poniedziałek, 28 lipca 2025

Recenzja Amphisbaena „Rift”

 

Amphisbaena

„Rift”

I,Voidhanger Records (2025)

Revenge, Weapon, Antediluvian, Rites Of Thy Degrengolade. Muzycy tych formacji czternaście lat temu powołali do życia twór pod szyldem Amphisbaena, ale zważywszy na faktu, że dorobili się do tej pory jedynie 24-minutowej epki nie dziwię się, że o nich nie słyszałem. Nie zmienia to faktu, że wspomniane zespoły należą do ponadprzeciętnych i muzycy ułomkami nie są. Zważywszy na fakt, że żaden ze wspomnianych wyżej zespołów nie jest moim pierwszym wyborem, ale każdy z nich w mniejszy lub większy sposób szanuje, toteż spodziewałem się po „Rift” wydawnictwa na wysokim poziomie i takowe dostałem. Pytanie czy jest to nagranie, które w 2025 roku robi na tyle duże wrażenie, żeby robić sobie odskocznię od macierzystych formacji – tutaj już mam wątpliwości. Amphisbaena gra bowiem coś z pogranicza death i black metalu (z naciskiem na drugi człon) co było modne kilkanaście lat temu. Czytelne, mięsiste, intensywne granie wyraźnie zdradza fascynację „religijnym” black metalem, a ucieczki w death, doom czy ambient nadają całości kolorytu i masy. Kanadyjczycy bardzo sprawnie operują kompozycjami, zapewniając, żeby słuchacz się nie nudził, ale w żadnym momencie w zasadzie nie wykraczają poza utarte przed laty schematy. Dla jednych zaleta, dla innych wada, ale uważam, że ta atonalna woltyżerka, rozbiegana od nieco miej ciekawego blastowania, do nieco wolniejszego, oszczędnego, kontemplacyjnego i ciekawego plumkania brzmi po prostu interesująco. Mam wrażenie, że w przypadku tego projektu najlepiej wypadają fragmenty odbiegające od metalowego paradygmatu, te które łamią konwencje, przełamują klisze – tutaj ekipa klonowego liścia naprawdę potrafi wykreować ciekawą narrację, która sprawia, że te bardziej zachowawcze i bardziej oczywiste blackowe frazy nabierają treści, a przede wszystkim charakteru.”Rift” co prawda nie jest na tyle oryginalnym i świeżym jeśli chodzi o rozwiązania albumem jakby notka promocyjna mogła głosić, ale to wciąż jest granie ponadprzeciętne, przy którym nie ma mowy o nudzie, nawet jeśli kilka mielizn jest. Słowo „dobre” będzie najbardziej odpowiednim określeniem tego materiału. Nie sądzę, aby dla mnie było to wystarczający poziom, aby do niego wracać w dłuższej perspektywie, ale mój osąd może też wynikać stąd, że to nie jest moje granie. Nie zmienia to faktu, że polecam ten album tym, którzy nie boją się nieszablonowej muzyki, warto przesłuchać, żeby wyrobić sobie swoją opinię.

                                                                                                                                Harlequin




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz