Malformed
„Confinement Of Flesh”
Dark Descent Records (2025)
Nie da
się ukryć, że Dark Descent to obecnie czołowy label jeśli chodzi o metal
śmierci, label, który dawno już przestał być undergroundowy i którego kolejne
wydawnictwa wyznaczają pewne trendy wśród współczesnych miłośników tego typu
grania. Czasem jednak Matt Calvert wypuści na rynek materiał nie nosi żadnych
znamion gamechangera, nie niesie jakiejkolwiek nowej jakości, nie próbuje
zmieniać czegokolwiek, stawiając sobie za cel sprawienie radości słuchaczowi.
Rok temu takim albumem był debiut Mortal Wound – wtórny do bólu, a przy ty
bardzo fajny metal śmierci na modłę wczesnego Cannibal Corpse. W tym roku takim
albumem może być debiut fińskiego Malformed, bo choć poziom heheszkowania jest
dużo mniejszy niż to było w przypadku twórców „Anus Of The World” tak poziom
wtórności i trzymania się gatunkowej tradycji już jak najbardziej jest
zbliżony. Finowie w swoich dźwiękach nie mają za grosz fińskości, ich brand
death metalu to połączenie Florydy circa 1990 z tym co reprezentował Sinister
na wczesnych materiałach. Osiem kawałków zawartych na „Cnfinement Of Flesh” to
tradycyjny do bólu metal śmierci zainstalowany na thrashowym silniku. Klasyczny
growl, klasyczne riffy na thrashowym strojeniu, rasowa do bólu perkusja i coś
co zdecydowane wyróżnia to wydawnictwo na tle konkurencji czyli solówki.
Klasyczne, do bólu, metalowe solówki, których gra się coraz mniej, które są
coraz mniej przychylnie widziane i słyszane. A tutaj są i są one dobre. Ba! To
one stanowią o sile tego wydawnictwa, które choć fajne, to tak naprawdę jest
bardzo przeciętne i nieoryginalne. A te solówki ubarwiają ten pospolity ugór,
nadają mu życia i charakteru. I nie ma tu mowy o jakiejkolwiek perlistości,
melodyjkach czy popadaniu w skrajność. Uwagę tez zwraca perkusja, a raczej jej
brzmienie – mocno pykająca stopa i sound przypominający zsypywanie kartofli do
piwnicy jak to miało miejsce na sławetnym „Failures For Gods” wiadomo kogo. Co
prawda wizja metalu śmierci w wydaniu Malformed mało ma wspólnego z Immolation,
ale swoiste „suche” brzmienie, lekko schowane gitary rytmiczne na rzecz wokalu,
solówek i perkusji trochę budzą moje skojarzenia z ekipą Nowojorczyków. Nie
zmienia to faktu, że słucha mi się tego materiału z niekłamaną przyjemnością. W
żaden sposób nie może być to płyta, którą zapamięta się na lata, albo która
odegra jakąkolwiek znaczącą rolę w historii gatunku, ale miło jest mi słyszeć
fajny, klasyczny metal śmierci w 2025 roku. Tak po prostu.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz