Ohyda
„Zbezczeszczone
Świętości”
Wolfspell
Rec. 2025
Po trzech krótkich materiałach w postaci EP-ek
nadszedł wreszcie czas na pełnowymiarowy debiut zespołu o bardzo adekwatnej w
stosunku do tworzonej muzyki nazwie. Ohyda. Słowo banalne. Na tyle banalne, że dziś
większość z nas nie dostrzega nawet jego rdzennego znaczenia, bowiem wszelkie
wartości na przestrzeni ostatnich lat uległy całkowitemu przewartościowaniu,
żeby nie powiedzieć rozkładowi. Coś, co kiedyś było ohydne, dziś jest chlebem
powszednim, i nikogo nie brzydzi. Pod tym względem twórczość Ohydy wspaniale
wpasowuje się w dzisiejsze czasy, z bardzo prostego powodu. Muzykę tego projektu
wchłoną bowiem głównie ludzie, którzy pamiętają rzeczywistość sprzed lat
trzydziestu (plus), którzy myślą starymi kategoriami, i którzy stare wartości
szanują niczym ojczyznę. Pojęcie black metalu na przestrzeni lat ewoluowało.
Coś, co z założenia miało być najobrzydliwszą formą muzyczną, skierowaną
wyłącznie do wąskiego grona odbiorców, z czasem stało się karykaturą, zgrabnie
tłumaczoną „potrzebą rozwoju” przez tych, którzy z jedynej słusznej ścieżki
zboczyli przy drogowskazie „Mamona”, tudzież „Popularność”. Ohyda to zespół,
który głęboko w dupie ma trendy, mody i wszelkiego rodzaju podlizywanie się szerszej
publiczności. „Zbezczeszczenie Świętości” to pół godziny black metalu, do bólu
prymitywnego, schematycznego, prostego jak konstrukcja cepa, kompletnie
niekomercyjnego, rzygającego w twarz wszystkim, którzy oczekują chwytliwych
melodii czy wpadających w ucho tremolo. Ohyda to synonim black metalu w jego
pierwotnym założeniu. Jednocześnie zespół, który ową surowiznę wypluwa po swojemu,
bez jakichś specjalnych bezpośrednio słyszalnych inspiracji. Co do mnie w tej
muzyce najmocniej przemawia, to wspomniany wcześniej prymitywizm. Pod względem
brzmienia, gdzie jebie totalnym garażem, riffowania, na poziomie szkoły
podstawowej, czy też wokalu, totalnie obłąkanego, wściekłego i śmierdzącego
chorobą. I naprawdę w dupie mam, że muzyka Ohydy jest powtarzalna. Bo jest! Dla
mnie twórczość tej hordy to kwintesencja stylu, który kształtował mój muzyczny światopogląd
kilka dekad temu. A wiadomo, że stara miłość nie rdzewieje.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz