wtorek, 3 czerwca 2025

Recenzja EverdeaD „Re-Aninated”

 

EverdeaD

„Re-Aninated”

Damned Pages Distro & Promotion 2025

Pewnie znacie już trochę tą kapelę, gdyż istnieje od 2020 roku i parę koncertów ma na swoim koncie. Jak dotychczas nagrywała swoje kawałki tylko w wersji digital, ale w końcu postanowiła zebrać je wszystkie do kupy i wydać jako debiutancki album. W skład EverdeaD wchodzi dwóch panów, pochodzących z Pomorza Zachodniego plus automat perkusyjny, który sprawnie zaprogramowany sprawił, że perkusja tylko nieznacznie wykazuje cechy maszyny cyfrowej. Reszta to rzecz jasna gitary, bas i wokal, które razem tkają typowy, ale też inteligentnie skomponowany death metal z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. „Re-Animated” to dziesięć numerów, które przez ponad pół godziny częstują mieszanką ujęć, wiodących ówcześnie prym w świecie „metalowej śmierci”. Odpowiedzialny tutaj za komponowanie Mat Stargard, dodał do całości jeszcze kilka odświeżających pomysłów, co zaowocowało intensywnym wydawnictwem, które może nie jest czymś nowym czy odkrywczym, ale niezaprzeczalnie łoi skórę w starym, dobrym stylu. Słuchając tego krążka spotkacie się z delikatnie połamanymi riffami, które zakończone wkręcającymi się zawijasami tworzą mistyczną atmosferę niczym Morbid Angel na początku swojej kariery. EverdeaD nie stroni także od brutalniejszych akordów, które uderzają w zdecydowany sposób i z diabelskim zacięciem jak nasza duma narodowa, czyli Vader. Panowie potrafią również okresowo podkręcić obroty i przejść na moment w agresywniejsze mielenie, puszczając trochę krwi i rzucając zgniłym mięsem, zbliżając się nieco do gore’owych klimatów na podobę Cannibal Corpse. Jednakże są to tylko krótkie fragmenty, gdyż na całej płycie dominuje delikatnie okultystyczna mieszanka dźwięków połączona z czystym kultem śmierci, który w pełni objawia się podczas wolniejszego kostkowania, gniotącego i zsyłającego gęsty klimat, przypominający dokonania wczesnego Benediction. Tak już wiecie, że obcując z „Re-Animated” nie można się nudzić. Klasyczny death metal o zróżnicowanej agogice, który zaskakuje w każdej minucie fuzją wszystkiego co było niegdyś najlepsze w tym gatunku. Kaskadowe i zwarte ataki, zalatujące diabłem spazmatycznie wijące się zagrywki, schizoidalne solówki, klekoczące kości kostuchy przy stonowanych tempach oraz wzorcowe growle. Wszystko czysto zarejestrowane, ale bez przesady, bo trochę naturalnego brudu ten materiał posiada i gdzieniegdzie muśnięty jest klawiszem, co podbija jego odrealniony klimat. Fani tradycyjnego death metalu z lat odległych będą zadowoleni i zwłaszcza im ten album polecam.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz