niedziela, 2 października 2022

A review of Oxalate „Infatuating Sickness”

 

Oxalate

"Infatuating Sickness"

Dawnbreed Rec. 2022

This material is already equal to three years old, but I had the opportunity to get acquainted with it relatively recently, thanks to a cassette reissue under Dawnbreed Records flag. However, it's worth looking back sometimes, because even though "Infatuating Sickness" is only eleven minutes long, it's very worthwhile stuff. The band comes from the States and is by no means one of the exceptionally hard-working ones. This is evidenced by the fact that in addition to the EP in question, they have only recorded a “single” (call me old-fashioned, but I still haven't convinced myself to label single, only digitally released tracks, as an official release in the discography) and a split, for which they recorded one song. And it's a shame, because the content of "Infatuating Sickness" sounds very promising. The gentlemen play death metal. Massive, based on heavy riffs and frequent tempo changes. I don't mean that they juggle moods or play with technical convolutions, rather they very skillfully diversify their compositions, still keeping the spirit of the nineties in them above all. The opener of the whole, "Unwholesome Revelation," can be quite associated with New York's Suffocation, not only because of the structure of the guitar lines, but also quite similar to Frank's vocal manner and the timbre of the singer's voice. In other compositions we'll hear some shy echoes of Morbid Angel... It's the national traditions that most clearly shine through in all four Oxalate songs, and you can hear that the gentlemen didn't go truant at school. They can crush you with a powerful chord, only to speed up a bit in a moment or go into a strongly rhythmic passage, which makes you want to bang your head. You can hear that their instruments have been in their hands for a long time and their technical skills are at a high level. As a result, their recordings are a pleasure to listen to, and for some a red light of sentiment to their youth may go on in their heads. For not only are these recordings indeed at a high level, sounding like in the good old days, but the fact that they are released on cassette, a medium I personally grew up with, makes you suddenly feel as if you were younger. At least for a moment. But, as the classic sang, “there are only moments in life that are beautiful”. So it is probably worth reaching for this EP.

- jesusatan

Recenzja CHAOS INVOCATION „Devil, Stone& Man”

 

CHAOS INVOCATION

„Devil, Stone& Man”

World Terror Committee 2022

Nie wiem, czy czwarty album niemieckiego chorda Chaos Invocation będzie materiałem przełomowym, lub jak kto woli punktem zwrotnym w ich karierze, ale nie można zaprzeczyć, że to krążek w swej klasie naprawdę dobry. Jak na moje ucho, jest on logiczną kontynuacją swego poprzednika „Reaping Season, Bloodshed Beyond”. Nie naruszając gatunkowych wytycznych, prezentuje szeroki wachlarz zła, więc fanom czarcich dźwięków przypadnie do gustu jak amen w pacierzu. Nienawiści i przemocy tu naprawdę sporo, a i chwile na duszpasterskie rozważania i modlitewne tekstury także się tu znajdują. W większości przypadków dominuje jednak rasowa, skandynawska, głównie szwedzka szkoła diabelszczyzny oparta na zaciekłych, precyzyjnych bębnach (gra Omegi to naprawdę najwyższy poziom, zresztą czego spodziewać się po weteranie tego kalibru?), ofensywnym, gwałtownym basie o chropowatych krawędziach, jadowitych, zimnych riffach i tnących jak brzytew solówkach. Całości dopełnia zawodowy, ponury scream, który działa jak spoiwo warstwy instrumentalnej, a jednocześnie podkręca okultystyczno-diaboliczny feeling tej płytki. Znajdziemy także na tej produkcji niewielkie ilości popapranych, ozdobnych dysonansów, które delikatnie wbijają się w tę czarną materię, jak i niemałe (a w niektórych wałkach nawet obfite) ilości bardziej melodyjnych najazdów. Nie przeszkadza mi to jednak jakoś szczególnie w całościowym odbiorze tej płytki, gdyż owe melodyjne elementy pełzają i wiją się dysharmonijnie pośród szorstkich i twardych rytmów, a poza tym same w sobie posiadają moc i nierzadko eksplodują niczym złowroga fontanna mroku. Co bardziej dociekliwi usłyszą także, że chwilami to utkane z ciemności płótno wzbogaca też delikatny Thrash i Heavy Metalowy dotyk. Intensywny, siarczysty i bardziej zróżnicowany to album, niż się początkowo wydaje. W umiejętny sposób połączono tu wściekły, sataniczny rozpierdol w duchu Valkyrja, Ondskapt, czy Ofermod (czego przykładem może być choćby „Strike of the Dominator’s Fist”) z wibracjami charakterystycznymi dla płyt Dissection i Watain („Diabolical Hammer”), a nieco bardziej awangardowe struktury, jakie napotkać możemy dla przykładu w „Odonata Fields”, w naturalny sposób mogą skojarzyć się z twórczością Aosoth, czy w nieco mniejszym stopniu z Deathspell Omega. Cała płyta jest przy tym zwarta, spójna i w żaden sposób się nie rozwarstwia. Nie próbuję Wam tu wmówić, że „Devil, Stone& Man” to coś wybitnego. Nie tędy droga. Czwóreczka Inwokacji Chaosu to dobry/bardzo dobry* (*niepotrzebne skreślić) ochłap Black Metalu granego ku chwale Rogatego i całej rodziny jego. I mnie to pasuje.

 

Hatzamoth

Recenzja D.R.E.P. Promo 2022

 

D.R.E.P.

Promo 2022

Nomad Snakepit Productions 2022

Próżno szukać jakichś bliższych informacji o tej holenderskiej kapeli. Wiadomo tylko tyle, że powstała w 2000 roku i krótko po tym miał się ukazać jej split z Fluisterwoud. Jednak do tego nie doszło, a zarchiwizowany materiał odkopał Nomad Snakepid i oto można się z nim zapoznać. Na razie wydany został tylko na taśmie w limitowanej ilości. Według notki informacyjnej od wytwórni, ma to być jedynie preludium do tego co ukaże się w przyszłości. Po tym co usłyszałem na tym demosie, składającym się z dwóch kawałków, trwających niecałe siedem minut, mam ochotę na więcej. Swego czasu D.R.E.P. miał być podobno niderlandzką odpowiedzią na dokonania Mysticum, ale powoli. Co prawda podczas tworzenia muzyki zawartej na tym promosie, użyto automatu perkusyjnego, lecz w porównaniu z wyżej wymienionymi Norwegami, wydźwięk D.R.E.P. jest dużo mniej industrialny. Charakter akordów jest raczej bardziej tradycyjny i mocno zbliżony do tego jakim niegdyś odznaczało się riffowanie w kolebce drugiej fali black metalu. Oczywiście „fabryczne” naleciałości są wyczuwalne, ale mechaniczność produkcji wynika tutaj ze specyficznego brzmienia, a nie z zimnego założenia. Tak jest w przypadku pierwszego utworu. Jeżeli chodzi o drugą piosenkę sprawa ma się zgoła inaczej. W „Mensendamp” produkcyjne oblicze tego tercetu jest bardziej wyraźne. Jednostajna motoryczność jak w maszynie rzuca się od razu na uszy, a precyzyjna powtarzalność poraża swym lodowatym antyhumanizmem. Całe szczęście, że ten produkt ujrzał światło dzienne, ponieważ jest bardzo dobry, a jego ciężkość i znaczenie dla tego typu muzyki znaczne. To właśnie kiedyś była prawdziwa alternatywa dla black metalu. Niby coś nowoczesnego, ale niepozbawionego odpowiedniej osobowości jak większość dzisiejszego tego całego „postu”. Skoro to ma być dopiero początek, to jestem za. Nie ma to jak współczesne piekło, w którym temperaturę robi martenowski piec, a nie stawiał go tatuś Markowskiego tylko sam diabeł.  Na kolejne wydawnictwo czekam z utęsknieniem, a z tym polecam się zaznajomić.

shub niggurath

sobota, 1 października 2022

Recenzja Culto Negro “La Noche Oscura Del Alma”

 

Culto Negro

“La Noche Oscura Del Alma”

Godz ov War / Mythrone Prom. 2022

Jesteście ciekawi jak się ma Czarny Kult w Kostaryce? No to proszę bardzo. Po bardzo prawionej ścieżce rozwoju, czytaj – odfajkowaniu zarówno taśmy demo, jak i splitu oraz EP-ki, Culto Negro debiutuje właśnie w pełnym wymiarze pod flagą Godz ov War. Wiadomość ta powinna u każdego maniaka grania z tamtego zakątka globu spowodować natychmiastowy, niekontrolowany ślinotok, bardzo słusznie zresztą. „La Nocha Oscura Del Alma” to prawie czterdzieści minut czarnego speed/thrash metalu na najwyższym poziomie. Mnie w zasadzie do tej pozycji przekonują dwa elementy. Po pierwsze, twórczość tych doświadczonych już przecież muzyków, maczających swoje paluchy także w Corpse Garden i innych pomniejszych projektach, to w tym przypadku klasyczne do bólu granie, pełne oldskulowych naleciałości, niewyłamujące się z utartych struktur, w których pierwszą rolę odgrywają rozpędzone gitarowe harmonie. W tym temacie dzieje się sporo i nie ma tutaj bezcelowych wypełniaczy czy akordów na przeczekanie. Cały czas jest mocno do przodu, ale i też bez przesadnego szarżowania. Bardziej liczą się zadziorność i wylewający się z muzyki gniew niż bicie jakichś rekordów ekstremy. Oczywiście sekcja rytmiczna również odpierdala niezłą robotę a ścieżki wystukiwane przez Vörago nie ograniczają się jedynie do prostego d-beatu, choć i punkowych rytmów tu nie brakuje. Wokalizy z kolei oscylują gdzieś na granicy ostrego śpiewu i wyższych rejestrów growla, opowiadając swoje historie na tematy okultystyczne w języku hiszpańskim. No kurwa, nic tylko podkręcić volume i napierdalać łbem. Tym bardziej, że spokojnie przy tej płycie siedzieć będzie chyba tylko katatonik. No dobra, a ten drugi argument za? Brzmienie, proszę państwa. Jak tu wszystko pięknie gra i cyka, absolutnie selektywnie a jednocześnie z tym charakterystycznym dla lat osiemdziesiątych brudem poprodukcyjnym. Czują kolesie muzykę dekad dawno minionych i słychać, że doskonale potrafią się nią bawić. Bo o to chyba w tej muzyce chodzi. Ona nie ma być oryginalna, ma dawać radość. Zwłaszcza, zdaje mi się, siwiejącym już niejednokrotnie starszym tetrykom, coraz częściej narzekającym na współczesną scenę. No przy „La Nocha Oscura Del Alma” to sobie nie ponarzekają, bo absolutnie nie ma na co. Na koniec dodam jeszcze z obowiązku, że album zamyka cover argentyńskiej Hermetica, idealnie pasujący do całości. Dobra, to wy sobie to sprawdzajcie, a ja idę popląsać.

- jesusatan

Recenzja AMON ACID „Demon Rider”

 

AMON ACID

„Demon Rider” (7’’Ep)

Helter Skelter Productions 2022

Czekałem na nową produkcję Amon Acid, gdyż ich poprzedni pełniak zatytułowany „Paradigm Shift” przeczołgał mnie wyjątkowo konkretnie. Czekałem, no i się doczekałem, szkoda tylko, że to jedynie dwu utworowa siódemka, ale cóż, lepszy taki wróbel w garści (choć krótki), niż gówno na dachu. Jeżeli zaś chodzi o muzykę, jaką tu zastaniemy, to jest to w prostej, niczym świński ogon linii kontynuacja twórczości, jaka sponiewierała mnie na ich ostatnim longu. Ponownie więc wgniata nas w podłoże ciężki, psychodeliczny Doom Metal doprawiony sowicie różnorakimi, psychoaktywnymi specyfikami. Tłuste, gęste, wyciągnięte Diabłu spod ogona riffy wibrują spiralnie, okrutnie tyrając łeb, ciężka, soczysta sekcja z opasłym basem przetacza się po słuchaczu niczym monstrualny walec, natomiast hipnotyczne, zanurzone w mroku wokale sprawiają, że dźwięki te otacza lepki całun utkany z ciemności. Wybitnie transowa to muza i można w jej towarzystwie odlecieć w zdecydowanie odmienne stany świadomości (i to bez wyszukanych wspomagaczy). Tym razem jedynie na 8 minut, ale zawsze. Wielu zapewne powie, że to nic wybitnego i będą po części mieli rację. Tylko po części, bo choć to granie oparte wyraźnie na kwaśnej klasyce, to jednak ten kwas trzeba umieć zinterpretować i podać w taki sposób, aby miażdżył i nie był tylko daniem odgrzanym w mikrofali, a wierzcie mi, Amon Acid to potrafią, a ich dźwięki u niejednego poważnie zaburzą poczucie wewnętrznego komfortu i wepchną wprost w paszczę szaleństwa. Szkoda tylko, że tu tak mało muzy, bo jest ona po prostu wyśmienita. No nic, podobno lepszy niedosyt, niż nadmiar. Czekam więc na kolejne wydawnictwo tego brytyjskiego duetu (mam nadzieję, że będzie to tym razem pełny album), a tymczasem zarzucam ponownie „Demon Rider” i pogrążając się w halucynogennej ciemności, chłonę chwilę.

 

Hatzamoth

Recenzja Nagel „Hel Op Aarde”

 

Nagel

„Hel Op Aarde”

Nomad Snakepit Productions 2022

Co jakiś czas muzycy z kraju, gdzie tulipany rosną i wiatraki mają się dobrze, udowadniają, że black metal grać potrafią. Wystarczy chociażby posłuchać Standvast i nie tylko aby się o tym przekonać. Tym razem na tapecie mamy młody twór, bo powstały zaledwie dwa lata temu w Holandii. W skład tego bandu wchodzą artyści, którzy udzielali się między innymi w takich grupach jak Wederganger i Bezwering. W roku obecnym fani „diabelskiej roboty” będą mogli zapoznać się z ich debiutancką epką, która w sumie miała już swoją premierę kilka miesięcy temu, ale teraz ukaże się na winylu. „Hel Op Aarde” to piętnaście minut muzyki, niosącej ze sobą nienawiść, wściekłość oraz przejmujące zimno. Charakterystyka tej produkcji to szybkie tempo, brud i dość znaczna ostrość. Riffy zapierdalają z prędkością zimowej zamieci gdzieś na kole podbiegunowym przy akompaniamencie wycofanej z lekka sekcji rytmicznej. Wysoko nastrojone gitary wygrywają intensywne akordy, które delikatnie wpadają w fińską melodyjność. Jednak o dziwo ta w gruncie rzeczy nienachalna melodyka nie razi tak bardzo jak w przypadku wspomnianej. Wręcz przeciwnie, nadaje agresywności, a swoją zadzierżystością zmiata ze swojej drogi wszelkie wątpliwości, o co twórcom zapewne chodziło. To zdecydowany manifest przeciwko wszystkiemu co uchodzi za piękne i dobre. Tą satanistyczną zawieruchę wzmacnia dodatkowo wokalista, którego niesamowicie kąśliwe wrzaski, stawiają kropkę nad i. Ten nienawistny kwadrans składa się z sześciu utworów, a najdłuższy ma trzy minuty i tyle samo sekund. Tak jak gwałtownie się zaczyna, to tak właśnie wartko się kończy. Iście rączy black metal okraszony melodią zaserwowali ci Holendrzy. Kurczę, jeśli kiedyś znowu spodoba mi się takie muzykowanie będę musiał udać się chyba do psychiatry. Obawiam się tylko, że łatwość odbioru będzie się łączyć z dość nagłym znudzeniem. Niech tam! Na razie sobie słucham i polecam.

shub niggurath

Recenzja Hibernus Mortis „The Monoliths Of Cursed Slumber”

 

Hibernus Mortis

„The Monoliths Of Cursed Slumber”

Blood Harvest Records (2022)

Mam wrażenie, że jestem jednym z tych niewielu ludzi, którzy na nazwę Hibernus Mortis w ogóle się natknęli. Ich debiutancki krążek „The Existing Realms Of Perpetual Sorrow” wydany przed 20 laty (a nagrany chyba nawet pod koniec lat 90-ych) był nawet kiedyś na mojej zakupowej liście życzeń, ale jakoś przez lata nie widziałem tego ani na discogs ani na żadnych aukcjach i gdyby nie zdjęcia na wspomnianym wcześniej serwisie zakupowym mógłbym przysiąc, że jest to płyta widmo. Niemniej, krążące po Youtubie stare numery zdradzały, że dawniej była to załoga, która mogła zdrowo namieszać w deathmetalowym podziemiu. Usłyszawszy wiadomość, że Hibernus Mortis dość nieoczekiwanie wydaje drugi krążek mocno mnie elektryzowała, bo – czego by nie mówić o powrotach starych załóg – kapele z deathmetalowego podziemia przeważnie są dość wierne tradycji. Niestety tym razem się przeliczyłem, a moje oczekiwana zostały wyśmiane wraz z każdym następującym po sobie dźwiękiem „The Monoliths...”. Po premierowym odsłuchu zostały mi w głowie dwie rzeczy – kompletny brak pomysłu i tona najebanego pogłosu na wokal. Drugi odsłuch utwierdził mnie w tym przekonaniu, że to wydawnictwo to w zasadzie prominentny wokal z najebanym pogłosem i jednostajna jałowa mielonka pozbawiona ognia, mocy i dynamiki. Na tym materiale nie ma absolutnie NICZEGO, co by było warto nadmienienia i dla którego warto by było sięgnąć po to wydawnictwo. Tutaj nie ma nawet możliwości, żeby dorobić ideologie do takiego stanu rzeczy. Ta płyta nie wpasowuje się ani we współczesne standardy zagruzowywania death metalu, ani nie robi ukłonu w przeszłość. Echa Deicide i Incantation znane z nagrać sprzed 20 lat ulotniły się, jest tu tylko półgodzinne echo źle wyprodukowanej i skomponowanej muzyki.

 

                                                                                                                                             Harlequin