Zdechły
Anioł
„Kurwomancer”
Putrid Cult 2025
Zanim zabrałem się za odsłuch debiutanckiego
materiału czterech młodych kolesi ze Śląska, to przeszła mnie taka luźna myśl.
Gdyby to język polski, a nie angielski, był językiem międzynarodowym, to
niemalże każda nazwa zespołu, czy tytuł płyty, brzmiałaby dla nas
dokładnie tak bezpośrednio / banalnie /
zabawnie (niepotrzebne skreślić) jak to, co widzicie w nagłówku. Źle to, czy
dobrze, oceńcie sami. Faktem jednak pozostanie, że te polskojęzyczne wersje
często działają na niekorzyść zespołów, zwłaszcza w oczach wszelkiego rodzaju
internetowych znawców z „wyższych sfer”. Może to i dobrze, bowiem muzyka
Zdechłego skierowana jest do zgoła innego grona odbiorców. Takich niewymagających
typów, jak ja, co to lubią stary metal, na banałach dorastali i kiczem się za
gnoja żywili. „Kurwomancer” to materiał krótki, bowiem zaledwie
dwudziestominutowy, za to na wskroś oldskulowy i prosty, pod każdym względem.
Na wstępie starczy bowiem poczytać teksty, w których leje się krew, zstępuje
antychryst, padają zaklęcia z Nekronomikonu a tytułowy Kurwomancer masturbuje
się nad zwłokami. Ktoś powie, że totalna dziecinada. No i chuj! Takie rzeczy
się śpiewało w latach osiemdziesiątych, takie rzeczy wskrzesza dziś Zdechły,
takie rzeczy przypominają niektórym dzieciństwo. I idealnie pasują one do
tworzonych przez zespół dźwięków. Te piosenki to kwintesencja drugoligowego
(tak, drugoligowego, i wcale nie mam na myśli czegokolwiek chłopakom tym
określeniem ująć) thrash metalu, z lekka doprawionego kiełkującym w tamtym
okresie, lub chwilę później, death metalem. Królują tutaj punkowe rytmy, tyleż
banalne co same akordy. A mimo to, całość kopie dupsko aż się wczorajszy obiad
odbija. Ja powiem tak… Jeśli zespół tworzy muzykę prosto z serca, to to się
autentycznie czuje i odbiera z taką samą radością, jaką chłopaki mieli podczas
ogrywania tego materiału na próbach, a potem rejestracji w studio. Powracają w
pamięci wspomnienia o kolejnych wygrzebywanych spod ziemi krajowych zespołach
na początku przygody z metalem, wspaniałych koncertach, na których wcale nie
gwiazdy światowego formatu odgrywały wiodącą rolę, a lokalne (tudzież zza
miedzy) ziomki, które przyjechały ze wszystkimi gratami koleją polską tylko po
to, by zaprezentować się dwudziestu – trzydziestu spragnionych metalu maniakom.
Dlatego też wspomniałem o tej drugiej lidze, bo wbrew pozorom, to właśnie ją
czasem docenia się bardziej, niż coraz liczniejsze i łatwiej dostępne dziś
ogólnie rozpoznawalne nazwy. Zdechły Anioł to w stu procentach twór podziemny i
autentyczny. Powiedziałbym, że jako muzycy muszą się jeszcze kilku rzeczy
nauczyć, ale… tego nie zrobię. Bo wolę, żeby jeszcze przynajmniej przez kilka
lat nagrywali demówki czy EP-ki na podobnym poziomie, bez udziwniania i
„muzycznego rozwijania się”. Ja taką muzę chłonę całym sobą, i jej twórców
ogromnie szanuję. I jestem przekonany, że wielu moich rówieśników (i nie tylko)
także to wydawnictwo doceni. Ave, panowie!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz