Eternal Darkness
„Eternal Darkness”
Pulverised Records (2025)
Z tymi
„kultowymi” starociami jest trochę tak, że ów „kult” dorabia się po latach
pompując marketingowy balonik i wmawiając fanom kult czegoś co w momencie
premiery zostało zmarginalizowane i mało kto zwrócił na to uwagę. Czasem też
wmawiają kult czegoś tylko ze względu na fakt, że ukazało się pierwotnie „w
epoce” nawet jeśli wartość muzyczna nagrań jest gówniana. Mam wrażenie, że w
przypadku szwedzkiego Eternal Darkness zaszedł casus nr 1 i tak naprawdę
wydanie kompilacji ich nagrań z lat 1991-1992 w 2006 roku przyczyniło się do
tego, że logówka Eternal Darkness jest w jakimś stopniu rozpoznawana przez
miłośników metalu śmierci. Inna rzecz, że za tymi nagraniami krył się
death/doom naprawdę wysokiej próby – ciężki, masywny, intensywny, klimatyczny.
Lipiec uraczy nas – ku zaskoczeniu wielu - by nie powiedzieć wszystkich –
pierwszym w blisko 35-letniej historii zespołu albumem. I zanim ktoś rzuci
kamieniem i napisze, że na chuj jakieś dziadersy wracają na scenę i co oni w AD
2025 mogą metalowej gawiedzi zaoferować to spieszę już z kneblem. Bo otrzymaliśmy
oto album, który rozpierdala w drobny mak, album znikąd, album, na który chyba
nikt nie czekał i którego nikt w najśmielszych snach się nie spodziewał, album,
który oferuje muzykę „z epoki”, muzykę, dla której czas zatrzymał się 35 lat
temu. „Eternal Darkness” wymyka się wszystkim współczesnym kanonom i nie
próbuje mamić słuchacza studyjnymi sztuczkami i ie idzie na jakiekolwiek
skróty. Od pierwszych taktów, od pierwszych riffów wiemy, że kryje się za tym
coś dużo większego niż tymczasowa zapchajdziura nagrana dla kasy lub dla samego
fakty nagrania i magii nazwy. Tutaj od samego początku wiemy, że te riffy rzężą
i dudnią w tak magicznie archaiczny sposób, że można by je zestawiać z
dorobkiem wielkiego Winter. Proste, miarowe, wgniatające w ziemię akordy
skutecznie budują majestatyczną aurę niepokoju i niczym zamieć śnieżna nocą,
paraliżują słuchacza. Klasyczny, masywny, okraszony pogłosem growl to klasyczna
szwedzizna po linii Dana Swano, a pojawiający się sporadycznie, upiornie
groteskowy klawisz budzi skojarzenia ze wspaniałym pełniakiem God Macabre.
Eternal Darkness można nie wnosi swoją muzyką niczego nowego, ale z drugiej
strony tak jak oni nie grał nikt od trzech dekad co najmniej. To są dźwięki
zastygłe w czasie, dźwięki cholernie skuteczne, cholernie sugestywne,
pokazujące, że goście z Eternal Darkness w dalszym ciągu wiedzą jak tworzyć
potężną muzykę. Można dyskutować, czy taki średnio-wolny death/doom to jeszcze
coś ciekawego, czy już nuda i relikt czasów minionych, ale niżej podpisanemu od
pierwszych taktów aż po każdy kolejny odsłuch ciekło nogawką na żółto i
brązowo. „Eteral Darkness” jest tym bardzo rzadkim przypadkiem, że komuś
naprawdę udało się w bezkompromisowy sposób uchwycić ducha czasów minionych.
Tym większa chwała, że zrobili to ludzie, którzy mentalnie i życiowo są na
trochę innym etapie niż zbuntowani nastolatkowie, którzy potrzebują jeszcze coś
sobie udowadniać i przesuwać granice. „Eternal Darkness” to jest półkowy „must
have”, a ja rzadko piszę takie osądy. Mamy tu do czynienia z płytą, którą można
porównać do pirackiej skrzyni skarbów, którą odnalazło się w czasach
współczesnych zupełnie przypadkiem wybitnie nieoczywistym miejscu.
Metal-Archives podaje, że grupa znów ma status ”split-up” więc bardzo możliwe,
że więcej nagrań po sobie nie zostawią. Tym bardziej gorąco zachęcam do zakupu
i odsłuchu tej płyty. Death/Doom najwyższej próby, dzieci z Bullerbyn na pewno
będą tego słuchały!
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz