sobota, 7 czerwca 2025

Recenzja Zdechły Anioł „Kurwomancer”

 

Zdechły Anioł

„Kurwomancer”

Putrid Cult 2025

Zanim zabrałem się za odsłuch debiutanckiego materiału czterech młodych kolesi ze Śląska, to przeszła mnie taka luźna myśl. Gdyby to język polski, a nie angielski, był językiem międzynarodowym, to niemalże każda nazwa zespołu, czy tytuł płyty, brzmiałaby dla nas dokładnie  tak bezpośrednio / banalnie / zabawnie (niepotrzebne skreślić) jak to, co widzicie w nagłówku. Źle to, czy dobrze, oceńcie sami. Faktem jednak pozostanie, że te polskojęzyczne wersje często działają na niekorzyść zespołów, zwłaszcza w oczach wszelkiego rodzaju internetowych znawców z „wyższych sfer”. Może to i dobrze, bowiem muzyka Zdechłego skierowana jest do zgoła innego grona odbiorców. Takich niewymagających typów, jak ja, co to lubią stary metal, na banałach dorastali i kiczem się za gnoja żywili. „Kurwomancer” to materiał krótki, bowiem zaledwie dwudziestominutowy, za to na wskroś oldskulowy i prosty, pod każdym względem. Na wstępie starczy bowiem poczytać teksty, w których leje się krew, zstępuje antychryst, padają zaklęcia z Nekronomikonu a tytułowy Kurwomancer masturbuje się nad zwłokami. Ktoś powie, że totalna dziecinada. No i chuj! Takie rzeczy się śpiewało w latach osiemdziesiątych, takie rzeczy wskrzesza dziś Zdechły, takie rzeczy przypominają niektórym dzieciństwo. I idealnie pasują one do tworzonych przez zespół dźwięków. Te piosenki to kwintesencja drugoligowego (tak, drugoligowego, i wcale nie mam na myśli czegokolwiek chłopakom tym określeniem ująć) thrash metalu, z lekka doprawionego kiełkującym w tamtym okresie, lub chwilę później, death metalem. Królują tutaj punkowe rytmy, tyleż banalne co same akordy. A mimo to, całość kopie dupsko aż się wczorajszy obiad odbija. Ja powiem tak… Jeśli zespół tworzy muzykę prosto z serca, to to się autentycznie czuje i odbiera z taką samą radością, jaką chłopaki mieli podczas ogrywania tego materiału na próbach, a potem rejestracji w studio. Powracają w pamięci wspomnienia o kolejnych wygrzebywanych spod ziemi krajowych zespołach na początku przygody z metalem, wspaniałych koncertach, na których wcale nie gwiazdy światowego formatu odgrywały wiodącą rolę, a lokalne (tudzież zza miedzy) ziomki, które przyjechały ze wszystkimi gratami koleją polską tylko po to, by zaprezentować się dwudziestu – trzydziestu spragnionych metalu maniakom. Dlatego też wspomniałem o tej drugiej lidze, bo wbrew pozorom, to właśnie ją czasem docenia się bardziej, niż coraz liczniejsze i łatwiej dostępne dziś ogólnie rozpoznawalne nazwy. Zdechły Anioł to w stu procentach twór podziemny i autentyczny. Powiedziałbym, że jako muzycy muszą się jeszcze kilku rzeczy nauczyć, ale… tego nie zrobię. Bo wolę, żeby jeszcze przynajmniej przez kilka lat nagrywali demówki czy EP-ki na podobnym poziomie, bez udziwniania i „muzycznego rozwijania się”. Ja taką muzę chłonę całym sobą, i jej twórców ogromnie szanuję. I jestem przekonany, że wielu moich rówieśników (i nie tylko) także to wydawnictwo doceni. Ave, panowie!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz