śpiewy, które wraz z melodyką pozwalają delikatnie odpłynąć w refleksyjne rejony. Aby dopełnić dzieła nasi amerykańscy muzycy, do całości dokładają mnóstwo awangardowych rozwiązań, technicznych popisów i solówek, co z resztą zabiegów wygenerowało zwartą i kopiącą w dupę gędźbę, która jawi się jako inteligentnie i z jajem podana fuzja wspomnianych typów metalowego rzępolenia. Skomplikowany krążek, wypełniony nieliniowymi aranżacjami i zaskakujący na każdym kroku zwrotami akcji, ponieważ pomysłów tym czterem Amerykanom nie brakuje, a i pokłady agresji zdają się mieć niewyczerpane. Bardzo ciekawy album, który częstuje nowoczesnym, ale i trzymającym się tradycji thrash’em, zdrowo potraktowanym przysadzistością i smutkiem. Zachęcam do zapoznania się, gdyż warto.

shub niggurath

 



środa, 13 sierpnia 2025

Recenzja Castrator „Coronation of the Grotesque”

 

Castrator

„Coronation of the Grotesque”

Dark Descent Rec. 2025

 


Ile znacie zespołów deathmetalowych, w których nie ma ani jednego faceta? No właśnie, niewiele. A tych, które reprezentują faktycznie wysoki poziom jest jeszcze mniej. Dziś sprawdzamy kapelę żeńska zza wielkiej kałuży. Panie nazwały swój twór Castrator, stąd też nie wiem, czy chciałbym je poznać osobiście i przekonać się, na ile poważnie do niej podchodzą. Wydanego przez nie pierwszego krążka nie słyszałem, natomiast miałem przyjemność poznać głoś pani Clarissy, za sprawą ubiegłorocznego debiutu Vicious Blade, w którym to owa niewiasta także się udziela. A głos ma babka taki, że konia z rzędem temu, kto bez podpowiedzi zgadnie, iż owe rzygowiny nie wydobywają się z męskiej gardzieli. „Coronation of the Grotesque” to czysta klasyka amerykańskiego death metalu z lat dziewięćdziesiątych. Co warte uwagi, panie czerpią ze starej szkoły w sposób bardzo zróżnicowany, a na bazie wyniesionych nauk tworząc mieszankę własną. Można tu oczywiście wskazywać wiele inspiracji towarzyszącym powstawaniu tych piosenek imiennie, jednak tworzenie ich listy trochę mija się z celem. Wspomnę zatem może tylko, że nie ma tu Morbid Angel czy Immolation, za to więcej Deicide, Cannibal Corpse albo Brutality. Nie znajdziecie na tym albumie wybitnych prędkości. Większy nacisk położony został na odpowiednie dociążenie uderzających w łeb akordów. Poza klasycznym mieleniem w średnim tempie, panie nierzadko zwalniają, a wtedy można odnieść wrażenie, jakby spadł nam na głowę tankowiec. Z drugiej stroni w kilku momentach atakowani jesteśmy akordami mocno rytmicznymi i wpadającymi w ucho, a także wyśmienitymi solówkami. Tempo i linie melodyczne zmieniają się tutaj dosłownie co chwilę, i nie jest to łamanie rytmu dla samej zasady. Przez niecałe czterdzieści minut, bo tyle razem daje te dziesięć numerów, naprawdę sporo się dzieje. I to sporo ciekawego, to należy szczególnie podkreślić. Bez zapchajdziur czy zbędnego przedłużania. Zanim zdążymy otrząsnąć się po jednym ciosie, trafiają nas kolejna dwa, zatem po rundce z „Coronation of the Grotesque” wygląda się trochę jak Rocky Balboa po walce z Ivanem Drago. Na deser dostajemy jeszcze fantastycznie zagrany cover w postaci „Metal Command”, zorientowani będą wiedzieli czyjego autorstwa. Drugi krążek Castrator to naprawdę treściwe danie dla każdego fana szkoły zamorskiej. Barier nie łamie, bo i łamać nie ma, za to zapewnia solidną dawkę oldskulowego grania. Ode mnie pełna rekomendacja.

- jesusatan




 

Recenzja Ritual Mass „Cascading Misery”

 

Ritual Mass

„Cascading Misery”

20 Buck Spin (2025)

 


Myślałem, że ten twór z Pensylwanii już dawno poszedł w piach. Ritual Mass na przestrzeni ostatniej dekady dał się poznać deathmetalowemu undergroundowi kilkoma mniejszymi wydawnictwami, które odbiły się niemałym echem. Część tych nagrań ukazała się w formie kompilacji „It Ever Turns” wydanej przed trzema laty przez Memento Mori Records. Teraz ekipa z Pittsburgha atakuje dość niespodziewanie debiutanckim pełniakiem w barwach 20 Buck Spin i od razu trzeba przyznać, że jest to wydawnictwo, z którym warto się poznać. „Cascading Misery” to krok naprzód w muzycznym rozwoju Ritual Mass, zwłaszcza pod kątem kompozytorskim. To już nie jest podziemna, jaskiniowa, kipiąca wściekłością masa dźwięku. Tutaj są riffy, są świetne zwolnienia, jadowite przyspieszenia i zwarte, acz szalone sola przywodzące na myśl braci Hoffman. W dalszym ciągu punktem wyjścia wydaje się tutaj być twórczość Incantation, ale ekipa z północnego wschodu USA wykazuje na swym premierowym długograju więcej niż dotychczas odwołań do bardziej klasycznego, deathmetalowego grania. Słuchając tego materiału kilkukrotnie miałem skojarzenia z Ingivomous, które także w prostej linii gdzieś inspiruje się ekipą Johna McEntee, ale z każdym kolejnym wydawnictwem odchodziło od gęstej smolistości wplatając coraz więcej morbidangelowych motywów. I tak też odbieram „Cascading Misery” od strony instrumentalnej – to kawał bardzo dobre zagranego i napisanego metalu śmierci, opakowanego w naprawdę mocne brzmienie. Schody z tym materiałem zaczynają się dla mnie w momencie, gdy pojawiają się wokale. W tej materii nie zmieniło się nic i mamy jaskinię z toną najebanego pogłosu. Nazywając rzecz po imieniu – kompletnie one nie pasują do wygrywanych tutaj dźwięków i najzwyczajniej w świecie nie podobają mi się. Ritual Mass w każdym innym aspekcie poszedł za mocno do przodu, aby zostawić partie wokale takie jakimi były. Traci na tym całe „Cascading Misery”, które z innymi wokalami mogłoby być jeszcze bardziej dynamiczne, szalone, miałoby w ręku kolejny atrybut podkreślający błysk, który niewątpliwie w tym zespole tkwi. Wierzę, że póki co jest to etap przejściowy i na kolejnym wydawnictwie Ci kolesie pójdą na całego i dojebią do pieca na całego nie zostawiając jednej nogi w bagnie. Tak czy owak polecam.

                                                                                                                                                            Harlequin




 

wtorek, 12 sierpnia 2025

Recenzja Ancient Torment “Follow the Echo of Curses”

 Ancient Torment

“Follow the Echo of Curses”

Eternal Death 2025


No nie, znów black metal ze Stanów… Zanim więc włączyłem ten debiut, zerknąłem przezornie w skład zespołu. No nie napawało to optymizmem. Panowie z Witch King, były śpiewak Black Sorcery… ale jest i git arnik Cruciamentum. Choć pewnie w sprawach kompozytorskich niewiele miał do gadania. No nic, sprawdzamy. „Follow the Echo of Curses” to czterdzieści minut black metalu z stylu skandynawskim. Zaskoczenie żadne. Konkretyzując, najbliżej tym dźwiękom do odłamu szwedzkiego. Bo jest tu sporo blastów i zagranych na pełnej prędkości melodyjnych riffów o chłodnym, i mimo wszystko  nieprzesłodzonym zabarwieniu. Klasyczne w tym przypadku jest zamienne riffowanie, czyli tremolo przeplatane bardziej tradycyjnym kostkowaniem, dzięki czemu muzyka ta zyskuje kapkę thrashowego sznytu i chwytliwości. Przez większość płyty prujemy jednak ostro do przodu wśród malowanego śniegiem i lodem krajobrazu. I trzeba przyznać, że generalnie nudy tu nie ma, bo panowie grać potrafią i pomysłów im nie brakuje. Jest w tej muzyce odpowiednia zadziorność, brzmienie nie kuleje, wokalnie też nie ma się do czego przyczepić. Nawet solówki są znośne, choć bardzo odtwórcze. Klawisze, jeśli się pojawiają, to w śladowych ilościach, jedynie w tle, co też można w tym przypadku uznać za plus. Szczerze powiedziawszy, po trzech okrążeniach z tymi piosenkami wcale nie czuję się zmęczony, jak na starcie podejrzewałem. Może dlatego, że to naprawdę solidne granie, a „Follow the Echo of Curses” jest materiałem bardzo równym. Kwestia tylko tego typu, że podobnych wydawnictw ukazuje się co chwilę od chuja i jeszcze trochę, zatem sięgną po nie chyba tylko najwięksi maniacy gatunku. I głównie im te nagrania polecam. Solidna pozycja. Bez fajerwerków, ale solidna.

- jesusatan





Recenzja Pustulant Flesh „Gurgling Pustulence”


Pustulant Flesh

„Gurgling Pustulence”

Extremely Rotten Productions 2025

 


To duńska kapela, która początkowo funkcjonowała jako Fetus Deletus, zaś w latach 2022-2023 przybrała nazwę Putrid Abortion. Obecnie grają jako Pustulant Flesh i wydają swoją już drugą epkę, choć niektóre źródła internetowe twierdzą, że to debiutancka płyta. Nie będę się kłócił i zdam się na notkę informacyjną od wytwórni, przyjmując, że to jednak E.P. Ci czterej mieszkańcy Kopenhagi rzeźbią w materii death-grindowej zatem te kilka numerów umieszczonych na „Gurgling Pustulence” zlatuje szybko, bo ostatni i najdłuższy kawałek trwa pięć minut, a reszta tylko po około trzy. To „siedem grzechów” o treściwej zawartości „żołądka”, którą stanowią soki trawienne, nie mogące w żaden sposób poradzić sobie z surowym i nadgniłym mięsem. Na poważnie to muza, którą wygrywają gruzowate gitary, gruboziarnisty bas i przysadzista perkusja, a instrumentarium towarzyszą głębokie growle i nieprzyjemne wrzaski. Panowie prują w zmiennych tempach mieląc, gniotąc i rozrywając szybkimi blastami, schizoidalnymi, technicznymi piskami, zawiesistymi riffami, lecz i od czasu do czasu pobujać ociężałymi d-beatami też lubią. Całość została dodatkowo okraszona samplami, potęgującymi krwistość muzyki i gotowe. Wszystko strasznie się kłębi, wypluwając skrajnie niechlujną muzykę, od której co delikatniejszy słuchacz z pewnością nabawi się zgagi, a niejeden i na rzygnięcie się skusi. Wysoce undergroundowe granie, obdarzone brudnym brzmieniem i anarchicznym podejściem do tworzenia kompozycji. Zatęchły i brejowaty death-grind, który równie dobrze mógłby ukazać się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Szaleństwem i lepkością przypominający trochę Carcass, trochę Exhumed, ale porównania w tym przypadku można by wyliczać bez końca. Zagrany niby „na odpierdol”, ale w rzeczywistości to ze szczerym zacięciem potraktowana łupanina, która nie kłania się nikomu i wchodzi na salony bez pytania, brudząc dywany błotem i wnętrznościami. Cud, miód i siekane glizdy. Uwaga! Choć posiada określony porządek, kilka wirtuozerskich popisów i modernistycznych rozwiązań, nie jest przeznaczona dla wysublimowanego odbiorcy, gdyż dla takiego niestrawność gwarantowana.

shub niggurath