poniedziałek, 23 czerwca 2025

Recenzja Eternal Darkness „Eternal Darkness”

 

Eternal Darkness

„Eternal Darkness”

Pulverised Records (2025)

 


Z tymi „kultowymi” starociami jest trochę tak, że ów „kult” dorabia się po latach pompując marketingowy balonik i wmawiając fanom kult czegoś co w momencie premiery zostało zmarginalizowane i mało kto zwrócił na to uwagę. Czasem też wmawiają kult czegoś tylko ze względu na fakt, że ukazało się pierwotnie „w epoce” nawet jeśli wartość muzyczna nagrań jest gówniana. Mam wrażenie, że w przypadku szwedzkiego Eternal Darkness zaszedł casus nr 1 i tak naprawdę wydanie kompilacji ich nagrań z lat 1991-1992 w 2006 roku przyczyniło się do tego, że logówka Eternal Darkness jest w jakimś stopniu rozpoznawana przez miłośników metalu śmierci. Inna rzecz, że za tymi nagraniami krył się death/doom naprawdę wysokiej próby – ciężki, masywny, intensywny, klimatyczny. Lipiec uraczy nas – ku zaskoczeniu wielu - by nie powiedzieć wszystkich – pierwszym w blisko 35-letniej historii zespołu albumem. I zanim ktoś rzuci kamieniem i napisze, że na chuj jakieś dziadersy wracają na scenę i co oni w AD 2025 mogą metalowej gawiedzi zaoferować to spieszę już z kneblem. Bo otrzymaliśmy oto album, który rozpierdala w drobny mak, album znikąd, album, na który chyba nikt nie czekał i którego nikt w najśmielszych snach się nie spodziewał, album, który oferuje muzykę „z epoki”, muzykę, dla której czas zatrzymał się 35 lat temu. „Eternal Darkness” wymyka się wszystkim współczesnym kanonom i nie próbuje mamić słuchacza studyjnymi sztuczkami i ie idzie na jakiekolwiek skróty. Od pierwszych taktów, od pierwszych riffów wiemy, że kryje się za tym coś dużo większego niż tymczasowa zapchajdziura nagrana dla kasy lub dla samego fakty nagrania i magii nazwy. Tutaj od samego początku wiemy, że te riffy rzężą i dudnią w tak magicznie archaiczny sposób, że można by je zestawiać z dorobkiem wielkiego Winter. Proste, miarowe, wgniatające w ziemię akordy skutecznie budują majestatyczną aurę niepokoju i niczym zamieć śnieżna nocą, paraliżują słuchacza. Klasyczny, masywny, okraszony pogłosem growl to klasyczna szwedzizna po linii Dana Swano, a pojawiający się sporadycznie, upiornie groteskowy klawisz budzi skojarzenia ze wspaniałym pełniakiem God Macabre. Eternal Darkness można nie wnosi swoją muzyką niczego nowego, ale z drugiej strony tak jak oni nie grał nikt od trzech dekad co najmniej. To są dźwięki zastygłe w czasie, dźwięki cholernie skuteczne, cholernie sugestywne, pokazujące, że goście z Eternal Darkness w dalszym ciągu wiedzą jak tworzyć potężną muzykę. Można dyskutować, czy taki średnio-wolny death/doom to jeszcze coś ciekawego, czy już nuda i relikt czasów minionych, ale niżej podpisanemu od pierwszych taktów aż po każdy kolejny odsłuch ciekło nogawką na żółto i brązowo. „Eteral Darkness” jest tym bardzo rzadkim przypadkiem, że komuś naprawdę udało się w bezkompromisowy sposób uchwycić ducha czasów minionych. Tym większa chwała, że zrobili to ludzie, którzy mentalnie i życiowo są na trochę innym etapie niż zbuntowani nastolatkowie, którzy potrzebują jeszcze coś sobie udowadniać i przesuwać granice. „Eternal Darkness” to jest półkowy „must have”, a ja rzadko piszę takie osądy. Mamy tu do czynienia z płytą, którą można porównać do pirackiej skrzyni skarbów, którą odnalazło się w czasach współczesnych zupełnie przypadkiem wybitnie nieoczywistym miejscu. Metal-Archives podaje, że grupa znów ma status ”split-up” więc bardzo możliwe, że więcej nagrań po sobie nie zostawią. Tym bardziej gorąco zachęcam do zakupu i odsłuchu tej płyty. Death/Doom najwyższej próby, dzieci z Bullerbyn na pewno będą tego słuchały!

                                                                                                                        Harlequin




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz