Horrendum Vermis
„Temple ov Divinities”
Iron, Blood and Death Corporation 2025
Jakiś rok temu Iron, Blood and Death Corporation
wznowiła trzeci album Argentyńczyków. Najwyraźniej był to tak zwany deal
przedwstępny, bowiem właśnie nakładem rzeczonego labemu ukazał się Horrendum
Vermis numer cztery. O ile dobrze pamiętam, przedstawiając wam „Cvlt ov
Malignant Entities” konstatowałem, iż jest to bardziej ciekawostka
geograficzna, niż coś wartego większej uwagi. Wiem, że eksplozja talentu na
płytach powyżej „trójki” rzadko się zdarza, jednak postanowiłem sprawdzić, czy
aby panowie z Ameryki Południowej nie są od reguły wyjątkiem. Przesłuchałem
„Temple ov Divinities” wzdłuż i wszerz, i z czystym sumieniem stwierdzić mogę,
że nie są. Oczywiście od razu nadmieniam, że nowy materiał zespołu bynajmniej
nie schodzi poniżej poziomu poprzedniczki. Horrendum Vermis nadal łupią śmierć
metalową muzę po swojemu, inspirując się głęboko klasykami gatunku. I tutaj
ciekawa sprawa, bo mimo iż ich nowy krążek jest tak samo, na wskroś
deathmetalowy, to owych pierwszoplanowych wpływów nie wymieniłbym już dokładnie
takich samych jak poprzednio. Tak, pozostał jakiś tam pierwiastek Dying Fetus,
ale bardziej techniczne zawijasy czy elementy, nazwijmy to „awangardowe”,
zaprezentowane zostały z kompletnie innej strony. Może dlatego, że owych
odskoczni od typowego, klasycznego death metalu jest tu mniej. Więcej za to
wysokotonowych tremolo, wprowadzających do twórczości Horrendum Vermis
pierwiastek blackmetalowy. Patent ten przewija się na tych nagraniach dość często, i szczerze mówiąc, a zwłaszcza biorąc
pod uwagę fakt, iż płyta ponownie jest dość długa i trwa niemal godzinę, po
jakimś czasie zaczyna nieco nużyć. Co prawda Argentyńczykom nie można zarzucić,
iż nie starają się urozmaicać swoich piosenek. Pod względem tempa mamy tu
naprawdę cały wachlarz rozwiązań. Wspomnieć też można o całkiem ciekawych
introsach. Jednak, znów, mimo iż album jest bardzo równy, brakuje mi na nim
jakiejś iskry, czegoś co sprawiałoby, że zerwę się z krzesła i zacznę
napierdalać łbem. No a sami przyznacie, że słuchanie piosenek przeciętnych
przez ponad pięćdziesiąt minut może ostatecznie znudzić. Biorąc na wagę
produkcję, niczego się nie zamierzam czepiać. Jest masywnie, czysto, ale z
zachowaniem norm przyzwoitości. Dobrą robotę robi też głęboki growl, zadanie
poprawnie spełnia sekcja rytmiczna… Aczkolwiek, w ogólnym rozrachunku,
Horrendum Vermis jest tylko solidnym, drugoligowym wyrobnikiem, i coś mi się
wydaje, że taki stan rzeczy nie ulegnie już zmianie. Jeśli kochacie death metal
bardziej niż matkę i zbieracie wszystko co wypływa przynajmniej na powierzchnię
przyzwoitości, to bierzcie ten krążek i słuchajcie sobie w wolnym czasie. Ja,
niestety, jestem zbyt zajętym człowiekiem, by do tych nagrań jeszcze kiedyś
wracać.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz