EverdeaD
„Re-Aninated”
Damned Pages Distro & Promotion 2025
Pewnie
znacie już trochę tą kapelę, gdyż istnieje od 2020 roku i parę koncertów ma na
swoim koncie. Jak dotychczas nagrywała swoje kawałki tylko w wersji digital,
ale w końcu postanowiła zebrać je wszystkie do kupy i wydać jako debiutancki
album. W skład EverdeaD wchodzi dwóch panów, pochodzących z Pomorza Zachodniego
plus automat perkusyjny, który sprawnie zaprogramowany sprawił, że perkusja
tylko nieznacznie wykazuje cechy maszyny cyfrowej. Reszta to rzecz jasna
gitary, bas i wokal, które razem tkają typowy, ale też inteligentnie
skomponowany death metal z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
„Re-Animated” to dziesięć numerów, które przez ponad pół godziny częstują
mieszanką ujęć, wiodących ówcześnie prym w świecie „metalowej śmierci”. Odpowiedzialny
tutaj za komponowanie Mat Stargard, dodał do całości jeszcze kilka
odświeżających pomysłów, co zaowocowało intensywnym wydawnictwem, które może nie
jest czymś nowym czy odkrywczym, ale niezaprzeczalnie łoi skórę w starym,
dobrym stylu. Słuchając tego krążka spotkacie się z delikatnie połamanymi
riffami, które zakończone wkręcającymi się zawijasami tworzą mistyczną
atmosferę niczym Morbid Angel na początku swojej kariery. EverdeaD nie stroni
także od brutalniejszych akordów, które uderzają w zdecydowany sposób i z
diabelskim zacięciem jak nasza duma narodowa, czyli Vader. Panowie potrafią
również okresowo podkręcić obroty i przejść na moment w agresywniejsze
mielenie, puszczając trochę krwi i rzucając zgniłym mięsem, zbliżając się nieco
do gore’owych klimatów na podobę Cannibal Corpse. Jednakże są to tylko krótkie
fragmenty, gdyż na całej płycie dominuje delikatnie okultystyczna mieszanka
dźwięków połączona z czystym kultem śmierci, który w pełni objawia się podczas
wolniejszego kostkowania, gniotącego i zsyłającego gęsty klimat, przypominający
dokonania wczesnego Benediction. Tak już wiecie, że obcując z „Re-Animated” nie
można się nudzić. Klasyczny death metal o zróżnicowanej agogice, który
zaskakuje w każdej minucie fuzją wszystkiego co było niegdyś najlepsze w tym
gatunku. Kaskadowe i zwarte ataki, zalatujące diabłem spazmatycznie wijące się
zagrywki, schizoidalne solówki, klekoczące kości kostuchy przy stonowanych
tempach oraz wzorcowe growle. Wszystko czysto zarejestrowane, ale bez przesady,
bo trochę naturalnego brudu ten materiał posiada i gdzieniegdzie muśnięty jest
klawiszem, co podbija jego odrealniony klimat. Fani tradycyjnego death metalu z
lat odległych będą zadowoleni i zwłaszcza im ten album polecam.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz