środa, 11 czerwca 2025

Recenzja Samiarus „Reign Destroyer”

 

Samiarus

„Reign Destroyer”

Sentient Ruin Laboratories 2025

 


Semiarus to zespół z Kaliforni. Młody, bo jego początki na scenie zaznaczyła jedynie demówka, wydana w styczniu roku bieżącego. Szybko się jednak kolesie uwinęli, serwując nam kolejne siedem numerów (choć jeśli odliczyć intro, outro, i jeden numer dublujący się ze wspomnianym demosem, to cztery) nuklearnego black / death metalu. Czemu nuklearnego? Bo przy słuchaniu „Reign Destroyer” maska gazowa i pas z nabojami to ekwipunek obowiązkowy. I już chuj z tym, że żadne z wymienionych od nuklearnego powiewu nie chroni, ale taki jest utarty standard. Semiarus to kolejny zespół czerpiący dogłębnie ze spuścizny Blasphemy i okolic. Wojna toczy się na tym albumie w sposób bardzo intensywny, jednocześnie za pomocą sprawdzonych dekady temu środków masowego rażenia. Są na nim obłąkane blasty, wściekłe riffy, ślizgi po gryfie, wokal rzygający napalmem oraz przewijające się miejscowo typowe melodie, mające z encyklopedycznym tego słowa znaczeniem tyle wspólnego, co dziwka z powściągliwością. Gruz sypie się tutaj na łeb niczym podczas bombardowania dywanowego, a harmonie serwowane przez Amerykanów zdecydowanie należą do gatunku prymitywnych i grubo ciosanych. Wszystko toczy się przeważnie na wysokich obrotach, z lekką tendencją do wciskania hamulca, jedynie w celu przeładowania karabinu. Nie spotkacie się na tym krążku z jakąkolwiek oryginalnością. Zresztą Jankesom chyba najmniej na niej zależy, bo niektóre frazy cytują z klasyków niemal dosłownie. Ta EP-ka to piosenki skierowane do określonego grona słuchaczy. Ona nikogo spoza niego do siebie nie przekona. Jednocześnie nikogo, kto wielbi warmetalowe rytmy, nie zawiedzie. Czy się czymś wybija ponad standardy? Kurwa, chyba nie. Ale mimo to, jest to materiał na tyle dobry, że warto zwrócić na niego uwagę. Zwłaszcza, jeśli jesteśmy maniakalnymi połykaczami płonącej plazmy.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz