Lord
Belial
„Unholy
Trinity”
Hammerheart Records 2025
Któż
ich nie zna. Szwedzi grają nie od wczoraj i wyraźny ślad w historii black
metalu zdążyli już odcisnąć. Niebawem, bo w ostatniej dekadzie czerwca powrócą
z dziesiątym albumem, który niczym nowym w ich wykonaniu nie jest, ale fani
szwedzkiego i mocno zaprawionego melodią ujęcia tego gatunku powinni być
ukontentowani. W gruncie rzeczy nie wiem zupełnie co mam powiedzieć, ponieważ
najnowsza płyta Lord Belial to po prostu Lord Belial. Mainstreamowy bleczur,
który jest dobrze wyprodukowany, posiada odpowiednie brzmienie i siecze na
prawo i lewo mieszanką epickich chwytliwości, przywdziewających okresowo
wojownicze szaty oraz szybkimi blastami, zsyłając trochę śniegu i wojennych
rytmów. Panowie na „Unholy Trinity” potrafią także zwolnić i przejść w miarowe
riffy, które w towarzystwie klawiszowego podkładu i chórów tworzą nieco
melancholijno-mroczny klimat. Poza zwyczajowymi akordami i tremolo, które płyną
z różnym natężeniem, Lord Belial nieźle momentami kombinują, zmieniając
kostkowanie, jego prędkość oraz wciskając w swoją, dość gęstą zawieruchę sporo
wirtuozerskich zagrywek o ostrej, wręcz kłującej barwie i schizoidalnym
charakterze. Mocno ubarwiają one ten tak naprawdę typowy dla melodyjnej
szwedzizny materiał i wraz z kilkoma atmosferycznymi fragmentami są dla niego
małym akceleratorem, który podbija jego atrakcyjność. Można lubić bądź nie
muzykowanie tych Szwedów, ale trzeba przyznać, że ci weterani doskonale dają
sobie radę i po raz kolejny skomponowali siarczysty krążek. Może
diabolicznością się nie wyróżnia ani szczególnych ciemności nie zsyła, lecz
potrafi chwycić za gardło i delikatnie kopnąć w dupę. Ja nie gustuję, ale
wielbicielom Lord Belial, Dissection czy Dark Funeral i kolejnych ich klonów i
tak w żaden sposób „Unholy Trinity” obrzydzić nie zdołam, dlatego tylko polecić
to wydawnictwo mi im pozostaje.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz