wtorek, 8 lipca 2025

Recenzja Stygian „Dreadlands”

 

Stygian

„Dreadlands”

Time To Kill Rec. 2025

Pięknie się ta płyta zaczyna. Pierwsze sekundy – niemalże niczym Motorhead, przechodzący za chwilę w Impaled Nazarene. „Dreadlands” to debiutancki album Włochów, choć muzycy całkowitymi nowicjuszami nie są. Kilka lat wcześniej troje z nich zarejestrowało bowiem EP-kę i dużą płytę pod nazwą Angerdome. Nie znam, zatem odnosić się do podobieństw nie zamierzam. Skupmy się na zawartości tego, co panowie prezentują na pierwszym Stygian. Bez wątpienia początek tego krążka bardzo mnie zachęcił, bo „Death Rite” to naprawdę w pytkę kawałek. Dalej jest różnie, i w ogólnym rozrachunku nagrania te mają zarówno plusy, jak i minusy. Co zatem jest tutaj na miejscu. Przede wszystkim punkowo crustowy feeling tych piosenek. Beż wątpienia nie są to kompozycje jakoś specjalnie złożone. Opierają się bowiem na prostych akordach, granych głównie w szybszym tempie. Na pewno znajdziemy tutaj kilka wpadających w ucho melodii, dość agresywnych i nieźle kopiących w dupę. Świetnie współpracują z nimi wokale, najczęściej wrzeszczane, z lekką manierą pod Luttinena, nierzadko wzbogacane growlem. Te dwa elementy wspólnie tworzą niezłą zawieruchę death/blackmetalową. Tym bardziej, że muzyce Włochów bezustannie towarzyszy niesamowity groove i bynajmniej nie wieje nudą. Jako przykład można rzucić „Falling God”, kawałek oparty na d-beacie z bardzo dobrą melodią i chwytliwym riffem, absolutnie nie pędzący przed siebie na oślep od początku do końca. Podobnie jest przynajmniej na połowie płyty, bo niestety nie cała ona jest tak spójna i agresywna. Nie wiem, może muzycy chcieli uniknąć schematu, choć akurat ten absolutnie mi przy tego rodzaju muzyce nie przeszkadza, zaczęli jednak kombinować, i… zjebali. W „Burning Miles” mamy beznadziejne śpiewane wokalizy, przy których robi się mdło, a i sam numer jest jakiś taki nijaki. Podobnie jak kolejny, „Shadow of Massacre”, zdecydowanie wolniejszy i po prostu nudny. I jeszcze „Spirit In the Mist”, zaczynający się nawet nieźle, ale znów popsuty przez śpiewy i niby-nastrojowe zwolnienie. Niestety, w przypadku tych trzech kompozycji zmiana koncepcji nie wyszła chłopakom na dobre, bo najzwyczajniej załamali płynność albumu. Już zdecydowanie lepiej wypadł najbardziej blackmetalowy „Whede Dead Men Stand”, może nieco zbyt melodyjny, ale i tak zdecydowanie lepszy niż wspomniane buble. Z tą melodią też trzeba napomknąć, i niestety jest to kolejny mój przytyk, że chwilami Stygian przesadzają. Gdyby zawartość cukru zmniejszyć o jakieś dwadzieścia procent, to płyta byłaby idealna. A tak jest po prostu solidna, z momentami dobrymi i kilkoma wpadkami. Wiem, że to początki, dlatego absolutnie Stygian nie skreślam. Wręcz przeciwnie, chętnie sprawdzę, co takiego wymyślą na kolejnym krążku. Oby tylko nie poszli w total groove zamiast total war, bo to będzie koniec. Na dziś konkluzja jest zatem taka, że „Dreadlands” sprawdzić nie zaszkodzi. Ale uważajcie na miny.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz