Mortual
„Altar of Brutality”
Nuclear Winter Rec. 2025
Parafrazując klasyka: “Kostarykanie nie gęsi, i swą
Florydę mają”. Taka myśl naszła mnie po wysłuchaniu debiutanckiego krążka
trzech mieszkańców San Jose, który to lada dzień ujrzy światło dzienne nakładem
coraz prężniej działającej Nuclear Winter Records. Co prawda wspomniany
półwysep położony jest prawie dwa tysiące kilometrów od Kostaryki, ale nie po
raz pierwszy muzyka udowadnia, iż żadne
zależności geograficzne jej nie dotyczą. Podobnie zresztą jak ramy czasowe,
bowiem materiał zamieszczony na „Altar of Brutality” bynajmniej nie jest death
metalem nowoczesnym, tylko mającym rodowód w okresie eksplozji gatunku. Czy w
temacie amerykańskiego metalu śmierci można jeszcze cokolwiek nowego wymyśleć?
Nie sądzę. Czy Mortual starają się wprowadzić do tego kanonu coś dotychczas
niespotykanego? Absolutnie. Czy warto zatem sięgać po kolejną kapelę
inspirującą się w prostej linii znaną i powszechnie szanowaną klasyką? Jak
najbardziej! Dlaczego? Tylko i wyłącznie dlatego, że Mortual, nawet jeśli
faktycznie mocno czerpią z takich nazw jak Monstrosity, Cannibal Corpse, Death
czy Morbid Angel, robią to na własny sposób, z niebywałą pasją, i na pewno nie
w myśl zasady kopiuj / wklej. Może na początku wrzucę im do ogródka mały
kamyczek, bo czegoś mi na tym krążku mimo wszystko brakuje. Konkretnie - choćby
odrobiny szaleństwa, tego charakterystycznego dla zespołów na południe od Stanów.
„Altar of Brutality” brzmi jakby został zarejestrowany w Tampie, a wszystkie
zastosowane przy jego komponowaniu środki są na wskroś amerykańskie. Perkusja,
zwłaszcza w partiach blastujących brzmi, jakby siedział za nią Sandoval zza
najlepszych lat, wokale wypluwane są z manierą przypominającą człowieka z
najgrubszym karkiem na scenie, gitarowe melodie to wczesny Monstrosity jak
żywy, motoryka chwilami idzie krok w krok z Cannibalową, solówki z kolei to
taki miks Treya i Chucka z pierwszej płyty… Można by tutaj wymieniać w
nieskończoność, ale zakładając to, o czym wspomniałem chwilę wcześniej,
absolutnie nie ma się wrażenia, że chłopaki z Ameryki Środkowej na siłę kogoś
kopiują. Ich utwory brzmią jak wzorowo odrobione zadanie domowe z death metalu
lat dziewięćdziesiątych. Na tyle dobre jakościowo, że naprawdę bez wstydu można
je ustawić na półce obok największych klasyków. Jedyna różnica jest taka, że
zostały nagrane trzydzieści pięć lat za późno i dziś już nikogo nie zaskoczą.
Ale powiem wam, na chuj mi element zaskoczenia, skoro taki, dla przykładu,
„Divine Monstrosity” to kolos, przy którym aż się chce napierdalać łbem i
„śpiewać” do zaciśniętej pięści. Album trwa trzydzieści pięć minut i jest
absolutnie wspaniałym hołdem dla wspomnianego już okresu czasu i gatunku.
Oryginalność – zero. Skopanie dupska w staroszkolnym stylu – sto. Ja to kupuję!
-
jesusatan

przyznam szczerze, że kompletnie nie słyszę tego co jest napisane w recenzji. jest to bardzo nowoczesny Death Metal, ani nie mający staromodnego brzmienia, ani tym bardziej sznitu. Cannibal Corpse zrobili karierę będąc na Florydzie, ale zarówno ich korzenie, jak i styl jest typowo nowojorski i bliżej im do Suffocation, niż do Death / Morbid Angel. A i perkusja ma więcej z Mike'a Browninga i Ventora niż Sandovala - jest poprawna, ale często słychać używanie sprzętu charakterystycznie dla roku 1986 (głównie w przejściach), nawet jeśli brzmi to nowocześnie. Dźwiękowo przypomina mi to zderzenie wciąż popularnej produkcji ala Incantation, czyli grobowego Death, z próbą grania czegoś na wzór Morgoth i europejskiej sceny - odrobina Thrash, techniki i szorstkości. Bardzo kliniczne i zimne granie. Warto przesłuchać z ciekawości, bo nie da się ukryć że kraje łacińskie niosą na barkach przyszłość sceny Metalowej.
OdpowiedzUsuń