środa, 18 czerwca 2025

Recenzja The Relicts / Grób „Groźby Karalne / Żelazna Kurtyna”

 

The Relicts / Grób

„Groźby Karalne / Żelazna Kurtyna”

Putrid Cult 2025

Dziś na stole kolejne wydawnictwo od Putrid Cult. Tym razem jest to split dwóch krajowych przedstawicieli muzyki niepopularnej. Pierwszym z nich jest The Relicts. Zespół wypluł dwa lata temu całkiem niezły debiut z muzyką, która wszelkim trendom się opiera. Mówiąc dokładniej, panowie tworzą black metal z naleciałościami zarówno punka, jak i elementów pierwszej fali. Na pierwszy rzut ucha wydawać się może, że granie jak każde inne. Ot klasyczne, północne riffowanie z kapką melodii, podbite często prostym rytmem, bez specjalnej finezji. Faktycznie, materiał ten nie jest w najmniejszym stopniu awangardowy, ale chyba nie na tym autorom zależało. Zależało natomiast, by odtworzyć po swojemu towarzyszący twórczości z lat dziewięćdziesiątych chłód. Powiedziałby też, że i prostotę, bo poszczególne kompozycje nie są specjalnie rozbudowane czy połamane. W odróżnieniu jednak od wspomnianego „Anthems to Dawnfall”, panowie nieco podkręcili tempo i skupili się na spójności swojej części splitu. Ich twórczość to solidny strzał z liścia, a poszczególne numery są bardzo równe i w każdym znajdziecie wpadające w ucho harmonie, ale i fragmenty nie do końca oczywiste. Dobrze, że chłopaki dają o sobie znać, bo widać ich rozwój przebiega prawidłowo. Kolejne cztery ścieżki to już Grób. Ci to w ogóle mają, przynajmniej na razie, wyjebane na duże wydawnictwa, serwując (trzeba przyznać, że dość regularnie) demówki i EP-ki. No i teraz split. Wrocławianie sztywno trzymają ster i podążają w wyznaczonym przez siebie na początku podróży kierunku. Nie znaczy to, że są monotematyczni, gdyż w ich piosenkach przeplatają się przeróżne formy przekazu. Są ciężkie, deathmetalowe riffy, thrashowa melodyka i polot, doomowe przygniatanie i punkowy feeling. A wszystko jebie starym capem, co to do nowoczesnej szkoły nie chadzał. Największą zaletą muzyko Grobu jest jej feeling. Chłopaki grają, jakby zatrzymali się gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a tworzenie piosenek na podobę tamtych lat sprawia im najwyraźniej mnóstwo radochy. „Żelazna Kurtyna” ma niesamowitą nośność i potrafi podbić ciśnienie skuteczniej niż podwójne espresso. Śpiewane (jak i wcześniej) jest po polsku, a barwa głosu Death Dealera jest już chyba znakiem rozpoznawczym zespołu. Na zakończenie panowie zamieścili jeszcze cover Death Strike, który idealnie wpletli w klimat twórczości autorskiej. Całościowo rzeczony split to pół godziny zajebistego grania, przy którym nudzić się nie sposób. Zachęcam do sprawdzenia.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz