sobota, 17 lipca 2021

Recenzja Grieving "Songs for the Weary"

 

Grieving

"Songs for the Weary"

Godz Ov War 2021


Nigdy nie byłem przesadnym fanem klasycznego doom metal. W zasadzie na palcach obu rąk mógłbym policzyć zespoły z tego gatunku które wbiły mi się głębiej w pamięć. Dlatego też wrzucając na ruszt nasz krajowy Grieving nie oczekiwałem kompletnie niczego. Albo nawet inaczej – chciałem to szybko odsłuchać dla świętego spokoju i odstawić na bok. I oto nagle zostałem rzucony ryjem o glebę już w otwierającym album "Crippled by the Weight of Powerlessness". To, co zmajstrowali na debiutanckim krążku panowie znani choćby z Mentor czy Gruzja (bo nie mamy w tym przypadku absolutnie do czynienia z nowicjuszami), to jest bez cienia wątpliwości poziom światowy. Co zatem musi mieć w sobie doom metalowy album, a co ma w sobie "Songs for the Weary", żeby mnie tak zachwycił? Przede wszystkim odpowiedni ciężar. Ten przejawia się tu nie tylko w bardzo masywnym choć przejrzystym, przybrudzonym odrobinę stonerowym tonem brzmieniu, ale także w gitarowych akordach przynoszących na myśl choćby takie nazwy jak Cathedral, Candlemass czy Saint Vitus. Musi mieć niebanalne i wciągające melodie. Takich na tym niespełna półgodzinnym wydawnictwie znajdziemy pod dostatkiem. A każda następna momentalnie wchodzi pod czaszkę. No, musi też być głos jak dzwon, koniecznie! I tak się składa, że Wojtek Kałuża takowym dysponuje, a jego maniera chwilami mocno kojarzy mi się z wielbionym przeze mnie Robertem Lowe, mimo iż operuje nie do końca taką samą tonacją. Najważniejsze, że nie ma tu typowego, kastrackiego wycia, tylko czysty jak łza śpiew. Idąc dalej... Nie powinno zabraknąć pewnego pierwiastka oryginalności. No, z tym to może być już gorzej, bowiem przez dziesięciolecia rzeczony gatunek został już chyba wyeksploatowany do granic możliwości. Mimo to Grieving nie starają się jedynie bezczelnie kopiować klasycznych wzorców a jedynie czerpać z nimi garściami i budować własny zamek na piasku. Co zatem otrzymujemy z układanki pod tytułem "Songs for the Weary"? Niebanalny i niesamowicie wciągający materiał, który czaruje i bardzo szybko zapada w pamięć, towarzysząc nam w głowie, czy tego chcemy, czy nie. Cały album utrzymany jest na bardzo wysokim poziomie i naprawdę ciężko byłoby mi wyróżnić jakikolwiek konkretny utwór. Zaskoczył mnie ten krążek, bo wbrew oczekiwaniom jest cholernie dobry. Na tyle, że byłbym w stanie śmiało ustawić go na półce obok wspomnianych wcześniej tytanów gatunku. No cóż, grać coś, co zostało już tysiąc razy zagrane też trzeba umieć, a chłopakom wychodzi to nad wyraz udanie. Wspomniałem, że klasyczny doom to nie mój konik, ale gdy słucham takich nagrań jak te, to żałuję, iż nie spotykam więcej podobnych na swojej drodze. Ode mnie dla zespołu oklaski na stojąco.

- jesusatan

Recenzja ZARATUS „In the Days of Whore”

 

ZARATUS

„In the Days of Whore”

Ván Records 2021

Gdy tylko przeczytałem, jacy muzycy stoją za tym projektem, rzuciłem się na tę płytkę, niczym hiena na soczystą padlinę. Grecki odłam Czarciego Metalu od zawsze bowiem był bliski memu sercu, a hordy takie, jak Thou-Art.-Lord, Varathron, Nergal, czy Katavasia każdorazowo swą muzyką trafiały celnie w mój punkt G, dostarczając mi ekstatycznych doznań duchowych. Celowo wymieniłem tu tylko te cztery zespoły, gdyż to właśnie panowie za nie odpowiedzialni tworzą także Zaratus. Debiutancki album grupy zawiera siedem kompozycji, które bez żadnego pierdolenia przypadną do gustu wszystkim, którzy cenią sobie twórczość wymienionych tu powyżej, macierzystych formacji tych dwóch jegomości. Podstawą tego prawie pięćdziesięcio-minutowego albumu jest klasyczny, hellenistyczny Black Metal, jednak nie jest to kolejna, tradycyjna, typowa dla tego gatunku płyta. Na „In the Days of Whore” znajdziemy znacznie więcej różnorakich smaczków, meandrów i mrocznych niuansów, które otaczają ów grecki kręgosłup muzyki Zaratus. W agresywnych, jadowitych riffach czuć sporo Skandynawii, pojawiają się także w tej materii ledwo wyczuwalne dysonanse i towarzyszące im atonalne akordy, oraz czyste, gitarowe pasaże. Sekcja rytmiczna potrafi dojebać siarczyście, by po chwili bardzo płynnie przeskoczyć do niezwykłego schematu rytmicznego i trochę żal, że to automat, bo gdyby były to bębny akustyczne, to ich partie byłyby wyjątkowe. Z drugiej jednak strony perkusja z trupa nadaje tej płycie momentami delikatnie industrialnego wydźwięku kojarzącego się w pewnym stopniu z produkcjami Mysticum. Sporo tu także stosunkowo melodyjnych struktur, zwłaszcza w szybszych fragmentach, ale mimo to ta muza cały czas hipnotyzuje i wciąga, wypływa z niej mrok i agresja oraz sączy się zło. Panowie odważnie i często sięgają też po klawisze, które robią tu doskonałą robotę, podkręcając diaboliczną, nierzadko psychodeliczno-neurotyczną, majestatyczną, okultystyczną aurę tego krążka, a do tego brzmią bardzo naturalnie i organicznie. Podobnie zresztą sprawa się ma ze schizoidalnymi partiami fortepianu, czy bardzo umiejętnie użytym saksofonem o ponurej barwie. Wyśmienicie słucha się tego materiału, z jednej strony greckiego do szpiku kości, a z drugiej eksplorującego i odważnie sięgającego głębiej, w inne rejony, aż do początków sceny Black Metalowej i to niekoniecznie z Hellady. O tym albumie można by rozprawiać długimi godzinami, gdyż z każdym kolejnym odsłuchem można wyłapać jakiś pominięty uprzednio wątek zaplątany w tym gęsto utkanym, mrocznym gobelinie dźwięków. Jak dla mnie wyśmienita rzecz. Czekam na kolejne nagrania Zaratus.


Hatzamoth

piątek, 16 lipca 2021

Recenzja SolarCrypt "Rot in the Multidimensional Sewer"

 

SolarCrypt

"Rot in the Multidimensional Sewer"

Morbid Chapel 2021


Pod koniec roku bezpańskiego 2020 ukazała się nakładem Harmful Existence Productions debiutancka taśma kostarykańskiego projektu SolarCrypt. No i bardzo dobrze, tylko że zapewne niewielu by się o tym dowiedziało i sprawdziło jej zawartość gdyby ktoś nie zdecydował się wydać tych utworów w innym, bardziej popularnym formacie. W tym konkretnym przypadku tym ktosiem jest, wchodząca cała na biało, Morbid Chapel Records, która wśród spadającego zewsząd gówna potrafi wyłowić coś wartego większej atencji. "Rot in the Multidimensional Sewer" to trochę ponad dwadzieścia minut staroszolnego, nieco kwadratowego death metalu. Bez technicznych wygibasów, takiego raczej z grubsza ciosanego lecz dość mocno wpadającego w ucho. Głównie za sprawą melodii mogących kojarzyć się z wyspiarskim klimatem pancernym, zwłaszcza z Benediction. Ale nie tylko. Do brytyjskiej stali SolarCrypt wlewa też nieco szkoły jankeskiej, żeby wymienić podobieństwa choćby do Disma czy Funebrarum. Utwory na tym demo są dość rytmiczne, więc milusio się przy nich kiwa główką i tupie nóżką. Tempa nikt tu nie forsuje, rządzi raczej wyważony aranż i nacisk na masę. Cały materiał jest bardzo równy i trzyma fason od początku do końca. Nadmienić też wypada, że brzmienie Międzywymiarowego Ścieku jest, oczywiście że demówkowe jak ta lala, ale też poniekąd oryginalne. Beczki chodzą nieco kartonowo a strój gitar skręca bardziej w kierunku thrashu. Jednak wszystko jest tu odpowiednio selektywne i przejrzyste. Całość uzupełnia wokal, trochę przesterowany i chwilami brzmiący jakby wydobywał się z rury wydechowej. Elementów zaskakujących tu nie znajdziemy, ale na dobrą sprawę komu to potrzebne... Takie demówki łykam jak dobrze schłodzoną wódeczkę, i kiedy ta zaczyna przyjemnie rozgrzewać od środka, podstawiam kieliszek po dolewkę. Jeśli lubicie klasyczny, prosty death metal z kapką dobrej melodii, to będziecie się przy "Rot in the Multidimensional Sewer" bawić tak samo dobrze jak ja.

- jesusatan

Recenzja SIGNIFICANT POINT „Into the Storm”

 

SIGNIFICANT POINT

„Into the Storm”

Dying Victims Productions 2021


Gdy słuchamy pierwszego, pełnego longa japońskiej grupy młodzieżowej Significant Point, od razu rzuca się na uszy, że ci panowie uwielbiają to, co robią i poświęcają się temu bez reszty. „Into the Storm” to bowiem płytka, którą wypełnia klasyczny, zadziorny, chwytliwy Heavy/Speed Metal zagrany z ogromną pasją i zaangażowaniem. Chłopaki ani przez chwilę nie spuszczają z tonu i praktycznie z każdego, zawartego tu wałka wylewają się tradycyjne, energetyczne, szybujące, ciosane na ostro, melodyjne riffy, strzeliste, dopracowane solówki, galopujące z odpowiednim przytupem bębny, wyrazisty, dudniący solidnie bas i wzorcowe wręcz dla tej stylistyki wokale lawirujące płynnie pomiędzy czystym, mocnym śpiewem, a bardziej agresywnymi, kąśliwymi, drapieżnymi, wojowniczymi wersami. Muzyka, jaka znalazła się na tym albumie czerpie pełnymi garściami ze spuścizny lat 80-tych, a zespół w każdym praktycznie, słyszalnym tu dźwięku podkreśla celowo i wyraźnie fascynację klasycznym metalem z tamtej epoki. W składzie grupy znajduje się jeden aktualny i jeden były muzyk kultowego w Japonii Evil, więc być może stąd bierze się łatwość, z jaką chłopaki poruszają się w obrębie wybranego przez siebie, na wskroś tradycyjnego stylu. Nie trudno zatem usłyszeć na tym materiale inspiracje Agent Steel, Iron Maiden, Judas Priest, Iron Angel, Warlock, czy w mniejszym stopniu Anvil, więc nawet jeżeli tymi naleciałościami zawarte tu wałki nie są przesiąknięte w całości, to w poszczególnych fragmentach dość łatwo można wyczuć ducha wymienionych tu przed chwilą zespołów. Produkcja jest dynamiczna, mocna i ma odpowiedni pazur. Nie zapomniano jednak, że to jest metal, więc ta muza nie jebie formaliną i laboratoryjną sterylnością, jest w niej także odrobina brudnego pyłu, co niewątpliwie dodaje jej ognia. Całościowo bardzo solidnie to żre, gdyż większość materiału oparta jest na ataku dwóch wioseł i korelacjach pomiędzy nimi, choć jedna rzecz na tym albumie troszeczkę mnie drażni. Momentami Japończycy nieco się zapominają bądź mięknie im rura i zapędzają się w zbyt słodkie melodie przypominające lukrowany, mdły Power Metal, co zdecydowanie tępi ostrze tej płyty. Szkoda, gdyż pokazali na „Into…” kilkukrotnie, że potrafią także grać z jajem, werwą i odpowiednim zadziorem. Jeżeli zatem zawodnicy z kraju kwitnącej wiśni pójdą na swej dalszej drodze w stronę korzennego, klasycznie zadziornego, intensywnego Heavy/Speed Metalu, to zapewne ich produkcje będą regularnie gościły pod moimi strzechami, jeżeli jednak wybiorą drogę lateksowego, słodziutkiego Power Metalu rodem z Włoch, to nasza przygoda się zakończy, zanim się rozpoczęła, czyli na napisaniu powyższej recenzji.


Hatzamoth

czwartek, 15 lipca 2021

Recenzja Hexorcist "Evil Reaping Death"

 

Hexorcist

"Evil Reaping Death"

Memento Mori / Unholy Prophecies / Godz Ov War 2021


Zanim zacznę o muzyce, muszę nadmienić, iż dawno nie trafiłem na tak wyśmienitą okładkę, jak ta zdobiąca "Evil Reaping Death". Oczywiście skojarzenia z "Blood Fire Death" są tu nieuniknione, jednak ten obrazek podoba mi się jeszcze bardziej i przede wszystkim doskonale oddaje klimat sonicznej zawartości albumu. Pochodzący z Miami Hexorcist debiutuje pełnym materiałem zawierającym niecałe czterdzieści minut death metalowego wpierdolu. Po krótkim wprowadzeniu od razu dostajemy w twarz Treyową solówką, a potem... Lata osiemdziesiąte wróciły i kłania się w pas "Abominations of Desolation" i tym podobne klimaty. Amerykanie już poprzednim wydawnictwem narobili mi smaka, lecz przyznam z ręką na sercu, że aż tak dobrego materiału się po nich nie spodziewałem. W każdym z dziesięciu utworów częstowani jesteśmy staroszkolnymi akordami, świetnymi partiami solowymi i grobowym wokalem. Hexorcist świetnie sobie radzą zarówno w partiach blastujących, jak i nieco wolniejszych. Poza wyjątkowo dobrymi aranżami gitarowymi zaskakują genialne partie perkusyjne, przy których aż się chce, jak za gnoja, chwycić za pałeczki i ponapierdalać w pufy strojąc groźne miny. Na "Evil Reaping Death" znajdziecie wszystko, co w death metalu najlepsze. Tego krążka słucha się od dechy do dechy z zapartym tchem, a kiedy dobiega on końca nie sposób oprzeć się przed włączeniem go od początku. Jakie tu są riffy, jakie przejścia, jakie genialne rozwiązania, to pampers przecieka. Nie ma natomiast grania na jedno kopyto czy wałkowania w kółko tego samego motywu. Ta muzyka żyje i pulsuje w sposób tak naturalny, że można zwątpić w to, co pokazuje kalendarz. W dodatku materiał ten brzmi jakby został nagrany z trzydzieści lat temu we wiadomym studio na Florydzie. Czyli sto procent organiczności, zero komputera. I jebał to pies, że Hexorcist nie wnoszą niczego nowego do gatunku skoro w sposób wybitny oddają swoją muzyką ducha złotej ery śmierć metalu. Śmierć metalu mającego w sobie jeszcze wyczuwalne thrashowe naleciałości, jakże charakterystyczne dla okresu, kiedy z jednego gatunku wykluwał się drugi. Wspomniałem wcześniej, że najwięcej na tej płycie Morbid Angel, jednak nie jest to jedynie bezmyślna, choćby nawet niewiadomo jak umiejętna, ale kopia. Hexorcist pobrane od mistrzów lekcje wykorzystali do tworzenia czegoś własnego. I to właśnie dlatego ta płyta jest tak kurewsko zajebista. I nie ma sensu się nad nią rozpisywać w nieskończoność. Jej po prostu trzeba posłuchać. Z obowiązku dodam jeszcze, że "Evil Reaping Death" kończy świetnie wkomponowujący się w całość cover Devastator "Crucifixion". Bez dwóch zdań, ten album to pozycja obowiązkowa dla czcicieli śmierci i Szatana.

- jesusatan

Recenzja COFFIN MULCH „Septic Funeral”

 

COFFIN MULCH

„Septic Funeral” (Ep)

Redefining Darkness Records 2021

Najnowsza propozycja szkockiego Coffin Mulch to wyraz całkowitego uwielbienia dla jebanego Old School Death Metalu, który wykonany jest tu z precyzją i dbałością o wszystkie detale. „Septic Funeral” to bowiem sześć wałków zbudowanych z klasycznych, ciężkich, w chuj miażdżących struktur opartych na masywnej, gniotącej potwornie perkusji, mięsistym, wywracającym wnętrzności, rozrywającym basie, smolistych, tłustych, patroszących bezlitośnie riffach i niskich, grobowych, przesyconych zgnilizną growlach. Na produkcji tej dominują średnie i wolne tempa z okazjonalnymi tylko dopierdoleniami do pieca, zatem materiał ten sączy się, niczym cuchnąca ropa, ale zarazem gniecie okrutnie, poniewierając z niesamowitą siłą. Słychać tu pewne odniesienia do skandynawskiego Metalu Śmierci (ze wskazaniem na Szwecję i Finlandię), wyłapać można także pierwiastki znane z twórczości Bolt Thrower, Autopsy, Cianide, czy Asphyx. Mogłoby się więc wydawać, że w zasadzie wszystko jest już jasne, ale na tej Ep’ce wbrew pozorom sporo się dzieje. Niby to materiał zakorzeniony bardzo głęboko w klasyce gatunku, a jednak gdy nieco mocniej zagłębimy się w „Septic…” usłyszymy doskonałe, ponure linie melodyczne, potężne uderzenia riffów i beczek wciskające się pomiędzy drgające, smoliste, opasłe tekstury basowe, czy też wibrujące złowrogo patenty gitarowe zaadoptowane ze stylistyki Doom. Coffin Mulch czerpie pełnymi garściami z tradycyjnych, kanonicznych wręcz wzorców, po czym mieli je, przeżuwa i wypluwa, przetwarzając tę zgniliznę starej szkoły na swój własny sposób, dodając jej charakterystycznego, końcowego, zapleśniałego szlifu. Brzmi to wszystko potężnie, brutalnie i gęsto, a odpowiednia porcja zepsutej posoki doprawiona raniącymi głęboko drobinkami gruzu wylewa się nam na głowy, a mimo to dobrze słychać poszczególne instrumenty i nie trzeba zastanawiać się, co autor miał na myśli. Aż chce się wejść do tego walącego rozkładem bagna i nie dziwota, któż bowiem mógłby odmówić tak miażdżącej mieszance dźwięków? Czekam zatem z niecierpliwością na pełny album zespołu z Glasgow, a tymczasem wracam rozkoszować się doprawioną gruzem, Śmierć Metalową zgnilizną wylewającą się ze „Septic Funeral”


Hatzamoth

środa, 14 lipca 2021

Recenzja Forbidden Tomb "The Prospector"

 

Forbidden Tomb

"The Prospector"

Morbid Chapel 2021

Forbidden Tomb to jednoosobowy band z Indonezji grający black metal. No. To czego się spodziewacie? Bo ja podchodziłem do reedycji pierwszej z dwóch wydanych uprzednio na kasetach albumów z 2020 roku jak do pewnego rodzaju ciekawostki. I w zasadzie dostałem to, co mi wyobraźnia podpowiadała, z tym, że nawet nieco więcej. "The Prospector" to, jak już wspomniałem, black metal. W bardzo surowej formie. Pierwsze skojarzenia wędrują w kierunku Skandynawii z okresu drugiej fali, oraz współczesnej sceny portugalskiej. O ile jednak ta druga często zarzuca nas wydawnictwami bardziej prymitywnymi dla samego prymitywizmu, tak Forbidden Tomb nie przekracza cienkiej linii między muzyką a hałasem, choć kilka razy się o nią ociera. Znajdziemy tu zatem proste, prawie banalne kompozycje uderzające chłodem, oparte na kilku chwytach, bez żadnej wirtuozerii czy finezji. Nie ma w tych utworach też żadnych ozdobników. Zostały one zarejestrowane przy użyciu podstawowego instrumentarium, w myśl powiedzenia "im prościej – tym lepiej". Mocno bzyczące gitary, dudniąca garażowo perka, mało wyraźny bas i dość jednolicie wrzeszczane linie wokalne to podstawa tego, co serwuje azjatycki projekt. Ponadto brzmienie poszczególnych utworów nie jest jednolite, jakby pochodziły z niekoniecznie jednej tylko sesji nagraniowej. No i w tym momencie wypada mi już tylko zadać pytanie – Czy wolicie czarne żniwo zbierać kombajnem, czy za pomocą starego, zardzewiałego sierpa? Bo muzyczna wizja Indonezyjczyka to nie rurki z kremem. To odcharknięty rzyg prosto w twarz mody i technologii, to środkowy palec wysunięty w kierunku malkontentów narzekających na brak melodyjek czy chwytliwych akordów. To jest panie, że się powtórzę, black metal, a nie weselna potańcówka. Mi się tych nagrań słucha naprawdę dobrze, nawet jeśli nie jest to materiał najwyższych lotów. Jest to natomiast solidny krążek, który każdemu maniakowi fiordów i surowizny powinien zrobić dobrze. Tylko tyle i aż tyle. Zatem każdy zdecyduje indywidualnie, czy sięgać po "The Prospector", czy zlać go ciepłym moczem. A ja od dziś już wiem, że w Indonezji też umiom w czarny metal.

- jesusatan