AngeronA
“The Omen ov Forbidden
Prophets”
Iron, Blood and Death Corporation 2025
AngeronA to twór będący dziełem dziełem jednego
człowieka. Projekt ten nie zarejestrował wcześniej żadnych nagrań, uderzając od
razu pełniakiem o widocznym powyżej tytule. Bez bawienia się zatem w opowieści
personalno historyczne przejdźmy do zawartości „The Omen ov Forbidden
Prophets”. Znajdziemy tu siedem kompozycji, dających razem ponad trzy kwadranse
bluźnierczego i brutalnego black metalu. Inspiracje towarzyszące powstawaniu
tych kompozycji płynęły najwyraźniej ze Skandynawii z okresu drugiej fali, co
przejawia się przede wszystkim w stroju gitar oraz sposobie riffowania.
Jednocześnie, Pan Kangur tak to sobie w głowie poukładał, że w zasadzie
niemożliwym jest przyklejenie jego muzyce bezpośredniej łatki. Albo inaczej,
wpływów zawartych na tym albumie jest tak wiele, że wskazywanie palcem
bezpośrednich inspiracji mija się z celem. Jedno jednak jest istotne. Album ten
aż kipi od nienawiści, i przejawia się ona praktycznie w każdym jego aspekcie.
Począwszy od bezlitosnych wokali, co prawda nie błądzących w poszukiwaniu
różnorodnych form ekspresji, a skupionych na rzyganiu nienawiścią z bardzo
bezpośredniej formie, poprzez maniakalne chwilami partie perkusji (acz nie do końca
jestem przekonany, czy partie bębnów są w tym przypadku dziełem człowieka czy
automatu), na bezlitośnie tnących akordach skończywszy. Ten krążek to
nieustanna zamieć śnieżna, ekstremalny blizzard kłujący w twarz, to policzek
wymierzony Nazareńczykowi w chwili ukrzyżowania. Co istotne, Scorn Wraith
idealnie miesza ze sobą elementy pretendujące do miana bezwzględnej surowizny z
przewijającą się często, wciągającą melodią, z nawet krótkimi wstawkami z
gatunku „atmosferic”. Te bardziej softowe elementy stosowane są jednak w tak
śladowych ilościach, że absolutnie nie burzą tryskającej z tego albumu
nienawiści. Powiem wam szczerze, że tego rodzaju nagrania cenię sobie
najbardziej. Właśnie z powodu, o którym wspomniałem kilka linijek wyżej. Niby
temat oklepany, wszystko już w nim zostało zagrane, a tu chłopak z Queensland
wbija się w eter debiutem, niczym żołnierz włócznią w bok przybitego do krzyża
mesjasza, i po raz kolejny udowadnia, że aby nagrać zajebistą płytę wcale nie
trzeba silić się na jakieś awangardowe wynalazki. Naprawdę, świetnie się tego
słucha, i tylko nie wiem dlaczego materiał ten wtłoczony został na CD w formie
jednej ścieżki. Mi to akurat koło chuja lata, bo i tak zawsze słucham płyt w
całości. Wspominam o tym jedynie z recenzenckiego obowiązku. Podsumowując -
„The Omen ov Forbidden Prophets” to kurewsko mocny album. Może jeszcze nie z
najwyższej półki, ale i tak na tyle potężny, że u niektórych mógłby wylądować
na szczycie podsumowań w temacie „debiut roku”.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz