środa, 25 maja 2022

Recenzja Nuclear Christ “Twisted Idols For Nihilism”

 

Nuclear Christ

“Twisted Idols For Nihilism”

Vrykoblast Prod. / Goat Throne Rec. 2022


Kto tęskni za starymi czasami, kiedy to zgrywało się praktycznie jak leci wszystkie demówki które nam wpadły w łapy? Bez różnicy, czy była to druga czy dwunasta kopia. Większość z nich brzmiało syfiaści, ale liczył się metal, więc dożynało się poczciwe różowe Stilonki aż się rozpadały. Po co o tym piszę? Bo słuchając debiutanckiego demo Nuclear Christ jak żywo stanął mi przed oczami obraz, kiedy to po raz pierwszy wrzuciłem do kaseciaka przegrywkę „Thy Kingdom Come”. „Twisted Idols For Nihilism” to w dużej mierze ogromny trybut dla Morbid Angel z tamtego okresu. Wpływy ojców death metalu są tu bardzo wyraźnie wyczuwalne, zarówno w charakterystycznym riffowaniu jak i partiach solowych. Ta demówka to cztery kompozycje będące kwintesencją gatunku z drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Tu aż kipi od wściekłości i cuchnie siarką i palonym ciałem a łeb chwilami sam rwie się do moshu. Rządzi stary styl z okresu, kiedy ten gatunek się dopiero rodził, zero udawania, zero napinki, sto procent szczerości, kultu Diabła i dobrej zabawy. Panowie lekcje odrobili na piątkę z plusem, także pod względem brzmienia. Gdybym nie wiedział, uwierzyłbym, że ten materiał zarejestrowany został z trzydzieści pięć lat temu. Aż się łezka kręci w oku na dźwięk tych ginących chwilami gitar czy zlewających się ścieżek perkusji, tudzież pulsującego brudno basu. I te wokale, rzygające jakby z drugiej linii. Kurwa, może i przemawia do mnie w tej chwili głównie sentyment, ale w chuj podoba mi się to co tu słyszę. Po czterech autorskich numerach mamy jeszcze cover „Remnants” z dwójki thrashowego Blood Feast, który trochę przełamuje klimat całości, oraz outro. Niby nic to odkrywczego, ale wierzcie mi, słucha się tego po prostu zajebiście, nawet jeśli to głównie Morbid Angel worship. A może właśnie dlatego, bo nie każdy potrafi tak umiejętnie czerpać z nauk Treya i spółki. Sprawdźcie to demo bo naprawdę warto.

- jesusatan

Recenzja Vølus „Thrown To The Abyss”

 

Vølus

„Thrown To The Abyss”

Vargheist Records 2022

Vølus jest jednoosobowym projektem, który narodził się w Stanach Zjednoczonych. W tym roku powraca z nowym albumem, aby po raz kolejny zalać mózgi swoich wyznawców, czarną jak otchłań chaosu magmą. „Thrown To The Abyss” to bowiem osiem numerów, niosących ze sobą istną dźwiękową apokalipsę. Zmiksowane ze sobą poszczególne instrumenty to nic innego jak muzyczna personifikacja zła, którego normalny umysł nie zdoła ogarnąć. Słuchając tej produkcji od razu na myśl przywodzą się światy, stworzone przez Lovecraft’a czy też Thomas’a Ligottiego. Brzmienie jest soczyste i odpowiednio ciężkie. Szybkie i nienawistne riffy gniotą brutalnie niczym kruszarka do kamieni. Bezkompromisowe i zarazem siermiężne dysonanse, przypominające Portal, wprowadzają niepokojącą atmosferę. Towarzyszą im duszne eksperymentalne dźwięki, które przeradzają się niekiedy, na pierwszy rzut ucha w chaotyczny noise, ale to tylko złudzenie, gdyż ma on swój ukryty porządek. Z tym wszystkim, ramię w ramię, podążają prymitywne i oschłe w swym wyrazie wokale, potęgujące uczucie zagrożenia ze strony tego nierzeczywistego tworu jakim jawi się Vølus. Tak więc najnowszy materiał tego Amerykanina, to kontynuacja improwizacji pod szyldem black / death metalu, która początkowo wydająca się hałaśliwym zlepkiem poszczególnych tonacji, po wnikliwym przesłuchaniu, staje się doskonale poskładaną machiną, wciągającą nas w odmęty szaleństwa, w których popływać potrafi jedynie wytrawny słuchacz. Mocno progresywna i awangardowa wizja smolistego grania, a i również ostatnimi czasy bardzo modna. Dla miłośników w sam raz, ale laik się w tym za nic w świecie nie odnajdzie. Niemniej jednak polecam, bo sponiewiera jak bimber.

shub niggurath

wtorek, 24 maja 2022

Recenzja Chaotian „Effigies Of Obsolescence”

 

Chaotian

„Effigies Of Obsolescence”

Dark Descent Records 2022

Duński Chaotian świetnie rokował od pierwszej demówki. Tłusty, masywny, ale dynamiczny death metal w ich wydaniu zwrócił moją uwagę i dawał powody, żeby myśleć, że w przyszłości będzie to duża marka. Mój entuzjazm opadł po obejrzeniu ich gigu na Kill Town Death Fest, gdzie okazało się, że muzyka tych młodzików zabrzmiała dość nieporadnie i amatorsko. Słychać było brak ogrania i swobody. Dlatego też z pewną rezerwą podchodziłem do debiutanckiego pełniaka „Effigies Of Obsolescence”. Moje obawy okazały się bezpodstawne, gdyż duńskie trio dostarczyło niespełna 40 minut bardzo konkretnego, deathmetalowego wpierdolu. Bez pierdolenia się w tańcu i wychylania się w odbiegających od kanonu kierunkach Skandynawowie postawili na sprawdzone wzorce i nagrali siedem kawałków pełnego deathmetalowego mięcha i młodzieńczego animuszu. Choć muzyka wydaje się relatywnie prosta i oparta jest na dość prostych, mięsistych riffach, to trudno tu mówić o nudzie. Tempo zmienia się co chwilę, a kolejne minuty odsłaniają kolejne, interesujące motywy urozmaicające te niekrótkie jak na tego typu granie kompozycje. Głęboki, nieco jaskiniowy, ale czytelny growling zdradza fascynacje Incantation, ale w warstwie instrumentalnej to porównanie nie jest już takie jednoznaczne. Słychać tu echa Cannibal Corpse, ale więcej punktów odniesienia znalazłbym w twórczości Rottrevore czy Deteriorot, gdzie ten groove jest bardziej wyczuwalny, a gitary zamiast tworzyć grobową ścianę dźwięku stawiają na klasyczny, deathmetalowy akord. Warto też zwrócić uwagę na partie basu, które choć dalekie od wirtuozerii to fajnie wypływają na pierwszy plan raz po raz nadając fajnego, nonszalanckiego smaczku dla całości. Effigies Of Obsolescence” to kapitalny debiut, pełen energii, werwy, z przekonaniem powielający deathmetalową klasykę na współczesne realia gatunku. Oczywiśce ta płyta niczego nie zmienia, ani niczego nowego nie wnosi, ale serce rośnie, gdy po raz wtóry dane jest słyszeć, że młode chłopaki kumają o co w death metalu chodzi i nagrywają swoją muzykę z ogromną wiarą i przekonaniem, że to co robią jest dobre. I tak jest tutaj. Chaotian dostarczył absolutnie wszystko czego od współczesnej, deathmetalowej płyty należałoby się spodziewać. Bardzo mocny materiał, jeden z lepszych na tym poletku w tym roku, zdecydowanie polecam!

                                                                                                                                             Harlequin

Recenzja AU CLAIR DE LUNE „Au Clair de Lune” / „Diaphanous Deities”

 

AU CLAIR DE LUNE

„Au Clair de Lune”

„Diaphanous Deities”

Northern Silence Productions 2022

 



Teraz będzie trochę nietypowo, gdyż za jedną mańką napiszę o dwóch wydawnictwach, które ukazały się w lutym 2022 pod sztandarami Northern Silence Productions. Postanowiłem tak zrobić co najmniej z kilku powodów. Po pierwsze, primo oba materiały nagrał ten sam zespół, czyli włoski Au Clair de Lune. Po drugie, primo wydaje je ten sam label. Po trzecie, primo premiera obu wydawnictw miała miejsce dokładnie w tym samym dniu (11.02.2022) i wreszcie po czwarte, primo, i to chyba sprawa najważniejsza, muzyka, jaka znalazła się na „Au Clair…” niewiele różni się od tej zawartej na „Diaphanous…”. Może inaczej. Pewne, drobne różnice występują, ale jedynie na poziomie detali i w zasadzie są one mało znaczące, żeby nie powiedzieć nawet, że nieistotne. Dobra, przejdźmy zatem teraz do dźwięków, jakie znalazły się na tych krążkach. To, co tworzy persona ukrywająca się za nazwą Au Clair de Lune (projekt to bowiem jednoosobowy), znajduje się gdzieś na przecięciu Atmospheric Post-Black Metalu z Blackgaze. Cóż, dla mnie to takie rzadkie z gęstym podlane przeciętnym i myślę, że nawet zwolennicy tych gatunków (do których się nie zaliczam) zgodzą się ze mną, że w tej klasie ostatnio ukazało się wiele lepszych materiałów, a to, co zaprezentował ten makaroniarz na swych płytkach, ponad szarą rzetelność się nie wychyla. Wiosło stara się co prawda coś tam wyrzeźbić i chwilami robi to naprawdę całkiem do rzeczy. Te solidne, niezłe partie nie mają jednak wystarczająco siły, aby przebić się przez wszechobecne, cienkie jak dupa węża pitolenie. Na sekcję rytmiczną spuszczę zasłonę milczenia, bowiem niby ona jest, ale tak, jakby jej nie było. Automat brzmi, jakby ktoś rzucał kaszą gryczaną w blok techniczny, bas jest praktycznie niesłyszalny, a szkoda, bo gdy już dojdzie do głosu (co jest zjawiskiem niezwykle rzadkim), to słychać, że ma coś do powiedzenia. Wokale szału może nie robią, ale dobrze wpisują się w ogólny koncept muzyki Au Clair de Lune. Dużo tu natomiast wszelakich odgłosów natury. Szumią drzewa, wieją wiatry, śpiewają ptaszory, pluska strumyczek. Brakuje jeszcze do kompletu śpiewu waleni, godowych ryków łosi i odgłosów kopulacji lwów morskich. Ogólnie rzecz biorąc, jakiś zamysł i klimat w tej muzyce jest, tyle że ja tego zamysłu nie mogę pojąć, a romantyczno-relaksacyjna atmosfera tych nagrań dla wszystkich niekochanych ni chuja mnie nie rusza. Wspominałem na wstępie o pewnych, drobniuteńkich, praktycznie nic nieznaczących różnicach pomiędzy tymi płytkami. Otóż na  „Diaphanous Deities” twórca nabrał nieco więcej pewności siebie, linie gitar są ciekawsze i nieco grubsze, oraz pojawiło się więcej soczystych, melancholijnych melodii. Cóż z tego, skoro sekcja nadal brzmi, jak gówno, a i reszta pozostała na swoim, przeciętnym, mało wyrazistym poziomie. Wydawnictwa przeznaczone zdecydowanym ruchem ręki dla najbardziej zagorzałych fanów atmosferycznego Post-Black Metalu pomieszanego z Blackgaze. Inni, o ile nie mają kłopotów ze słuchem, po prostu tych dźwięków nie zdzierżą, bądź podobnie jak ja, przesłuchają te płytki ze dwa, trzy razy, po czym bez większych skrupułów wypierdolą je w pizdu.

 

Hatzamoth

poniedziałek, 23 maja 2022

Recenzja / A review of Blut Aus Nord “Disharmonium - Undreamable Abysses”

 - FOR ENGLISH SCROLL DOWN -


Blut Aus Nord

“Disharmonium - Undreamable Abysses”

Debemur Morti 2022


Blut Aus Nord po raz czternasty. Sylwetki Francuzów przedstawiać chyba nie trzeba, gdyż ciężko szukać na scenie bardziej rozpoznawalnego i zasłużonego dla dysonansowego black metalu zespołu. Można bez kozery powiedzieć, że dla tej bardziej nowoczesnej wersji gatunku są oni tym, czym Darkthrone dla klasycznej drugiej fali. Zatem od razu do brzegu. Pytanie zasadnicze – czy czternasty krążek tego projektu może nadal zaskakiwać a jednocześnie podążać obranym dawno temu kursem? Odpowiedź w przypadku „Disharmonium – Undreamable Abysses” jest jedna: „oczy-kurwa-wiście”! Te czterdzieści sześć minut podzielonych na siedem kompozycji ciężko nawet nazwać muzyką. To chorobowy stan umysłu. Pełen obłąkanych wizji, niepokojących majaków… Blut Aus Nord niby za pomocą klasycznych dla siebie środków potrafią zbudować tak niesamowicie przytłaczający, nierealny klimat, że jego opisanie zdaje się zadaniem awykonalnym. To, w jaki sposób dźwiękowe obrazy malowane są tu przeplatającymi się, falującymi narkotycznie ścieżkami gitar, jak konsekwentnie utrzymywany jest nastrój napięcia i niepewności, jak genialnie wplatane są wszechobecne smaczki, to jest mistrzostwo świata. Ta muzyka jest tak bogata, że przewijającymi się przez nią pomysłami można by obdarować przynajmniej kilka innych albumów. Płynie ona zazwyczaj niespiesznie i miesza w głowie niczym Baba Jaga w swoim parującym kotle, zatruwa umysł i zniewala ciało. A za sposób w jaki użyte są na tym albumie wokale sam Szatan bije w piekle brawo. Pojawiające się w tle szepty, śpiewy, pomruki czy kobiece zawodzenia sprowadzają całość w kompletnie inny wymiar, gdzie jawa miesza się ze snem a pojęcie czasu nie istnieje. Jeśli miałbym odnieść się do któregoś z poprzednich wydawnictw Blut Aus Nord, to w pierwszej chwili przychodzą mi na myśl skojarzenia z trylogią 777, choć o wiele bardziej pokręconą i urozmaiconą. Słucham tego albumu już –nasty raz i nadal znajduję na nim coś, co wcześniej przeoczyłem. Wiem, że w przypadku Blut Aus Nord będą to mocne słowa, ale uważam, że „Disharmonium – Undreamable Abysses” to jedna z ich najlepszych płyt, i mam na myśli ścisły top. Panowie nie po raz pierwszy udowadniają, że nauczyciel może być tylko jeden i bynajmniej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nagraj mi, kurwa, w tym roku lepszy album w gatunku, to zmienię dożywotnio nicka na „mysoulbelongstojesus”. I pisząc to jestem jakoś wyjątkowo spokojny…

- jesusatan

 

 

Blut Aus Nord

"Disharmonium - Undreamable Abysses"

Debemur Morti 2022

 

Blut Aus Nord album number fourteen. The profiles of the French doesn’t need presentation, as it’s hard to find a more recognizable and well-deserved band on dissonant black metal stage. It's fair to say that to this more modern version of the genre they are what Darkthrone is to the classic second wave. So let’s get right to the point. The main question is: can the fourteenth album of this project still surprise and at the same time follow the course chosen a long time ago? The answer with "Disharmonium - Undreamable Abysses" can be only one: "of-fucking-course"! These forty-six minutes, divided into seven compositions, are even hard to call it music. It's a morbid state of mind. Full of insane visions, disturbing dreams ... Blut Aus Nord, using their classic means, can build such an incredibly overwhelming, unreal atmosphere that describing it seems an impossible task. How the sound images are painted here with interwoven, narcotic guitars tracks, how the mood of tension and uncertainty is consistently maintained, how the omnipresent details are brilliantly interwoven is the world championship. This music is so rich that with the ideas appearing in it at least a few other albums could be gifted. It usually flows slowly and messes with your head like the besom in her steaming cauldron, poisons the mind and enslaves the body. And for the way the vocals are used on this album, Satan himself applauds in hell. The whispers, chants, murmurs or female wailings appearing in the background bring the whole thing into a completely different dimension, where reality twists itself with dreams and the concept of time doesn’t exist. If I were to refer to any of the previous Blut Aus Nord releases, at first I think of associations with the 777 trilogy, but even much more twisted and varied. I've been listening to this album for like fifteenth time, and I still find something on it that I had missed before. I know that in the case of Blut Aus Nord my words may sound strong, but I think that "Disharmonium - Undreamable Abysses" is one of their best albums, and I mean strict top. It is not the first time that the gentlemen prove that there can be only one teacher and he hasn’t said the last word yet. Record me a fucking better album in the genre this year and I'll change my nickname to "mysoulbelongstojesus". And as I’m writing it, I am somehow extremely calm ...

- jesusatan

Recenzja FINSMOONTH „Affliction”

 

FINSMOONTH

„Affliction”

Northern Silence Productions 2022


Indonezja pod względem muzycznym kojarzyła mi się praktycznie od zawsze (zapewne  podobnie, jak i większości z Was) ze sceną Brutal Death Metal i zaiste scena to potężna, która co rusz wypluwa na świat kolejne, miażdżące zespoły. Ostatnimi jednak czasy metalowa optyka, że się tak mądrze wyrażę, zaczyna się tam nieco zmieniać i powstaje coraz więcej zespołów, które starają się eksplorować także inne gatunki ciężkiej muzy. Doskonałym na to przykładem jest kwintet Finsmoonth, który w tym roku zadebiutował swym pierwszym pełniakiem, otoczonym opieką  i czułością przez Northern Silence Productions. Jak się już zapewne domyślacie, widząc choćby, jaka wytwórnia firmuje ten materiał, mamy tu do czynienia z Black Metalem (i to dobrym), w swej klimatycznej odmianie. Naprawdę ciekawie panowie rzeźbią w tej materii. Od zawartej tu muzy wieje chłodem, całość posiada melancholijny, chwilami kontemplacyjny klimat, a wydźwięk poszczególnych wałków jest bez dwóch zdań niewesoły. Chmurne, tęskne pejzaże dźwiękowe przeplatane są jednak na tym krążku agresywnym, jadowitym dojebaniem do kotła, jak i elementami umiejętnie zaczerpniętymi ze stylistyki Post-Black Metalowej, dzięki czemu „Affliction” nie jest kolejnym, smutnym męczeniem wafla, a ciekawym, zróżnicowanym albumem, który ma sporo do zaoferowania. Oczywiście, najwięcej znajdą tu dla siebie maniacy czarnej polewki, co raczej specjalnie dziwić nie powinno. Piątka z Dżakarty ładnie posklejała bowiem ze sobą wszystkie, niezbędne  składniki, w efekcie czego powstał dobry, konkretny, intensywny krążek, który wysłuchałem ze sporą dozą przyjemności. Po mojemu, największą robotę robią tu wiosła. Gitarzyści dosyć gęstym ściegiem szyją gobelin utkany ze stosunkowo melodyjnych, atmosferycznych, ale i nacechowanych surowością riffów. Klimatu w ich grze, na morgi i hektary, ale gdy trzeba, to i złowrogo przypierdolić także potrafią. Chłopaki wiosłują doprawdy zawodowo, a że warsztat mają bardzo dobry, toteż nie boją się wychylić od czasu, do czasu poza gatunkowe ramy i brzmienia, a przy tym ich gra jest organiczna, harmonijna i cieszy ucho. Sekcja rytmiczna także jest na poziomie i nie ustępuje w niczym liniom gitar. Zarówno beczki, jak i bas potrafią zagrać kreatywnie, dając tej płycie odpowiednie doły i zapewniając niezgorszą moc. Rasowy scream uzupełnia tę układankę, a delikatna, ledwie w nim wyczuwalna, depresyjna nuta rozpaczy sprawia, żechwilami można poczuć się, delikatnie rzecz ujmując, niekomfortowo. Miksem, masteringiem i częściowo też produkcją tego materiału zajął się Januaryo Hardy (Pure Wrath), więc brzmienie „Affliction” jest agresywne i szorstkie. Ryo zatroszczył się jednak także i o to, aby każdy z instrumentów miał wystarczająco dużo przestrzeni, by swobodnie się w niej poruszać. Nie da się ukryć, że to kolejny, dobry materiał z klimatycznym Black Metalem, jaki dociera do nas ostatnimi czasy z Indonezji. Fani tego gatunku powinni niewątpliwie bacznie obserwować tamtejszą scenę, gdyż zapewne spłodzi ona jeszcze w tym roku niejeden dobry album z atmosferycznym, Czarcim graniem. A zatem moje drogie Diabły, Indonezja pod lupę.

 

Hatzamoth

Recenzja Lunar Chalice „Trascendentia: The Shadow Pilgrimage”

 

Lunar Chalice

„Trascendentia: The Shadow Pilgrimage”

Iron Bonehead 2022

„Księżycowy Kielich” jest dość niedawno powstałym tworem, bo datującym na rok 2019. Ma za to już na swoim koncie kilka nagrań w postaci dema i dwóch epek. Tworzą go panowie dość znani na niemieckiej scenie, gdyż poza Lunar Chalice, udzielają się, bądź udzielali, w wielu innych teutońskich kapelach. Niebawem, ponieważ już w czerwcu, światło ujrzy ich debiutancki krążek. „Trascendentia: The Shadow Pilgrimage” to osiem numerów utrzymanych w black metalowym tonie. Po krótkim i całkiem mrocznym intro wchodzą czyściuteńko brzmiące gitary, które przez całą płytę generować będą mieszankę wolnych, średnich oraz szybkich temp. Poza przejściami jednego riffu w drugi, dźwięki płyną jednostajnie, hipnotyzując nieco, a pojawiające się od czasu do czasu tremolo, wzbudza delikatny powiew chłodu. Pojawiające się, gdzieniegdzie syntezatory nadają podniosłego i wręcz sakralnego charakteru. Klimat ten wzmacniają dodatkowo mieszające się z diabelskim charkotem, czyste wokale, przypominające mnisze zaśpiewy. Podsumowując, dzięki najnowszej produkcji Niemców dostajemy kontynuację tego, co rozpoczęli na poprzednich wydawnictwach, czyli współczesny black metal, będący kombinacją tradycyjnego czarciego muzykowania z nowoczesnymi wpływami, z którego niestety nie wynika nic. Jest do bólu zwyczajnie, przewidywalnie i najzwyczajniej nudno. Zero agresji, zamiast zimy lato, a wspomniany modlitewny sznyt jakby sztuczny. Żałuję, ale jestem zmuszony zaliczyć Lunar Chalice do drugiej, a może nawet trzeciej ligi, która to nie dosyć, że nic nadzwyczajnego nie wnosi do gatunku, to na domiar złego jest tak przeciętna, że aż mdli. Zapoznać się i zapomnieć. Tyle w temacie.

shub niggurath