Dephosphorus
„Planetoktonos”
Selfmadegod Records 2025
Kilka
lat już ci Grecy wojują, bo czynią to od 2008 roku, lecz aż tak dużo płyt na
koncie nie mają, ponieważ mając na względzie siedemnastoletnią karierę, to
obecnie wydają dopiero piąty krążek. Panowie podobno grają death-black metal ze
sporą dawką grindcore’a. Nie wiem, jak było na ich poprzednich wydawnictwach,
ale tego ostatniego czynnika mało wychwyciłem na „Planetoktonos”. Muza zawarta
na ostatnim albumie Dephosphorus jawi mi się jako dość szybki i hipnotyczny
death metal, w której „grind” objawia się w jej nerwowej naturze oraz
histerycznych i zachrypniętych wokalizach Panosa Agorosa. Poza tym to szyta gęstym
ściegiem napierdalanka, która żwawo pędzi przed siebie, zasypując żylastymi i
zróżnicowanie posklejanymi teksturami. Masywne i wprowadzające w trans riffy
mieszają się z dusznymi dysonansami, spomiędzy których wyłaniają się poskręcane
zagrywki, co jako całość generuje całkiem niepokojącą i „niestabilnie
psychiczną” jazdę. Brygada ta nie ułatwia obcowania ze swoją twórczością,
dokładając do kompozycji pokaźną ilość mechanicznych akordów, wprowadzając
trochę industrialnego klimatu, a poprzez szereg charakterystycznych zagrywek w
towarzystwie oszczędnie użytej, ale niezwykle „dronowo” brzmiącej elektroniki
zsyła także potężne pokłady kosmicznej atmosfery. Niesamowicie zwarta muzyka,
która z chorobliwą cierpliwością maniaka ustawicznie zalewa odbiorcę gorącym,
międzygalaktycznym podmuchem i wciąga niczym czarna dziura. Ciężko nastrojone
instrumenty i kontrastujący z nimi wokal powodują, że niemożliwym jest się
wyswobodzić z jej masywnej struktury. Sprawdzić warto, a nawet trzeba.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz