Samiarus
„Reign Destroyer”
Sentient Ruin Laboratories 2025
Semiarus to zespół z Kaliforni. Młody, bo jego
początki na scenie zaznaczyła jedynie demówka, wydana w styczniu roku
bieżącego. Szybko się jednak kolesie uwinęli, serwując nam kolejne siedem
numerów (choć jeśli odliczyć intro, outro, i jeden numer dublujący się ze
wspomnianym demosem, to cztery) nuklearnego black / death metalu. Czemu
nuklearnego? Bo przy słuchaniu „Reign Destroyer” maska gazowa i pas z nabojami
to ekwipunek obowiązkowy. I już chuj z tym, że żadne z wymienionych od
nuklearnego powiewu nie chroni, ale taki jest utarty standard. Semiarus to
kolejny zespół czerpiący dogłębnie ze spuścizny Blasphemy i okolic. Wojna toczy
się na tym albumie w sposób bardzo intensywny, jednocześnie za pomocą
sprawdzonych dekady temu środków masowego rażenia. Są na nim obłąkane blasty, wściekłe
riffy, ślizgi po gryfie, wokal rzygający napalmem oraz przewijające się miejscowo
typowe melodie, mające z encyklopedycznym tego słowa znaczeniem tyle wspólnego,
co dziwka z powściągliwością. Gruz sypie się tutaj na łeb niczym podczas
bombardowania dywanowego, a harmonie serwowane przez Amerykanów zdecydowanie
należą do gatunku prymitywnych i grubo ciosanych. Wszystko toczy się przeważnie
na wysokich obrotach, z lekką tendencją do wciskania hamulca, jedynie w celu
przeładowania karabinu. Nie spotkacie się na tym krążku z jakąkolwiek
oryginalnością. Zresztą Jankesom chyba najmniej na niej zależy, bo niektóre
frazy cytują z klasyków niemal dosłownie. Ta EP-ka to piosenki skierowane do
określonego grona słuchaczy. Ona nikogo spoza niego do siebie nie przekona.
Jednocześnie nikogo, kto wielbi warmetalowe rytmy, nie zawiedzie. Czy się czymś
wybija ponad standardy? Kurwa, chyba nie. Ale mimo to, jest to materiał na tyle
dobry, że warto zwrócić na niego uwagę. Zwłaszcza, jeśli jesteśmy maniakalnymi
połykaczami płonącej plazmy.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz