niedziela, 13 lipca 2025

Recenzja Horrendum Vermis „Temple ov Divinities”

 

Horrendum Vermis

„Temple ov Divinities”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Jakiś rok temu Iron, Blood and Death Corporation wznowiła trzeci album Argentyńczyków. Najwyraźniej był to tak zwany deal przedwstępny, bowiem właśnie nakładem rzeczonego labemu ukazał się Horrendum Vermis numer cztery. O ile dobrze pamiętam, przedstawiając wam „Cvlt ov Malignant Entities” konstatowałem, iż jest to bardziej ciekawostka geograficzna, niż coś wartego większej uwagi. Wiem, że eksplozja talentu na płytach powyżej „trójki” rzadko się zdarza, jednak postanowiłem sprawdzić, czy aby panowie z Ameryki Południowej nie są od reguły wyjątkiem. Przesłuchałem „Temple ov Divinities” wzdłuż i wszerz, i z czystym sumieniem stwierdzić mogę, że nie są. Oczywiście od razu nadmieniam, że nowy materiał zespołu bynajmniej nie schodzi poniżej poziomu poprzedniczki. Horrendum Vermis nadal łupią śmierć metalową muzę po swojemu, inspirując się głęboko klasykami gatunku. I tutaj ciekawa sprawa, bo mimo iż ich nowy krążek jest tak samo, na wskroś deathmetalowy, to owych pierwszoplanowych wpływów nie wymieniłbym już dokładnie takich samych jak poprzednio. Tak, pozostał jakiś tam pierwiastek Dying Fetus, ale bardziej techniczne zawijasy czy elementy, nazwijmy to „awangardowe”, zaprezentowane zostały z kompletnie innej strony. Może dlatego, że owych odskoczni od typowego, klasycznego death metalu jest tu mniej. Więcej za to wysokotonowych tremolo, wprowadzających do twórczości Horrendum Vermis pierwiastek blackmetalowy. Patent ten przewija się na tych nagraniach dość  często, i szczerze mówiąc, a zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż płyta ponownie jest dość długa i trwa niemal godzinę, po jakimś czasie zaczyna nieco nużyć. Co prawda Argentyńczykom nie można zarzucić, iż nie starają się urozmaicać swoich piosenek. Pod względem tempa mamy tu naprawdę cały wachlarz rozwiązań. Wspomnieć też można o całkiem ciekawych introsach. Jednak, znów, mimo iż album jest bardzo równy, brakuje mi na nim jakiejś iskry, czegoś co sprawiałoby, że zerwę się z krzesła i zacznę napierdalać łbem. No a sami przyznacie, że słuchanie piosenek przeciętnych przez ponad pięćdziesiąt minut może ostatecznie znudzić. Biorąc na wagę produkcję, niczego się nie zamierzam czepiać. Jest masywnie, czysto, ale z zachowaniem norm przyzwoitości. Dobrą robotę robi też głęboki growl, zadanie poprawnie spełnia sekcja rytmiczna… Aczkolwiek, w ogólnym rozrachunku, Horrendum Vermis jest tylko solidnym, drugoligowym wyrobnikiem, i coś mi się wydaje, że taki stan rzeczy nie ulegnie już zmianie. Jeśli kochacie death metal bardziej niż matkę i zbieracie wszystko co wypływa przynajmniej na powierzchnię przyzwoitości, to bierzcie ten krążek i słuchajcie sobie w wolnym czasie. Ja, niestety, jestem zbyt zajętym człowiekiem, by do tych nagrań jeszcze kiedyś wracać.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz