niedziela, 1 czerwca 2025

Recenzja Ohyda „Zbezczeszczone Świętości”

 

Ohyda

„Zbezczeszczone Świętości”

Wolfspell Rec. 2025

Po trzech krótkich materiałach w postaci EP-ek nadszedł wreszcie czas na pełnowymiarowy debiut zespołu o bardzo adekwatnej w stosunku do tworzonej muzyki nazwie. Ohyda. Słowo banalne. Na tyle banalne, że dziś większość z nas nie dostrzega nawet jego rdzennego znaczenia, bowiem wszelkie wartości na przestrzeni ostatnich lat uległy całkowitemu przewartościowaniu, żeby nie powiedzieć rozkładowi. Coś, co kiedyś było ohydne, dziś jest chlebem powszednim, i nikogo nie brzydzi. Pod tym względem twórczość Ohydy wspaniale wpasowuje się w dzisiejsze czasy, z bardzo prostego powodu. Muzykę tego projektu wchłoną bowiem głównie ludzie, którzy pamiętają rzeczywistość sprzed lat trzydziestu (plus), którzy myślą starymi kategoriami, i którzy stare wartości szanują niczym ojczyznę. Pojęcie black metalu na przestrzeni lat ewoluowało. Coś, co z założenia miało być najobrzydliwszą formą muzyczną, skierowaną wyłącznie do wąskiego grona odbiorców, z czasem stało się karykaturą, zgrabnie tłumaczoną „potrzebą rozwoju” przez tych, którzy z jedynej słusznej ścieżki zboczyli przy drogowskazie „Mamona”, tudzież „Popularność”. Ohyda to zespół, który głęboko w dupie ma trendy, mody i wszelkiego rodzaju podlizywanie się szerszej publiczności. „Zbezczeszczenie Świętości” to pół godziny black metalu, do bólu prymitywnego, schematycznego, prostego jak konstrukcja cepa, kompletnie niekomercyjnego, rzygającego w twarz wszystkim, którzy oczekują chwytliwych melodii czy wpadających w ucho tremolo. Ohyda to synonim black metalu w jego pierwotnym założeniu. Jednocześnie zespół, który ową surowiznę wypluwa po swojemu, bez jakichś specjalnych bezpośrednio słyszalnych inspiracji. Co do mnie w tej muzyce najmocniej przemawia, to wspomniany wcześniej prymitywizm. Pod względem brzmienia, gdzie jebie totalnym garażem, riffowania, na poziomie szkoły podstawowej, czy też wokalu, totalnie obłąkanego, wściekłego i śmierdzącego chorobą. I naprawdę w dupie mam, że muzyka Ohydy jest powtarzalna. Bo jest! Dla mnie twórczość tej hordy to kwintesencja stylu, który kształtował mój muzyczny światopogląd kilka dekad temu. A wiadomo, że stara miłość nie rdzewieje.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz