piątek, 4 grudnia 2020

Recenzja Bestial Warfare "Desecrating Goat Assault"

Bestial Warfare 
"Desecrating Goat Assault"
Godz ov War 2020


Macie, kurwa, dzieci? To zapewne nie raz robiliście za konia. Jebut berbecia na plechy i popierdalamy po pokoju jak pojebani a młode krzyczy waląc nas z otwartej po ryju "Tata szybciej!". Podobna zabawa ma miejsce na okładce EP-ki Bestial Warfare, gdzie jezuska ujeżdża Diabełek. I o ile Państwo macie ochotę, by was też ktoś ujeździł, to najprostszym tego rozwiązaniem jest umieszczenie wspomnianej płyty w odtwarzaczu i wciśnięcie tego niepozornego przycisku z trójkącikiem. Bynajmniej nie otwiera on wrót do męskiej toalety. Jedyne co może otworzyć to bramy piekieł, za którymi nie ma litości da grzeszników szargających uczucie religijne. Niemcy faktycznie swoją muzyką wywołują piekło. Jeśli odważycie się przekroczyć jego próg zostaniecie obdarci ze wszystkich znamion człowieczeństwa. Kanonady diabelskich bębnów będą wypruwać wam flaki, zwierzęce akordy szarpane na drucie kolczastym będę biczować wasze plecy raz szybciej, raz z goła dla odmiany wolniej lecz głębiej, wyrywając kolejne fragmenty mięśni, sięgając aż do kości a diabelskie pomruki będą wam śpiewały pieśń tryumfalną o wyższości Szatana nad wszelkimi świętościami. Głównymi prowodyrami tego niewypowiedzianego cierpienia będą cmentarne widziadła z pewnego kanadyjskiego cmentarzyska. Tak, nie mylicie się. Bestial Warfare to kolejne wcielenie samego Diabła, który ów skrawek ziemi zamieszkał. Co prawda w nieco bardziej death metalowej postaci, jednak równie mocno przesiąkniętej bezlitosnym bestialstwem. Nie oczekujcie zatem po tym krótkim materiale zbyt wielu niespodzianek, lecz tortur na najniższym piekła poziomie. Co prawda jeden motyw mocno zaskakuje na początku "Blood Sacrifice (Pig Messiah Decapitated)" , ale o tym przekonajcie się sami, o ile się odważycie. "Desecrating Goat Assault" to kolejna bezlitosna propozycja w katalogu Godz ov War i bardzo dobra EP-a Niemców. Oni umiom we wojnę i doskonale to udowadniają. Słuchajcie i zdychajcie! 

- jesusatan

Recenzja DSKNT "Vacuum y-Noise Transition"

 

DSKNT

"Vacuum y-Noise Transition"

Sentinel Ruin 2020

Na następcę wydanego trzy lata temu "PhSPHR Entropy" czekałem niczym wygłodniałe sępy na ostatnie tchnienie rannej i wyczerpanej gazeli. Jednocześnie miałem ogromne obawy, czy drugi album zespołu przynajmniej dorówna temu, co zaprezentowali na debiucie. W końcu jest i wiecie co? Zapamiętajcie dobrze tą nazwę i okładkę, bo "Vacuum y-Noise Transition" to prawdziwy inter galaktyczny huragan. Szwajcarzy postanowili pójść zdecydowanym krokiem pod prąd i serwują album mniej chwytliwy, za to o wiele bardziej intensywny. To, co się tutaj dzieje jest po prostu nieludzkie. Kotłujące się melodie walczą zaciekle z dysonansami i niczym zderzające się atomy wytwarzają ogromne pokłady energii. Dźwięki gnają przed siebie niczym kosmiczna burza z której co chwilę wyłania się jakiś bardziej kształtny, barwny motyw, wciągany zaraz siłą z powrotem do kotłującego się epicentrum. Szybkie tremolo i złowieszcze akordy są równocześnie przerażające i intrygujące, hipnotyzują swoją potęgą tak mocno, że nie sposób wykonać choćby najmniejszego ruchu. Chwilowe, bardziej rytmiczne fragmenty pozwalają złapać tylko krótki oddech przed kolejną porcją sonicznego zniszczenia. W wielu miejscach utwory są mocno złożone, wielowarstwowe z ukrytymi w tle, początkowo niepozornymi smaczkami. "Vacuum y-Noise Transition" przypomina próbę okiełzania chaosu, a sposób w jaki czyni to DSKNT kojarzyć się może poniekąd z mistrzami z Portal. Dotarcie do sedna tej muzyki jest zadaniem niełatwym, jeśli jednak będziemy dostatecznie cierpliwi i przebijemy się do wnętrza tego rozpędzonego meteorytu, ujrzymy jego piękno i majestat w pełnej krasie. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie także brzmienie tego krążka. Mimo iż początkowo miałem lekkie obiekcje, z czasem zrozumiałem, że tak to właśnie brzmieć musi. Niesamowicie spójnie, chwilami mniej czytelnie, bez wyraźnej dominacji któregokolwiek z instrumentów, nieludzko i mechanicznie. Wisienką na torcie są odhumanizowane wokale, pełne agresji i niepokoju, przeplatane odgłosami dławienia się i wypluwania wnętrzności, bardziej zbliżonymi do rozpaczliwego płaczu obcej formy życia niż wydawanymi przez istotę ludzką. Album kończy niemal ambientowy utwór brzmiący jak zakodowany przekaz z odległej galaktyki. Przekaz zapewne nie niosący dla was żadnej dobrej nowiny. "Vacuum y-Noise Transmition" pozamiatał mną podłogę, wyżymał i rzucił w ciemny kąt. Tu mi dobrze, tu będę leżał i czekał aż uczyni to ponownie. Ten album to więcej niż tylko dźwięk, to doznanie.

- jesusatan

czwartek, 3 grudnia 2020

Recenzja Eternal Evil "Rise of Death"

 

Eternal Evil

"Rise of Death"

Redefining Darkness 2020

Ostatnio, po stu latach przerwy, wróciłem trochę do oglądania filmów i czasem mnie najdzie, żeby sobie wieczorem obejrzeć coś w telewizorze. Ale nie jakieś tam nowomodne Netflixowe gówna. Skacze sobie po kanałach i zazwyczaj zatrzymuję się na czymś, co już milion razy oglądałem i znam na pamięć. Jakieś Terminatory, Rocky czy inne Nico. Tandetne to jest w chuj, ale jakże mocno przypomina czasy, kiedy nie trzeba było codziennie zapierdalać do tyry, tylko słuchać muzyki praktycznie od świtu do zmierzchu, lub odwrotnie. A ta była wówczas niczym te śmieszne dziś filmy – nieskomplikowana i do bólu prostolinijna. Po co o tym piszę? A po to, że właśnie wpadła mi w łapy demówka szwedzkiego Eternal Evil, na której to czworo młodych ludzi serwuje taką muzę, że zastanawiam się, czy aby nie wpadli kiedyś w jakieś załamanie światoprzestrzeni i wyrzuciło ich akurat w drugim dziesięcioleciu dwudziestego pierwszego wieku. Goście są od początku do końca zakorzenieni w końcówce lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Od fryzur zaczynając, poprzez oprawę graficzną (kurwa, te dwa słowa w odniesieniu do tego rysunku, co to widnieje na okładce to prawdziwe nadużycie), nazwę zespołu, tytuły utworów po samą muzykę oraz jej brzmienie. Tej mamy tu coś koło czternaście minut, podzielonych na pięć części i będącej intencjonalnie mieszanką wczesnej twórczości teutońskiego thrashowego trio z równie wczesnym Bathory. Szwedzki kwartet traktuje swoje instrumenty z zaangażowaniem, którego wielu zespołom dziś brakuje, wykuwając akordy uderzające prosto w ryj niczym zapaszek z publicznego szaletu. Eternal Evil pomysły na riffy wyczytali chyba z kartki znalezionej w zakopanych w ogródku spodni Dead'a, bo brzmią one faktycznie jakby zostały wymyślone przynajmniej trzydzieści lat temu. Dudnienie perki jest tu z kolei mocno schematyczne i przypomina napierdalanie, nie granie, napierdalanie (jak to kiedyś trafnie określił sam Fenriz) Ventora na debiucie Kreator. Dodatkowo instrument ten wydaje dźwięki, jakby miał się za chwilę rozsypać. Wokal... No jak myślicie? Pewnie, że jeszcze nie typowy growl, raczej ekstremalne darcie mordy z lekka podrasowane pogłosem dla bardziej diabelskiego efektu. I dla uzupełnienie te partie solowe, brzmiące jak odegrane przez Quorthona kiedy jeszcze miał naście lat. Trzeba komuś do szczęścia coś więcej? Mi nie. Przy takim graniu większość nowoczesnych wypocin nie powinno się nawet zwać metalem. Możecie sobie kurwa mruczeć pod nosem, że muszę być retardem, by w kółko słuchać klonów Venom czy Sarcofago... W dupę mnie pocałujcie "kochane metale"! Idźcie sobie pooglądać jebany "Dark", a ja tymczasem sprawdzę, czy czasami gdzieś nie leci akurat "Szklana Pułapka".

- jesusatan

Recenzja MEPHITIC CORPSE „Immense Thickening Vomit”

 

MEPHITIC CORPSE

„Immense Thickening Vomit” (Demo)

Extremely Rotten Productions 2020

Demo tego zespołu zza wielkiej kałuży swą premierę miało co prawda rok temu, ale w roku 2020 zostało wznowione i wydane jako Mc i Digital, więc jest okazja, aby skrobnąć o nim małe co nieco. Materiał ten, to trzy wałki Brutal Death Metalu starej szkoły, charakterystycznego dla sceny amerykańskiej. Riffy rozrywają zatem na strzępy, organiczne bębny grzmocą niczym młoty do betonu, brudny, paskudny, brzydki bas drze skórę pasami, a niski, gardłowy, przeflegmiony cudownie, ponury growling wyrzyguje co rusz jebiącą okrutnie treść żołądkową. Wszystko jest tu surowe, chropowate, niestabilne, a momentami wręcz prymitywne, począwszy od brzmienia, a na samych kompozycjach skończywszy. I choć daleki jestem od jakichkolwiek zachwytów, to uczciwie przyznaję, że ten plugawy oldschool barbarzyńsko chwyta za gardło. Gdybym nie wiedział, że to materiał z zeszłego roku, to słuchając tych dźwięków, przysiągłbym, że zostały one nagrane w jakiejś zatęchłej piwnicy na przełomie lat 80-tych i 90-tych z wykorzystaniem cudu techniki zbliżonego do naszego Kasprzaka. Żadna rewelka, od której pękłaby miednica, ale ma to swój niezaprzeczalny urok (zwłaszcza po kilku głębszych). Mimo wszystko pozytywnie oceniam to wydawnictwo i myślę sobie, że to dobrze, że takie produkcje jeszcze się ukazują, gdyż obrazuje to, iż ta scena wciąż żyje, i ma się wręcz znakomicie!Oczywiście jest to wydawnictwo dla najbardziej opętanych maniaków klasycznego Old School US Brutal Death Metalu i to właśnie im polecam to Demo. Reszta bez żalu może sobie odpuścić.

 

Hatzamoth

Recenzja BLOOD STAR „The Fear”

 

BLOOD STAR

„The Fear” (7’’Ep)

Shadow Kingdom Records 2020

 

Jeżeli macie ochotę posłuchać dobrego, energetycznego Hard & Heavy, to polecam wydaną w tym roku przez Shadow Kingdom Records Ep’kę amerykańskiego Blood Star. W takim właśnie stylu pogina ten zespół, a że robi to szczerze i z pasją, toteż wyśmienicie słucha się tych dźwięków. Beczki raźno i soczyście prą naprzód, wtóruje im konkretny, dźwięczny bas zapewniający tej produkcji odpowiedni groove. Wiosło szyje zadziorne, melodyjne, chwytliwe, klasyczne riffy, które płyną swobodnie i sprawiają, że te dwa walki mają świetny drive i żrą idealnie. Harmonie inspirowane są w większości przypadków przez najbardziej charakterystyczne momenty z twórczości Iron Maiden, ale absolutnie nie jest to kalka ich dokonań. Kompozycje Blood Star mają swój charakter i pewną indywidualność, choć oczywiście nie wychylają się poza kanony gatunku. Tradycyjny, czysty wokal Madeline Smith operujący w środkowych rejestrach ma odpowiedni rozmach, charyzmę, moc, fajną, zapadającą w pamięć barwę i doskonale pasuje do warstwy muzycznej tego materiału. Sound tej produkcji jest mocny i organiczny, każdy instrument ma wystarczająco dużo przestrzeni, aby być dobrze słyszalnym, choć w tym elemencie przydałoby się wg. mnie trochę więcej głębi. Składając zatem to wszystko razem do kupy: „The Fear” to bardzo dobry, witalny, chwytliwy, kanoniczny wręcz Heavy Metal oparty na najlepszych, klasycznych wzorcach, którego wyśmienicie się słucha. I to kurwa tyle, a kto nie lubi Heavy, tego wpierdolą motyle.

 

Hatzamoth

Recenzja ANCIENT BURIAL „Beyond the Watchtowers”

 

ANCIENT BURIAL

„Beyond the Watchtowers”

Signal Rex 2020

 

Debiutancki album Ancient Burial to typowy przykład portugalskiego Black Metalu spod znaku Black Cilice, czy Vetala, a zatem chuja słychać, ale kult się sączy ze ścian. O tej wesołej grupie młodzieżowej wiadomo tyle, że jest ich trzech (portugalskie Ich Troje?) i jak to pisze wytwórnia „trio może, ale nie musi zawierać członków innych, znanych hord”. Ich muzyka (choć w zasadzie nie wiem, czy to nie za dużo powiedziane) może zatem, ale nie musi czerpać całymi garściami z twórczości Black Cilice, tyle że Ancient Burial do stworzenia tej płyty wykorzystał, ale oczywiście nie musiał wszystko to, co było najgorsze w muzyce ich bardziej znanego rodaka. Przy tych kompozycjach cep, to bardzo skomplikowane urządzenie, a brzmi to wszystko, jakby dochodziło z Diabelskiej dupy. Brak tu jakiejkolwiek spójności, wszystko jest chaotyczne i jeździ w różne strony, a charakterystycznie wysoki werbel i blachy, które brzmią jakby ktoś zajebał sztućcami o kafelki wkurwiają mnie potwornie. Najbardziej zwarte i w miarę sensowne, choć proste jak drut są dwa ostatnie wałki oparte na surowych, ponurych, dysonansowych, ołowianych riffach, przytłumionych, zwalistych beczkach i upiornych, nawiedzonych wokalach. Poza tymi dwoma wyjątkami, które i tak są cienkie, jak dupa węża cały album jest w gruncie rzeczy dosyć bezpłciowy, choć pewnie miłośnicy Raw Black Metalu, gdzie lewa ręka nie wie, co czyni prawa, brzmiącego, jak rój much latających nad końskim łajnem mogą, ale nie muszą zmarszczyć sobie przy tym kapucyna z masochistyczną przyjemnością. Dla mnie jedyną sensowną rzeczą na „Beyond…” jest jej okładka, reszty w zasadzie jakby nie było. Okładkę zatem zostawiam, choć nie muszę, a reszta ląduje w koszu.

 

Hatzamoth

środa, 2 grudnia 2020

Recenzja Luctum "Ashes of the Titans"

 

Luctum

"Ashes of the Titans"

Morbid Chapel Rec. 2020

Jakże obiecująco rozpoczyna się debiutancki album Luctum! Powiem szczerze, że otwierający numer cisnął mną bezlitośnie o podłogę i przeczołgał kilka razy od ściany do ściany. Wolny, z lekka transowy, otwierający "Neglect" riff po którym atakuje delikatny dysonans i norweski akord dość mocno kojarzący się ze Storm momentalnie mnie zniewolił. I kiedy już miałem nadzieję, że leżąc tak bezwładnie będę doświadczał kolejnych cielesnych i mentalnych upokorzeń, kolejne kompozycje Amerykanów stanowiły bardziej środek wybudzający ze śpiączki, niż ją potęgujący. Ale po kolei. Luctum to horda, która jakoś we wakacje sama siebie wydała w wersji cyfrowej, czytaj – udostępniła nagrania w sieci, oraz ciut później wypuściła kasetkę nakładem Witchhand Productions. Teraz nadszedł czas na wersję CD, co też załatwili sobie dzięki naszej rodzimej Morbid Chapel. Panowie grają blekk metl w wersji bardzo europejskiej, łączącej ze sobą elementy drugiej fali z bardziej nowoczesnymi rozwiązaniami. Dość mocno tu śmierdzi skandynawskim lasem, troszkę zajeżdża szkołą francuską i tworzy to razem naprawdę fajne połączenie. Obok fragmentów mocno zadziornych trafiają się bardziej stonowane, dające chwilę na złapanie oddechu. Bezpośrednich wpływów można tu wyłapać od chuja i jeszcze troszkę, od wspomnianego wcześniej Storm, przez wczesny Satyricon czy nawet Mysticum, choćby w "Fortress of Avarice". Dla odsapnięcia dostajemy także utwór klawiszowy w postaci "Kronos Devouring His Son", po czym możemy ponownie zacząć kroczyć po skrzypiącym pod stopami śniegu. I w zasadzie nie ma się do czego na tym krążku dojebać. Wszystko jest tu bardzo, ale to bardzo poprawne. Brzmienie się zgadza, jest czytelne, acz bardziej w staroszkolnym tego słowa znaczeniu niż nowoczesnym, wokal grzmi agresywnie, kompozycje są urozmaicone i absolutnie nie nużą... Rzecz w tym, że po trzech – czterech odsłuchach zaczynam się zastanawiać, czy będę miał kiedyś czas wrócić do tego materiału. No, ja jak ja, ale taki przeciętny Kowalski, który nie dostaje w miesiącu sto tysięcy promówek do sprawdzenia. No i myślę, że gdyby doba miała więcej niż dwadzieścia cztery godziny a miesiąc ponad trzydzieści jeden dni i przede wszystkim gdyby album ten zawierał więcej takich ciosów jak utwór otwierający, to odpaliłbym "Ashes of the Titans" jeszcze niejednokrotnie. Bo to jest dobry album. Tylko, że dla niektórych "dobry" może oznaczać "aż", a dla innych "tylko".

- jesusatan