sobota, 28 maja 2022
Recenzja Grave Infestation "Persecution of the Living"
piątek, 27 maja 2022
Recenzja Savage Necromancy “Feathers Fall to Flames”
Savage Necromancy
“Feathers Fall to Flames”
Unpure Rec. 2021 / 20 Buck Spin 2022
Savage Necromancy gościł już na naszych łamach, za
sprawą debiutanckiej EP-ki wydanej trzy lata wstecz nakładem naszej Unpure
Records. Ta sama wytwórnia wydała też debiutancki krążek Amerykanów, wznawiany
obecnie przez 20 Buck Spin. Przejdźmy zatem od razu do rzeczy, bowiem sprawa
jest prosta. To, co otrzymujemy za sprawą „Feathers Fall to Flames” to
obrzydlistwo w najczystszej postaci. Black metal antychrześcijański, niemodny i
śmierdzący Szatanem. Jednocześnie niesamowicie chwytliwy, w pozytywnym słowa
znaczeniu oczywiście. Jeśli wyobrazicie sobie Archgoat z niewielką domieszką
wojennego ognia spod znaku choćby Conqueror czy Blasphemy, to dostaniecie
dokładnie to, co zawiera ten krążek. Dziesięć pulsujących kompozycji,
trwających niespełna pół godziny, opartych niby na prostym schemacie, gdzie
klasyczne przyspieszenia mieszają się ze zwolnieniami niemal do zera, perkusja
wystukuje do bólu kwadratowy rytm, w tle wybrzmi czasem cmentarny dzwon a
przepalony siarką głos wypluwa z siebie bluźniercze wersety. Nie jest to jednak
schemat, od którego nie ma odstępstw. Gdzieniegdzie przemknie także bardziej
skandynawski akord, dodając do całości odrobinę więcej chłodu. Mało.
Posłuchajcie choćby „Genocidal Frostfukk Terrorstorm”, w którym ciężko nie
usłyszeć lekcji pobieranych u mistrzów niemieckiego thrashu. Takich
niespodziewanek jest tu zdecydowanie więcej. Są to co prawda jedynie dodatki do
wspomnianego Archgoatowego stylu, który przyświeca Savage Necromancy
najsilniej, jednak te właśnie drobiazgi sprawiają, że muzyki tej słucha się nie
jedynie jako, dobrej bo dobrej, kopii, lecz czegoś bardziej autorskiego. Bo
Amerykanie wymieszali wszystkie składowe w bardzo ciekawy, indywidualny sposób
udowadniając, że sama metoda kopiuj / wklej wymaga też choćby odrobiny własnych
inwencji. Naprawdę nieźle to chłopakom wyszło, a ja cieszę się, że moje
oczekiwania po bardzo dobrej, wspomnianej wyżej EP-ce, zostały spełnione i to z
nawiązką. Takich nagrań mogę słuchać na okrągło i nigdy mi się nie znudzą.
-
jesusatan
Recenzja REMETE „Into Endless Night”
REMETE
„Into Endless Night”
(Re-Issue)
Northern Silence Productions 2022
Dokładnie
tego samego dnia, co wznowienie Ep’ki i demaRemete (o których to przeczytacie
gdzieś niżej na przepastnych łamach Apocalyptic Rites) ukazała się także
reedycja jedynego jak dotąd, pełnego albumu stworzonego przez mistera D. Nie
zaskoczy Was zapewne stwierdzenie, że tym, którym podobało się „The Winter
Silence & Forgotten Aura”, także i „Into Endless Night” wejdzie gładziutko
i sprawi dużo przyjemności. Materiał ten ewoluował co prawda w bardziej
rozbudowane formy czarnej ekspresji, jednak podstawy zostały tu zachowane i
cały czas wyraźnie słychać nić łączącą wcześniejsze produkcje tego projektu z
jego nieco późniejszą inkarnacją. Zespół cały czas obraca się w obrębie
klimatycznego grania, które ma surowe, jadowite ostrze, przygnębiający feeling
i operuje intensywnymi, skrajnymi emocjami, od wrogości i agresji, po
rezygnację i wynikające z głębokiej alienacji przygnębienie. Usłyszymy tu więcej
rozwiązań przesuwających ciężar tej produkcji w stronę Post-Black Metalu, są
też wtrącenia z klimatycznego Post-Rocka, jednak elementy te wyśmienicie
połączono z silnym, tradycyjnym rdzeniem w postaci zagęszczonych, surowych,
czarnych wybuchów wściekłości, dzięki czemu tę muzykę cały czas swym całunem
otacza ciemność (nie tak zawiesista co prawda, jak na wcześniejszych
produkcjach Remete, ale jednak). Zarówno beczki, jak i bas są tu być może nieco
lżejsze i bardziej ulotne, niż poprzednio, ale zarazem mają zdecydowanie więcej
do powiedzenia (co zrozumiałe, bo każdy z utworów ma bardziej skomplikowaną
strukturę) i kreują ciekawy fundament pod pracę wiosła. Może się powtarzam, ale
gitara, jak dla mnie, to ponownie crème de la crème tej produkcji (podobnie zresztą,
jak i na starszych rzeczach projektu). Z riffów sączy się chłód, który przenika
do szpiku kości, a melancholijne, z lekka majestatyczne linie melodyczne
przepełnia tęsknota, gorycz i otępienie. Na potrzeby tej płytki D wyrzeźbił na
swym 6-strunowym instrumencie tak niesamowicie emocjonalne, eteryczne, a
zarazem cudownie harmoniczne partie, że wydają się one symfonią bez orkiestry. Wokal
także dodaje tej produkcji kolorytu (i to zdecydowanie nieoptymistycznego)
i dość mocno kieruje zawarte na niej dźwięki w stronę klasycznie surowej czerni.
Nie jest to może muzyka grana tak do końca furioso. Bardziej pasowałoby do niej
określenie moderato doloroso cantabile. Niemniej i tak uważam, że jest to
naprawdę dobry album, który wszyscy miłośnicy atmosferycznego Black Metalu będą
wałkować tak długo, aż się porzygają.
Hatzamoth
Recenzja Goatsmegma „Goat Separatist Movement”
Goatsmegma
„Goat Separatist Movement”
Godz ov War 2022
Jak by nie patrzeć, nazwa labelu jednak do czegoś zobowiązuje.
Przed chwilą był portugalski Barbaric Horde, dziś mamy estoński Goatsmegma.
Zespół dał się już poznać, choćby wydanym niecałe trzy lata temu, dla krajowej
Morbid Chapel, debiutem „Demonic Goat Semen Eating Ritual”. W międzyczasie
mieliśmy jeszcze split z Antichrist, a teraz czas na pełną dwójkę. Zmian
stylistycznych ona żadnych nie wnosi. Kwartet zza wschodniej granicy
konsekwentnie atakuje wojennym metalem nie cierpiącym jakichkolwiek znamion
nowoczesności czy odchodzenia od wąskiego nurtu. Zatem przez dwadzieścia dwie
minuty stajemy w oku cyklonu, gdzie grubo ciosane akordy spadają na nas niczym
bomby podczas nalotu dywanowego. Nie ma tu zbytniego przebierania palcami po
gryfie, struny szarpane są raczej wściekle, z elegancją rozwydrzonego bachora,
który to stara się przy pomocy kamienia rozebrać na części pierwsze swój
zabawkowy samochodzik. Puls tej muzyki jest utrzymany w szybszym tempie
nadawanym przez stukającą garażowo perkusję i głęboko dudniący w tyle bas.
Gitarzyści nie oszczędzają swoich wioseł mieląc grubo i uparcie, chwilami
zwalniając by zapodać marszowy riff albo przejechać kostką wzdłuż strun.
Inspiracje, po które Estończycy sięgnęli są oczywiste i chyba nie ma sensu
wymieniać tu żadnych nazw. Dajcie spokój, przecież wystarczy spojrzeć na
okładkę, na której to widnieją kozły z kałachami i nadziany na pal,
dekapitowany zbawiciel tego świata. Że obrazek kiczowaty? Oczywiście. Powiem
więcej, idealnie oddający muzyczną zawartość tego krążka. Tu się nikt nie
wysila na wymyślanie koła. Kult kozła i nienawiść do religii to jedyny przekaz
płynący z „Goat Separatist Movement”. To wszystko było już setki, tysiące razy,
dlatego też nowe wydawnictwo Goatsmegma przeznaczone jest wyłącznie dla tych,
którzy Ross Bay Cult Eternal traktują ze śmiertelną powagą. Oni nie potrzebują
komendy „Maski włóż”, bo ich w ogóle nie ściągają. Reszta natomiast może sobie
iść posłuchać „Eski”.
-
jesusatan
Recenzja Sacrifizer „Le Diamand De Lucifer”
Sacrifizer
„Le Diamand De Lucifer”
Osmose Productions 2022
Trzy
lata trzeba było czekać na nową produkcję francuskiego Sacrifizer. Po całkiem
niezłej epce „La Mort Triomphante” nadszedł wreszcie czas na dużą płytę. No i
dobrze, bo ten kwintet z kraju, gdzie podobno żaby jedzą, ma się całkiem nieźle,
a ich forma nie spada. Podobnie jak na poprzedniej produkcji mamy tutaj do
czynienia ze speed metalem, pędzącym przed siebie bez zbytniego pierdolenia. Ostre
gitary przy akompaniamencie sekcji rytmicznej wycinają cięte riffy, okraszone
niekiedy krótkimi oraz klasycznymi solówkami. Wszystkiemu wtóruje typowy dla
thrashu, z lekko szwabską manierą, wokalista, który momentami zawodzi niczym
Tom Araya. Pierwsze trzy numery zagrane są w czysty speed / thrashowy sposób z
rogami w tle, po czym następuje interludium zatytułowane „The Portal”, które
dosłownie przenosi nas w trochę inne klimaty. Do surowego, dobrze znanego z lat
80. grzania, muzycy zaczynają wplatać mnóstwo elementów power i heavy
metalowych. Robi się delikatniej i melodyjniej. Muzyka nie traci jednak na
prędkości i zaciętości. Jest za to bardziej zabawowo i bez zbędnego nadęcia.
Wyraźnie słychać, że muzycy szczerze bawią się graniem, a grać potrafią. Sprawia
im to również niemałą radość co zaowocowało świetnym staroszkolnym butem w
mordę. Obcowanie z tego typu twórczością, to zawsze wspaniała przyjemność, a
także podróż w przeszłość coraz częściej ostatnio potrzebną w tych
popierdolonych czasach. Tak więc panie i panowie dżinsowe, obszyte naszywkami i
z obowiązkowym ekranem, bezrękawniki na grzbiet i na miasto. Pić piwo, słuchać
muzyki, pogo tańczyć no i oczywiście pozerów po gębach lać!
shub
niggurath
czwartek, 26 maja 2022
Recenzja Written In Torment „Black Command”
Written In Torment
„Black Command”
Purity Through Fire 2022
Już
po raz czwarty brytyjski specjalista od epickiego black metalu Leviathan,
wszedł do studia, aby nagrać swoje najnowsze dzieło. Tym razem, podobnie jak
poprzednio, zaprosił do współpracy byłego perkusistę My Dying Bride Storm’a
oraz niejakiego Prometheusa, który wspomógł ten projekt swoją umiejętnością gry
na gitarze i klawiszach. Chłopaki się postarali i wypuścili na świat przemiły
black metalik. „Black Command” to czterdzieści minut melodyjnego muzykowania,
przypominającego nieco dokonania takich grup jak późniejszy Emperor, Abyssos
czy też Throne Of Ahaz. Na co dzień nie sięgam po tego typu twórczość, co
więcej jest ona dla mnie zupełnie niestrawna, ale hołd dla fachowości Anglików
oddać muszę. Tych sześć świeżutkich kompozycji jest przepełnionych dobrym
technicznie graniem, gdzie poza główną linią gitar, dostajemy także mnóstwo
ozdobników, a także wysmakowanych, wręcz klasycznych solówek. Dźwięki płyną
raczej szybko, od czasu do czasu przechodząc w nastrojowe zwolnienia, podczas
których muzycy czarują akustycznymi wstawkami, którym bliżej do heavy niż black
metalu. W ogóle poprzez zastosowanie dość rozbudowanych melodii, które dryfują
w towarzystwie niezaprzeczalnie filmowych klawiszy, całość raczej odbiega od
czarciej metodologii, kierując się w stronę, nazywając po prostu ten typ
kreacji epickim metalem, który z powodzeniem mógłby posłużyć jako ścieżka
dźwiękowa do niejednego filmu. Atmosfera utworów ocieka podniosłością,
królewskim blichtrem, a nawet lirycznym romantyzmem, który będąc słodszym od
waty cukrowej, przyprawia o mdłości. Nawet momentami histeryczne, diabelskie
wrzaski wokalisty nie są w stanie przyprawić aktualnej produkcji Written In
Torment, czymś co można by nazwać jako „black”. Niemniej jednak Brytole grać umieją,
a ich dość zróżnicowane numery zainteresować potrafią więc swoich zwolenników
znajdą.
shub
niggurath
Recenzja SHOCK WITHDRAWAL „Shock Withdrawal”
„Shock Withdrawal” (Ep)
Selfmadegod Records 2022
Pozwólcie,
że na wstępie o coś zapytam. Lubicie rozpierdol, jaki na swych produkcjach
robią Maruta, Noisear, czy Thrash Metalowy Protest? Widzę, że sporo osób
podnosi prawicę, zatem zakładam, że są na „tak”. No i bardzo dobrze, gdyż to właśnie
głównie do nich, choć oczywiście nie tylko, kierowany jest pierwszy materiał
projektu Shock Withdrawal, w którym to maltretują swe instrumenty muzycy
związani w przeszłości, lub obecnie z wymienionymi powyżej kapelami. Muzyka,
jaką znajdziemy na tym krążku, to zatem energetyczny, wyrywający z buciorów
Grind/Death, który poniewiera w pizdu i nie zamierza pytać o to, czy można. Jeżeli
zatem moi drodzy parafianie macie w pamięci wydawnictwa wymienionych tu na
wstępie zespołów, to wiecie już w zasadzie, czego spodziewać się po materiale,
nad którym się tu wywnętrzam. Trwający niespełna 13 minut „Shock Withdrawal” to
rozpierdalający w chuj, soczysty wybuch brudnej przemocy. Hasło, że tan
materiał niszczy, to zdecydowanie słabe stwierdzenie. To, co prezentuje tu trio
z Juesej, rżnie, morduje, miażdży i rozrywa, a wszystko to robi niesamowicie
skutecznie i produktywnie. No posłuchajcie tylko tej sekcji, która rozpierdala
wszystko w perzynę. Kanonady bębnów są jak szybkostrzelna, ciężka artyleria, a
bas rozrywa wszystko na strzępy, rozrzucając wokół pozostałe szczątki niczym
roztrząsacz obornika. Riffy natomiast są niesamowicie wręcz dynamiczne,
złośliwe, agresywne i tną głęboko, odsłaniając kości. Jeżeli zaś chodzi o
wokale, to to, co wyprawia gardłowy można porównać jedynie do złośliwego,
brutalnego obdzierania ze skóry dla czystej, sadystycznej przyjemności. Jadą
panowie bez srania po krzakach i nie pierdolą się w tańcu. Nieokiełznane niemal
barbarzyństwo tej Ep’ki nie oznacza jednak wcale, że nie odnajdziemy tu ciekawych,
bardziej złożonych niuansów, zaserwowanych nam przez muzyków tej grupy. Uwagę
zwracają choćby charakterystycznie ciosane, grube riffowanie, czy opętańcze,
niekiedy paranoiczne wręcz linie wokalne, które żrą niczym kwas akumulatorowy.
Oczywiście znajdziemy w tych 13 minutach więcej ciekawych, brutalnych
ornamentów, jednak nie będę zdradzał wszystkiego, aby nie odbierać Wam
przyjemności ich odkrywania. Brzmi ten materialik naprawdę tłuściutko, więc
wpierdol spuszcza bardzo konkretny i sponiewierać potrafi. Jak dla mnie,
petarda! Czekam z niecierpliwością na pełny album tych amatorów dźwiękowego
rozłupywania czaszek zza wielkiego bajora.
Hatzamoth






