Amphisbaena
„Rift”
I,Voidhanger Records (2025)
Revenge, Weapon, Antediluvian, Rites Of Thy
Degrengolade. Muzycy tych formacji czternaście lat temu powołali
do życia twór pod szyldem Amphisbaena, ale zważywszy na faktu, że dorobili się
do tej pory jedynie 24-minutowej epki nie dziwię się, że o nich nie słyszałem.
Nie zmienia to faktu, że wspomniane zespoły należą do ponadprzeciętnych i
muzycy ułomkami nie są. Zważywszy na fakt, że żaden ze wspomnianych wyżej
zespołów nie jest moim pierwszym wyborem, ale każdy z nich w mniejszy lub
większy sposób szanuje, toteż spodziewałem się po „Rift” wydawnictwa na wysokim
poziomie i takowe dostałem. Pytanie czy jest to nagranie, które w 2025 roku
robi na tyle duże wrażenie, żeby robić sobie odskocznię od macierzystych formacji
– tutaj już mam wątpliwości. Amphisbaena gra bowiem coś z pogranicza death i
black metalu (z naciskiem na drugi człon) co było modne kilkanaście lat temu.
Czytelne, mięsiste, intensywne granie wyraźnie zdradza fascynację „religijnym”
black metalem, a ucieczki w death, doom czy ambient nadają całości kolorytu i
masy. Kanadyjczycy bardzo sprawnie operują kompozycjami, zapewniając, żeby
słuchacz się nie nudził, ale w żadnym momencie w zasadzie nie wykraczają poza
utarte przed laty schematy. Dla jednych zaleta, dla innych wada, ale uważam, że
ta atonalna woltyżerka, rozbiegana od nieco miej ciekawego blastowania, do
nieco wolniejszego, oszczędnego, kontemplacyjnego i ciekawego plumkania brzmi
po prostu interesująco. Mam wrażenie, że w przypadku tego projektu najlepiej
wypadają fragmenty odbiegające od metalowego paradygmatu, te które łamią
konwencje, przełamują klisze – tutaj ekipa klonowego liścia naprawdę potrafi
wykreować ciekawą narrację, która sprawia, że te bardziej zachowawcze i
bardziej oczywiste blackowe frazy nabierają treści, a przede wszystkim
charakteru.”Rift” co prawda nie jest na tyle oryginalnym i świeżym jeśli chodzi
o rozwiązania albumem jakby notka promocyjna mogła głosić, ale to wciąż jest
granie ponadprzeciętne, przy którym nie ma mowy o nudzie, nawet jeśli kilka
mielizn jest. Słowo „dobre” będzie najbardziej odpowiednim określeniem tego
materiału. Nie sądzę, aby dla mnie było to wystarczający poziom, aby do niego
wracać w dłuższej perspektywie, ale mój osąd może też wynikać stąd, że to nie
jest moje granie. Nie zmienia to faktu, że polecam ten album tym, którzy nie
boją się nieszablonowej muzyki, warto przesłuchać, żeby wyrobić sobie swoją
opinię.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz