poniedziałek, 14 lipca 2025

Recenzja AngeronA “The Omen ov Forbidden Prophets”

 

AngeronA

“The Omen ov Forbidden Prophets”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

AngeronA to twór będący dziełem dziełem jednego człowieka. Projekt ten nie zarejestrował wcześniej żadnych nagrań, uderzając od razu pełniakiem o widocznym powyżej tytule. Bez bawienia się zatem w opowieści personalno historyczne przejdźmy do zawartości „The Omen ov Forbidden Prophets”. Znajdziemy tu siedem kompozycji, dających razem ponad trzy kwadranse bluźnierczego i brutalnego black metalu. Inspiracje towarzyszące powstawaniu tych kompozycji płynęły najwyraźniej ze Skandynawii z okresu drugiej fali, co przejawia się przede wszystkim w stroju gitar oraz sposobie riffowania. Jednocześnie, Pan Kangur tak to sobie w głowie poukładał, że w zasadzie niemożliwym jest przyklejenie jego muzyce bezpośredniej łatki. Albo inaczej, wpływów zawartych na tym albumie jest tak wiele, że wskazywanie palcem bezpośrednich inspiracji mija się z celem. Jedno jednak jest istotne. Album ten aż kipi od nienawiści, i przejawia się ona praktycznie w każdym jego aspekcie. Począwszy od bezlitosnych wokali, co prawda nie błądzących w poszukiwaniu różnorodnych form ekspresji, a skupionych na rzyganiu nienawiścią z bardzo bezpośredniej formie, poprzez maniakalne chwilami partie perkusji (acz nie do końca jestem przekonany, czy partie bębnów są w tym przypadku dziełem człowieka czy automatu), na bezlitośnie tnących akordach skończywszy. Ten krążek to nieustanna zamieć śnieżna, ekstremalny blizzard kłujący w twarz, to policzek wymierzony Nazareńczykowi w chwili ukrzyżowania. Co istotne, Scorn Wraith idealnie miesza ze sobą elementy pretendujące do miana bezwzględnej surowizny z przewijającą się często, wciągającą melodią, z nawet krótkimi wstawkami z gatunku „atmosferic”. Te bardziej softowe elementy stosowane są jednak w tak śladowych ilościach, że absolutnie nie burzą tryskającej z tego albumu nienawiści. Powiem wam szczerze, że tego rodzaju nagrania cenię sobie najbardziej. Właśnie z powodu, o którym wspomniałem kilka linijek wyżej. Niby temat oklepany, wszystko już w nim zostało zagrane, a tu chłopak z Queensland wbija się w eter debiutem, niczym żołnierz włócznią w bok przybitego do krzyża mesjasza, i po raz kolejny udowadnia, że aby nagrać zajebistą płytę wcale nie trzeba silić się na jakieś awangardowe wynalazki. Naprawdę, świetnie się tego słucha, i tylko nie wiem dlaczego materiał ten wtłoczony został na CD w formie jednej ścieżki. Mi to akurat koło chuja lata, bo i tak zawsze słucham płyt w całości. Wspominam o tym jedynie z recenzenckiego obowiązku. Podsumowując - „The Omen ov Forbidden Prophets” to kurewsko mocny album. Może jeszcze nie z najwyższej półki, ale i tak na tyle potężny, że u niektórych mógłby wylądować na szczycie podsumowań w temacie „debiut roku”.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz