środa, 23 lipca 2025

Recenzja Malformed „Confinement Of Flesh”

 

Malformed

„Confinement Of Flesh”

Dark Descent Records (2025)

 


Nie da się ukryć, że Dark Descent to obecnie czołowy label jeśli chodzi o metal śmierci, label, który dawno już przestał być undergroundowy i którego kolejne wydawnictwa wyznaczają pewne trendy wśród współczesnych miłośników tego typu grania. Czasem jednak Matt Calvert wypuści na rynek materiał nie nosi żadnych znamion gamechangera, nie niesie jakiejkolwiek nowej jakości, nie próbuje zmieniać czegokolwiek, stawiając sobie za cel sprawienie radości słuchaczowi. Rok temu takim albumem był debiut Mortal Wound – wtórny do bólu, a przy ty bardzo fajny metal śmierci na modłę wczesnego Cannibal Corpse. W tym roku takim albumem może być debiut fińskiego Malformed, bo choć poziom heheszkowania jest dużo mniejszy niż to było w przypadku twórców „Anus Of The World” tak poziom wtórności i trzymania się gatunkowej tradycji już jak najbardziej jest zbliżony. Finowie w swoich dźwiękach nie mają za grosz fińskości, ich brand death metalu to połączenie Florydy circa 1990 z tym co reprezentował Sinister na wczesnych materiałach. Osiem kawałków zawartych na „Cnfinement Of Flesh” to tradycyjny do bólu metal śmierci zainstalowany na thrashowym silniku. Klasyczny growl, klasyczne riffy na thrashowym strojeniu, rasowa do bólu perkusja i coś co zdecydowane wyróżnia to wydawnictwo na tle konkurencji czyli solówki. Klasyczne, do bólu, metalowe solówki, których gra się coraz mniej, które są coraz mniej przychylnie widziane i słyszane. A tutaj są i są one dobre. Ba! To one stanowią o sile tego wydawnictwa, które choć fajne, to tak naprawdę jest bardzo przeciętne i nieoryginalne. A te solówki ubarwiają ten pospolity ugór, nadają mu życia i charakteru. I nie ma tu mowy o jakiejkolwiek perlistości, melodyjkach czy popadaniu w skrajność. Uwagę tez zwraca perkusja, a raczej jej brzmienie – mocno pykająca stopa i sound przypominający zsypywanie kartofli do piwnicy jak to miało miejsce na sławetnym „Failures For Gods” wiadomo kogo. Co prawda wizja metalu śmierci w wydaniu Malformed mało ma wspólnego z Immolation, ale swoiste „suche” brzmienie, lekko schowane gitary rytmiczne na rzecz wokalu, solówek i perkusji trochę budzą moje skojarzenia z ekipą Nowojorczyków. Nie zmienia to faktu, że słucha mi się tego materiału z niekłamaną przyjemnością. W żaden sposób nie może być to płyta, którą zapamięta się na lata, albo która odegra jakąkolwiek znaczącą rolę w historii gatunku, ale miło jest mi słyszeć fajny, klasyczny metal śmierci w 2025 roku. Tak po prostu.

                                                                                                                                  Harlequin




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz