czwartek, 26 czerwca 2025

Recenzja Mortual „Altar of Brutality”

 

Mortual

„Altar of Brutality”

Nuclear Winter Rec. 2025

 


Parafrazując klasyka: “Kostarykanie nie gęsi, i swą Florydę mają”. Taka myśl naszła mnie po wysłuchaniu debiutanckiego krążka trzech mieszkańców San Jose, który to lada dzień ujrzy światło dzienne nakładem coraz prężniej działającej Nuclear Winter Records. Co prawda wspomniany półwysep położony jest prawie dwa tysiące kilometrów od Kostaryki, ale nie po raz pierwszy  muzyka udowadnia, iż żadne zależności geograficzne jej nie dotyczą. Podobnie zresztą jak ramy czasowe, bowiem materiał zamieszczony na „Altar of Brutality” bynajmniej nie jest death metalem nowoczesnym, tylko mającym rodowód w okresie eksplozji gatunku. Czy w temacie amerykańskiego metalu śmierci można jeszcze cokolwiek nowego wymyśleć? Nie sądzę. Czy Mortual starają się wprowadzić do tego kanonu coś dotychczas niespotykanego? Absolutnie. Czy warto zatem sięgać po kolejną kapelę inspirującą się w prostej linii znaną i powszechnie szanowaną klasyką? Jak najbardziej! Dlaczego? Tylko i wyłącznie dlatego, że Mortual, nawet jeśli faktycznie mocno czerpią z takich nazw jak Monstrosity, Cannibal Corpse, Death czy Morbid Angel, robią to na własny sposób, z niebywałą pasją, i na pewno nie w myśl zasady kopiuj / wklej. Może na początku wrzucę im do ogródka mały kamyczek, bo czegoś mi na tym krążku mimo wszystko brakuje. Konkretnie - choćby odrobiny szaleństwa, tego charakterystycznego dla zespołów na południe od Stanów. „Altar of Brutality” brzmi jakby został zarejestrowany w Tampie, a wszystkie zastosowane przy jego komponowaniu środki są na wskroś amerykańskie. Perkusja, zwłaszcza w partiach blastujących brzmi, jakby siedział za nią Sandoval zza najlepszych lat, wokale wypluwane są z manierą przypominającą człowieka z najgrubszym karkiem na scenie, gitarowe melodie to wczesny Monstrosity jak żywy, motoryka chwilami idzie krok w krok z Cannibalową, solówki z kolei to taki miks Treya i Chucka z pierwszej płyty… Można by tutaj wymieniać w nieskończoność, ale zakładając to, o czym wspomniałem chwilę wcześniej, absolutnie nie ma się wrażenia, że chłopaki z Ameryki Środkowej na siłę kogoś kopiują. Ich utwory brzmią jak wzorowo odrobione zadanie domowe z death metalu lat dziewięćdziesiątych. Na tyle dobre jakościowo, że naprawdę bez wstydu można je ustawić na półce obok największych klasyków. Jedyna różnica jest taka, że zostały nagrane trzydzieści pięć lat za późno i dziś już nikogo nie zaskoczą. Ale powiem wam, na chuj mi element zaskoczenia, skoro taki, dla przykładu, „Divine Monstrosity” to kolos, przy którym aż się chce napierdalać łbem i „śpiewać” do zaciśniętej pięści. Album trwa trzydzieści pięć minut i jest absolutnie wspaniałym hołdem dla wspomnianego już okresu czasu i gatunku. Oryginalność – zero. Skopanie dupska w staroszkolnym stylu – sto. Ja to kupuję!

- jesusatan




1 komentarz:

  1. przyznam szczerze, że kompletnie nie słyszę tego co jest napisane w recenzji. jest to bardzo nowoczesny Death Metal, ani nie mający staromodnego brzmienia, ani tym bardziej sznitu. Cannibal Corpse zrobili karierę będąc na Florydzie, ale zarówno ich korzenie, jak i styl jest typowo nowojorski i bliżej im do Suffocation, niż do Death / Morbid Angel. A i perkusja ma więcej z Mike'a Browninga i Ventora niż Sandovala - jest poprawna, ale często słychać używanie sprzętu charakterystycznie dla roku 1986 (głównie w przejściach), nawet jeśli brzmi to nowocześnie. Dźwiękowo przypomina mi to zderzenie wciąż popularnej produkcji ala Incantation, czyli grobowego Death, z próbą grania czegoś na wzór Morgoth i europejskiej sceny - odrobina Thrash, techniki i szorstkości. Bardzo kliniczne i zimne granie. Warto przesłuchać z ciekawości, bo nie da się ukryć że kraje łacińskie niosą na barkach przyszłość sceny Metalowej.

    OdpowiedzUsuń