sobota, 31 stycznia 2026

Recenzja Morrath „Obscure Abominations”

 

Morrath

„Obscure Abominations”

Necroscope Blasphemia 2026

Od czasu wydania debiutanckiego krążka Morrath minęły niemal trzy lata. Czas był zatem najwyższy, by przypomnieć o swoim istnieniu, czyli dać wszystkim umówiony znak, sygnał. Takim jest nowa EP-ka zespołu, sygnowana logiem Necroscope Blasphemia. Krótki to materiał, bowiem trwający niewiele ponad kwadrans. Przynajmniej jeśli nie liczymy bonusów w postaci utworów live (z zeszłorocznego splitu z Leprozorium), które są tu moim zdaniem potrzebne jak świni siodło. U Morrath zasadniczo niewiele się zmieniło. To znaczy, zmienił się wioślarz, ale muzycznie zespół cały czas obraca się w klimatach amerykańskiego death metalu. I to z całym spektrum tegoż kontynentu. Dla przykładu, na samym starcie „Gospel of Heretics” usłyszymy riff bardzo w klimatach Death, z tego wcześniejszego okresu. „Human Eradication” przepleciony jest akordem charakterystycznym dla Immolation, a kończy się, w bardzo efektowny sposób, Azagthothową solówką. Zresztą Morbidów na tym EP-ku jest chyba najwięcej, zwłaszcza takich z okresu „Covenant” i „Gateways to Annihilation”. Wspomniane odskoki, podobnie jak Incantation’owy otwieracz w „Blasphemy Reigns” (Widzicie? Nawet w tytułach pojawia się fascynacja sceną rzeczonego kontynentu), podaję celowo, żeby nie było, że te nagrania to tylko i  wyłącznie Morbid Angel wanna be. Choć, szczerze mówiąc, czasem Morrath niebezpiecznie zbliżają się do cytatów dosłownych z mistrzów gatunku, jak choćby we wspomnianym „Blasphemy Reigns”, gdzie, w środkowej części można odnieść wrażenie, jakby słuchało się półcoveru „Rapture”. No dobra, porównania i porównania, wytykanie palcem, ale nie zmienia to faktu, że ten Morrathowy Morbid Angel jest naprawdę zajebisty. Tak jak „Centuries of Blindness” napawał nadzieją, tak te trzy nowe numery (przeplecione katedralnym instrumentalem) to jest naprawdę kosa! I mam cholerny niedosyt, i chcę więcej, bo widać, że chłopaki rozwijają się w bardzo dobrym kierunku. Bo gdy się gra tak cholernie dobry death metal, to naprawdę można mieć w dupie oryginalność. Bardzo dobre są tutaj wokale, mocny growl bez przesadnego kombinowania, do brzmienia zastrzeżeń też nie zgłaszam… Kurwa, nic tylko słuchać. A że materiał to krótki, to zanim się obejrzycie, przeleci z cztery razy, uwije sobie gniazdko w waszej korze mózgowej i za chuj go nie wypędzicie. Bardzo dobra EP-ka, po której czekam na następny pełnowymiarowy album jeszcze bardziej niż dotychczas.

- jesusatan

Recenzja Temple of Decay „Profanus”

 

Temple of Decay

„Profanus”

Black Death Prod. / Old Temple 2026

Nie wiem, jak było wcześniej, bo to moje pierwsze spotkanie z tym solowym projektem, ale „Profanus” już od pierwszych chwil zrobił mi naprawdę dobrze. Twarde i zimne brzmienie gitar, lekko wycofana sekcja rytmiczna, jadowite wokale, wszystko jest na swoim miejscu. Plątanina lodowatych tremolo z thrashowym batożeniem, które niekiedy przechodzi w trochę cięższe formy i delikatnie dysonansowe wtręty, wkręca się bez problemu, zniewalając jednostajnością, przełamywaną niekiedy przez przysadziste zwolnienia czy szybsze zrywy. Jednakże dominują tutaj średnie tempa, które hipnotyzują na całego mroczną atmosferą i ponurymi melodiami. Całość wraz z zapamiętale wypluwanymi słowami przez Mortta, kreuje posępne misterium, które wycelowane jest w świętość wszelaką, atakując z wściekłością, choć cierpliwie, gdyż riffy na najnowszej, trzeciej płycie Temple of Decay, zdają się płynąć ze spokojem i dostojnością, dostarczając oprócz czystego bluźnierstwa także odrobiny religijnej atmosfery. Chłód, nienawiść i perwersyjna wulgarność to wyznaczniki tego materiału, który z pewnością nie wytycza nowych ścieżek dla gatunku, ale z żarliwością szerzy soniczną blasfemię. Robi to z odpowiednią mocą i szczerym zaangażowaniem, co wyraźnie słychać w intonacji słów jak i charakterze akordów, które nie rozpieszczają milutkimi harmoniami. Sączą się z nich nieprzychylne tony, urozmaicone marszowymi rytmami, dobrze dobranymi samplami i agresywniejszym kostkowaniem, które wraz z galopującą perkusją wzorowo kaleczy uszy. Płyta została zarejestrowana czytelnie, ale zadbano o szorstką barwę instrumentów. Klimatyczny, siarczysty i surowy album z transparentnym przesłaniem. Uderza w punkt, nie obwijając w bawełnę. Polecam, bo to niezły bleczur, który wymyka się z ram współczesnej, polskiej sceny.

shub niggurath




Recenzja Hating Life „Revenge from Beyond”

 

Hating Life

„Revenge from Beyond”

Pulverised Rec. 2026

Nie wiem jak wy, ale ja, patrząc na nazwę zespołu z Saragossy, skojarzenia mam jednoznaczne. I zresztą bardzo szybko okazuje się, że słuszne. No ale po kolei. Hating Life to dwuosobowy projekt, którego połowę stanowi gitarzysta Ataraxy. Pod nazwą zaczerpniętą od tytułu kawałka Grave z debiutanckiej płyty, panowie postanowili oddać swój hołd dla starej szwedzkiej szkoły. Nagrali zatem pięć, trwających łącznie nieco pond dwadzieścia minut, kawałków, dorzucili intro, opatrzyli całość odpowiednio klimatyczną okładką, i oddali w ręce Pulverised do wydania. Materiał ten ujrzy światło dzienne już za niecały miesiąc, ale każdy maniak wspomnianego nurtu już dziś powinien zaznaczyć sobie rzeczoną datę w kalendarzu. Nie dlatego, że materiał ten jest jakiś przełomowy czy przenoszący góry. Tutaj miejsca na eksperymenty zbyt wiele nie ma. Ale… No właśnie. Wspomniałem o Ataraxy. W tym przypadku owa szwedzizna, na podobieństwo Entombed czy Grave, bardzo udanie podrasowana została melodią. Melodią, z której macierzysty zespół Santi’ego słynie, ale także melodii, która swój pierwotny rodowód zawdzięcza choćby takim aktom jak Gorement czy Crypt of Kerberos. Co z tego wynika? Ano to, że te pięć kompozycji, to nie jest granie na jedno kopyto. Tak, jest tu d-beat’owanie, ale są i wciągające gitarowe pasaże, są masywne zwolnienia i momenty szybsze, uderzające rytmiką w łeb niczym pięciokilowym kamlotem. Na dobrą sprawę można powiedzieć, że panowie zebrali w małą pigułkę wszystko co w szwedzkich wariacjach deathmetalowych najlepsze. I skleili z tego na tyle ciekawy kolaż, że nic nie wydaje się w nim ani sztuczne, ani nużące, ani totalnie wtórne. Bo poza wokalem, który od klasyki nie odbiega ani o jotę, ta muzyka jest zaskakująco zróżnicowana i przemyślana. I słucha się jej naprawdę z wielką przyjemnością. Można się zresztą przy niej pobawić z kolegą w podobnym wieku w grę „Zgadnij czyj to riff”, oczywiście z przymrużeniem oka. Bardzo fajna przystawka. Na tyle fajna, że mam nadzieję, iż projekt Hating Life nie jest jednorazowym wybrykiem, i z czasem doczekamy się równie dobrego pełniaka. Polecałem powyżej, zwłaszcza określonej grupie odbiorców, więc powtarzać się nie będę.

- jesusatan




Recenzja Dwellnought „Monolith of Ephemerality”

 

Dwellnought

„Monolith of Ephemerality”

Caligari Records (2026)

 


Z włoską sceną metalową jakoś nigdy nie było mi szczególnie po drodze, zwłaszcza jeśli mówimy o  zespołach uprawiających bardziej konwencjonalne formaty metalowego rzemiosła. Inaczej się sprawa ma z projektami awangardowymi i poszukującymi – tu barokowy przepych i inwencja twórcza jest na tyle duża, że o wiele łatwiej mi wyłuskać składowe, które mi się podobają lub mnie intrygują. Kwartet Dwellnought zdecydowanie bliższy jest tej drugiej kategorii, bo choć nie są to frapujące wynaturzenia rodem z I, Voidhanger Records, to i tak jest to bardzo dalekie od ogólnie przyjętych schematów. Aby nie zamulać czytelnika powiem prosto z mostu, że w tym przypadku mamy do czynienia z blackdoomem, który mocno lubuje się w zgrzytach, sprzężeniach i hałasie. I pisząc blackdoom mam tu faktycznie na myśli black metal i doom metal, a nie żadne okołowarmetalowe ściany dźwięku. Muzyka Włochów brzmi masywnie, potężnie i złowieszczo, a przy tym wystarczająco abstrakcyjnie i nieuchwytnie, aby niejednokrotnie wywoływać u słuchacza marszczenie brwi. Posuwiste tempo jest tu czynnikiem wyraźnie wspomagającym budowanie klimatu czyniąc z „Monolith Of Ephemerality” tytułowy monolit, twór, który należy chłonąć jako całość. I w takiej formie odbieram ten album jako naprawdę ciekawy i dobry. Trochę mniej robię się  zaciekawiony gdy sprowadzam te dźwięki na poziom detalu. Snujące się akordy, długie kompozycje, które z meandrujących, metalowych fraz uciekają w noise zdają egzamin bardziej na krótszą niż dłuższą metę. Wkrada się tu niestety pewien schemat metal-noise, który powielany jest trochę w kolejnych kompozycjach i gubi mają uwagę jako słuchacza, a niejednokrotne gasi moje zainteresowani. Tu jest trochę tak, że niby się dzieje, ale jednak trochę się nie dzieje. Nie potrafię się do końca wkręcić w te rozwleczone, zmierzające w nieznane motywy, które w moim odczuciu nigdy nie osiągają oczekiwanej kulminacji. A potem przychodzi koniec płyty i mam poczucie satysfakcji, zafrapowania, zainteresowania, które sprawia, że puszczam ten materiał jeszcze raz. Może debiut Dwellnough jest growerem, który jeszcze we mnie nie dojrzał, a może osiągnął już poziom, którego już nie przeskoczy, bo kolejne odsłuchy trzymają mnie we wspomnianej wyżej pętli czekając aż się poddam. Ne wiem. Ale wiem, że jest to album, którego na pewno warto posłuchać i samemu ocenić. Polecam, bo to niegłupia muzyka.

 Harlequin




piątek, 30 stycznia 2026

Recenzja Sanctvs „De l'abîme au Plérôme”

 

Sanctvs

„De l'abîme au Plérôme”

Osmose Prod. 2026

Debiutancki album tego jednoosobowego projektu z Kanady ukazał się sześć lat temu. Ukazał się… i w zasadzie tyle starczy o nim powiedzieć, bowiem przeszedł u mnie całkowicie bez echa. Jako iż jednak korci mnie czasem, by sprawdzić zespół, który teoretycznie powinienem skreślić z listy zainteresować, sięgnąłem sobie po najnowszy materiał pana Mortheosa. A nóż się chłopak przez te kilka lat wyrobił. „De l'abîme au Plérôme” to czterdzieści trzy minuty black metalu. Śpiewanego po francusku, co być może natchnęło kultową kiedyś Osmose Productions do przytulenia Sanctvs pod swoimi skrzydłami. W sumie, po zapoznaniu się z tym krążkiem stwierdzić mogę, iż faktycznie, zespół ten pasuje do wspomnianego labelu jak ulał. Wiadomo, że w Osmose już od wielu lat dzieje się, poza nielicznymi wyjątkami, tak naprawdę niewiele. Kolejne wydawnictwa ukazują się… i w zasadzie tyle starczy o nich powiedzieć haha! Sanctvs takiego stanu rzeczy na pewno nie zmieni. Jest to bowiem black metal jakich wiele, kompletnie niczym nie wybijający się ponad średnią światową. Kompozycje są tu utrzymane przeważnie na wysokich obrotach, choć i elementów bardziej klimatycznych, czy akustycznych, kilka się na „De l'abîme au Plérôme” znajdzie. Całość inspirowana jest głównie drugą falą ze Skandynawii, choć z równie istotną domieszką grania francuskiego, głównie pod postacią charakterystycznych melodii i pojawiających się miejscowo dysonansów. Owe melodie nie są bynajmniej przesłodzone, bo niejednokrotnie zajedzie w nich norweskim szronem, jednak słuchając tych utworów mam wrażenie, że znam te harmonie na pamięć. Płyną sobie one swobodnie na przód, napędzane głównie tremolowym riffem, czasem podkreślane klawiszowym maźnięciem w tle, ale tak naprawdę wrażeń przy nich tyle, co u przewoźnika płynącego po raz setny wycieczkowcem po tej samej trasie. Na tym albumie wszystko jest poprawne. Poprawnie dobrane są proporcje, odpowiednio zróżnicowane aranżacje, klasyczny wokal, kilka razy przeplatany jakimiś deklamacjami albo zaśpiewami, poprawne jest brzmienie (choć bardziej przypominające drugą połowę lat dziewięćdziesiątych niż ich początek), znośna jest okładka. Tylko co z tego, skoro poza zapalonymi maniakami wszystkiego co blackmetalowe, mało kto będzie o tym wydawnictwie za miesiąc pamiętał. Za dużo jest ciekawszych propozycji na dzisiejszym runku muzycznym, by zatrzymywać się nad tym dłużej. Kto chce, niech się nad tym pochyli. Mnie to nie rusza. Trzeciego pełniaka sprawdzać już nie zamierzam.

- jesusatan




Recenzja Unchosen Ones „Divine Power Flowing”

 

Unchosen Ones

„Divine Power Flowing”

Independent 2026

Jeśli lubicie lżejsze brzmienia, to śmiało sięgajcie po Unchosen Ones. Jest to hiszpańska kapela, która powstała w 2020 roku i właśnie wraca ze swoją drugą płytą. Jej zawartość to dziewięć numerów, które płyną zwiewnie przez niemalże trzy kwadranse. Hiszpanie grają melodyjny heavy metal z mocnym pierwiastkiem rocka, co nadaje ich rzępoleniu niebywałej lekkości. To tak naprawdę radiowe bądź telewizyjne granie, które jawi się trochę jako sporo cięższy i nowocześniejszy Europe. Panowie napierdalają w zmiennych tempach, zapodając chwytliwe riffy, takowe solówki i łatwo wpadające w ucho refreny. Szybko, średnio, trochę kostkowania na tłumionych strunach i awangardowych zagrywek. Do tego dokładają mnóstwo doskonale wpasowanych, syntezatorowych pasaży i idealnie dobranych, czystych wokaliz, które niejedną niewiastę albo geja sprowadzą na manowce. Energiczności i bombastyczności tu nie brakuje, a wszystko buduje mieszanka klasycznego heavy z entuzjastycznie zagranym rock’n’rollem, która wkręca się bez problemu i pomimo popowego wydźwięku potrafi przyciągnąć do siebie uwagę. Muzyka w wykonaniu Unchosen Ones jest porywająca i melodyjna, ale potrafi zadziwić cięższymi i nieco dzikszymi wybuchami w towarzystwie galopującej perkusji i pulsującego basu. Miejscami zabiera w melancholijne rejony za sprawą doomowych naleciałości w tradycyjnym stylu, momentami porywa do tańca, żeby w innych chwilach przygnieść jakimś majestatycznym akordem. Może to typowe dla lżejszych form granie, ale nie do końca banalne. Wiele można znaleźć na „Divine Power Flowing” interesujących rozwiązań i jeśli tylko ktoś chcę, to również dużo radochy z odsłuchu. Raczej dla fanów miękkiego i przyjemnego dla ucha heavy-rocka, ale kto wie? Może niejednemu sataniście się też spodoba. Żeby było jasne, mi się nie podoba.

shub niggurath




czwartek, 29 stycznia 2026

Recenzja Internal Decay “Fires of the Forgotten”

 

Internal Decay

“Fires of the Forgotten”

Hammerheart Rec. 2026

Jeszcze jeden powrót zza grobu… Oj namnożyło się ostatnio tego typu wydawnictw. Jedne są bardziej, inne mniej warte uwagi. Szwedzki Internal Decay aktywny był na początku lat dziewięćdziesiątych, wydając wówczas demo oraz dużą płytę. Chłopaki jednak dość szybko się zawinęli, co przy ówczesnej konkurencji jakoś nie spowodowało u mnie nieprzespanych nocy. Dziś zespół powraca z nową EP-ką, która jest dość zaskakująca. Bo o ile trzon zespołu w zasadzie jest jednaki z tym oryginalnym, to muzycznie jednak mamy tutaj całkiem spory dysonans. Niby nie da się zaprzeczyć, że „A Forgotten Dream” różnił się dość mocno od głównego rdzenia ówczesnej szwedzizny, uformowanego przez „Left Hand Path”, i posiadał sporo elementów bardziej klimatycznych, choćby w stylu Gorement, to jednak nie spodziewałem się, iż na „Fires of the Forgotten” panowie wejdą głębiej w granie death / doomowe, bardziej inspirowane, między innymi, sceną brytyjską niż krajową. Te trzy kompozycje to taka mieszanka wcześniejszego Paradise Lost, Anathema czy Amorphis. Kompozycje utrzymane są zatem w tempie wolniejszym, oparte na ciężkich akordach przesiąkniętych zazwyczaj smutną melodią, tudzież zagranych w podniosłym tonie. Sporo tu także akustycznych ozdobników i klawiszowych dodatków, mających wprowadzić słuchacza w nostalgiczny nastrój. Niby wszystko OK., ale moim zdaniem mało w tym wszystkim polotu, a za dużo zwykłego kopiowania klasyków. Bo już w pierwszym na liście, utworze tytułowym, usłyszeć można bardzo dokładce cytaty ze wspomnianego Amorphis (jakoś z okresu „Elegy”) i My Dying Bride. Dalej jest podobnie, i na dobrą sprawę, nawet jeśli nagrania te trwają jedynie siedemnaście minut, to trochę nużą. Przede wszystkim z tego względu, że do mistrzów gatunku tym piosenkom jednak daleko, no chyba że weźmiemy pod uwagę ich współczesną formę. Ponadto irytują mnie tu czyste wokale, a właściwie chórki, które zamiast budować, kompletnie burzą jesienną atmosferę tego wydawnictwa. Nie wiem dlaczego panowie nie nagrali tych utworów pod inną nazwą. Nijak to się ma do wspomnianego na wstępie debiutu, i nie zmienia tego faktu nawet celowe nawiązanie do niego w tytule. Dla mnie „Fires of the Forgotten” to typowy plankton, wydawnictwo, którego słuchać się da, ale gdyby nie istniało, świat niewiele by stracił. Chcecie zatem to sprawdzajcie. A nóż komuś się bardziej spodoba.

- jesusatan




Recenzja Venthiax „Rites of Ra”

 

Venthiax

„Rites of Ra”

Dying Victims Productions 2026

Ten szwedzki tercet powstał w 2021 roku i od tamtego czasu nagrał demosa, dwa materiały koncertowe i epkę. Pod koniec lutego wrócą z mini-albumem, który niesie ze sobą sześć numerów, o żywiołowym charakterze. To thrash metal z wyraźną obecnością diabła więc tak naprawdę mamy tutaj do czynienia z dociążoną wersją tego „biczującego” gatunku. Dwóch Szwedów i ich koleżanka na basie mocno nawiązują do lat osiemdziesiątych, bo w tutejszych utworach można sporo wychwycić nawiązań do Sodom czy wczesnego Kreator, ale tak naprawdę Venthiax łoi skórę bez znaczników, które mogłyby wskazywać na jakąś zrzynkę. Jadą swoje i nie biorą jeńców. Leją szybkimi i ostrymi jak żyletki riffami w towarzystwie zdrowo napierdalającej perkusji i zagęszczającego basu. Wtórują im szorstkie powarkiwania wokalisty, który potrafi również zadziornie zapiszczeć, co dodatkowo wzmacnia ten retro styl. To w sumie nic czego byście już nie słyszeli, ale kopie dupę w fantastycznym stylu, bo te wszystkie smagające akordy, dzikie solówki i wściekłość zdają się być szczere. Słychać, że ta agresja, brud i sataniczna aura płyną prosto z tych młodych, skandynawskich serc. Stuprocentowy metal oparty na pierwotnych instynktach i tak też zagrany. Bez kompleksów, puszenia się czy udawania czegokolwiek. Trzech grajków wzięło instrumenty i mikrofon do rąk i skomponowali prosty i zadzierżysty thrash, który batoży aż miło, zsyłając przy okazji mnóstwo gęstej i piwnicznej atmosfery. Atmosfery wypełnionej zapachem siarki i smoły. Intensywnie, bestialsko i złowieszczo. Tak właśnie poczyna sobie Venthiax. Klasyczny, diabelski thrash metal bez żadnych kompromisów, w którym rozlega się stukot kopyt rogatego. Brać, słuchać i machać głową dla Szatana… aż odpadnie. Dzikie misterium. Amen.

shub niggurath




środa, 28 stycznia 2026

Recenzja Citrinitas „Unending Descent”

 

Citrinitas

„Unending Descent”

Caligari Rec. 2026

Citrinitas to anonimowy twór z Finlandii. Dosłownie tyle o nim wiadomo. No, może poza tym, że jego debiutanckie demo, zawierające trzynaście minut muzyki, wyda końcem stycznia Caligari Records. A że label to, przynajmniej w oczach określonej grupy odbiorców, także moich, uznany, to nie wypadało tych piosenek nie sprawdzić. Piosenki są trzy, i bynajmniej nie są one o miłości. Chyba że bardzo niespełnionej i tragicznej. Te kompozycje to w zasadzie taka puszka nieszczęść, negatywnych emocji, depresji i niechęci do życia. Muzycznie dźwięki te określić można jako mieszankę depresyjnego doom metalu z domieszką death, i może kapką elementów blackmetalowych. Nie myślcie sobie tylko, że to jakieś płaczliwe smuty, absolutnie! Przyznać muszę, że muzyka Fina (mimo wszystko strzelam, że to solowy projekt) jest dość oryginalna, a na pewno dziwna. Sposób w jaki muzyk skleja ze sobą poszczególne, majaczące mu w głowie chorobliwe dźwięki, w jaki przelewa na pięciolinię swoje udręki i nieszczęścia, jest niezwykle osobisty, powiedziałbym wręcz intymny. Jeśli wczujecie się w płynące z głośników melodie, możecie doznać czegoś na kształt stygmatów, z tym, że niekoniecznie pojawią się one na dłoniach i stopach, a w miejscach, gdzie autora tych kompozycji zraniono najgłębiej. „Unending Descent” to w pierwszej chwili pozycja niepozorna. Demówkowe brzmienie, niezbyt złożone akordy, jakieś majaki wokalne, pełzające w tle odgłosy, rozpaczliwe harmonie… No właśnie, z minuty na minutę robi się coraz ciekawiej, a oplatająca nas czerń zaczyna przemawiać językami. To demo bardziej się czuje, niż się go po prostu słucha. Wspomniałem o oryginalności… To też nie jest żadna awangarda, bo gdyby pozbierać wszystkie klocki, to okaże się, iż niejeden już z nich budował. Kwestią pozostaje jednak, jak budował, i jaki był efekt finalny. Nie będę kusił się o dosłowne porównania do kogokolwiek, bo przy czterech odsłuchach tej demówki już trzykrotnie zmieniałem na ten temat zdanie. Powiem wam jedynie, że „Unending Descent” niesamowicie wciąga, intryguje, by po chwili śmiertelnie zainfekować. Niezła rzecz. Naprawdę niezła.

- jesusatan




Recenzja Koldbrann / Tilintetgjort „Den Klandestine Kjerne / Eons in Oblivion”

 

Koldbrann / Tilintetgjort

„Den Klandestine Kjerne / Eons in Oblivion”

Dark Essence Records 2026

Pierwszy kawałek tego splitu należy do Koldbrann i jest niejako „zaniechanym” numerem, gdyż Norwedzy postanowili nie umieszczać go na ostatniej płycie i poczekać na jego prezentację w późniejszym terminie. Ten czas nadszedł i oto można posłuchać sobie „Den Klendestine Kjerne” na tym krótkim wydawnictwie. To pięć minut kwintesencji grania tej kapeli. Dobrze słyszalny bas, dość przysadzista jak na ten gatunek perkusja i ziarniste gitary. Wraz z nieprzyjaznymi wokalizami Mannevond’a płyną w średnim tempie, zsyłając styczniową temperaturę i sporo złowieszczego klimatu. Zdecydowane, momentami wręcz rytualne akordy mieszają się z lodowatymi tremolo i uwierają swym natarczywym usposobieniem, które Koldbrann podkreślają atmosferycznym separatorem pod koniec tej kompozycji, wyciszając na chwilę diabelskie tortury, aby za chwilę powrócić do szybszego smagania. Gdy kończą panowie z Drammen, wkracza brygada z Oslo, która dwa lata temu wydała swój debiutancki album, niosący ze sobą niekonwencjonalne podejście do black metalu. „Eons in Oblivion” jest nową i zapowiadającą nadejście nowego krążka Tilintetgjort kompozycją, która bardzo dobrze daje sobie radę w zestawieniu z poprzedzającą propozycją od Koldbrann. To również pięć minut „kołysania” w norweskim stylu, tyle że w szybszym tempie. Dzikie, świdrujące tremolando i biczujące riffy, suną ostro do przodu, częstując spazmatycznie brzmiącymi dźwiękami, które ten kwartet doprawił szalonymi bębnami, które potrafią uraczyć także świetnie wkręcającymi się d-beat’ami. Swoją tendencją do mniej oczywistych rozwiązań w black metalu, Tilintetgjort wybrzmiewa w tym utworze jako pełna nieokiełznanej wściekłości grupa, która jednak tym razem zrezygnowała na chwilę z bardziej awangardowych rozwiązań, stawiając jednocześnie na granie bliższe tradycyjnemu ujęciu. Niedługa to składanka, która powinna na dziesięć minut zadowolić każdego fana siarczystego black metalu.

shub niggurath

wtorek, 27 stycznia 2026

Recenzja Cyclone „Known unto God”

 

Cyclone

„Known unto God”

High Roller Rec. 2026

Zastanawiam się, ilu z was pamięta ten belgijski band, który swoje pierwsze kroki na światowej scenie stawiał trzydzieści sześć lat temu. Panowie nagrali dwa pełnometrażowe albumy, by w roku dziewięćdziesiątym trzecim przejść w stan niebytu. Nie będę tutaj prężył muskułów przy opowieściach o ich wczesnym okresie, bo z nazwą Cyclone spotykam się tak naprawdę po raz pierwszy w życiu. I od razu zastanawia mnie, jaki jest sens wyciągania trupa z szafy, skoro ze składu sprzed rozpadu na pole walki powrócił jedynie wokalista. Zwerbował sobie dużo młodszych grajków, i wspólnie zarejestrowali dwudziestominutowy materiał, zatytułowany, jak powyżej. Powiedzieć trzeba otwarcie, że te pięć kawałków to naprawdę solidny, thrashowy kop w dupę, i doskonale obroniłby się sam, bez podpierania o starą nazwę. Przede wszystkim każdy z zamieszczonych tu numerów to naprawdę ostra jazda, pełna tnących po nadgarstkach klasycznych riffów, zazwyczaj serwowanych w szybszym tempie. Można tutaj oczywiście w ramach słyszanych inspiracji rzucać nazwami jak z kapelusza, ale ograniczę się jedynie do Dark Angel, Anthrax, Sacred Reich czy Exodus. Ten ostatni także dzięki manierze wokalnej Guido Gevelsa, momentami mocno zbliżającej się do klasycznego Souzy (no, może z domieszką tego patafiana ze Stuck Mojo). Nie jest to bynajmniej muzyka odkrywcza, za to świetna kopalnia odkrywkowa, z całą masą melodii, które już kiedyś słyszeliśmy, ale z wielką przyjemnością posłuchalibyśmy raz jeszcze. Słychać wyraźnie, że gitarzyści swoje rzemiosło mają opanowane wyśmienicie, zatem obok wspomnianych harmonii potrafią zarzucić także wysokiej jakości solówką. Sporo na tym mini momentów, gdzie aż kipi od groove’u i łeb sam się kiwa w rytm słuchanych piosenek. Tak energetycznego thrashu to ja mogę słuchać zawsze i wszędzie, więc finalnie sobie myślę, że chyba dobrze, że Guido nie namawiał starych kumpli do wspólnego grania, bo mogłoby to w efekcie spowodować poczucie geriatrii. A tak, młodzi mogli się wykazać, co zresztą zrobili bardzo udanie. Bez względu zatem na to, czy wczesny Cyclone znacie, czy też nie, „Known unto God” sprawdzić można, bo to dobry kawał thrashowego mielenia.

- jesusatan




Recenzja Ernte „Der schwarzen Flamme Vermächtnis”

 

Ernte

„Der schwarzen Flamme Vermächtnis”

Purity Through Fire 2026

Ernte to założony w 2020 roku na szwajcarskiej ziemi, dwuosobowy projekt, który rzeźbi w black metalu. Trzynastego lutego ukaże się ich czwarty album, który zawierać będzie siedem numerów, opartych na drugofalowych wzorcach. Powinny one zadowolić przede wszystkim miłośników surowego i tradycyjnego ujęcia tego gatunku, ponieważ charakteryzują go lodowate i nieco zapiaszczone gitary, wyłaniający się czasami z drugiego planu bas i delikatnie wycofana perkusja, zaś to co wydobywa ze swojego gardła wokalistka, to całkiem jadowite wrzaski więc jest tutaj zimno i diabelsko. Jest też dość pogańsko, bo melodie oraz przeważające średnie tempo, a także mieszanka atmosferycznych i wojowniczych akordów wyraźnie wskazuje na zainteresowanie Ernte czasami odległymi. Zatem przywołując za pomocą „Der schwarzen Flamme Vermächtnis” pradawne moce, uderzają w klimaty podobne do pierwszych wydawnictw takich grup jak chociażby Satyricon, gdzie spotykały się ze sobą sataniczna agresja i tradycyjne chwytliwości, a wszystko było okraszone tajemniczą i wpadającą niekiedy w epickość aurą. Tak też jest i u tej dwójki Szwajcarów, która z pieczołowitością komponuje swoje utwory, budując zmienne nastroje, wahające się między dzikimi uderzeniami chłodnych riffów i tremolo oraz nastrojowym i nierzadko pełnym dramaturgii kostkowaniem. To niby prosty black metal, ale pomimo niewielkiego skomplikowania, posiada w sobie wiele niuansów, które przy uważnym przesłuchaniu tego materiału z pewnością rzucą się wam w uszy. To surowe, ale gęste plecionki złożone z przenikających się riffów i tremolando, które nieustannie zmieniając formę, wciągają do swojego ponurego świata głębiej i głębiej. Płytę kończy, stojący w opozycji do wcześniejszych numerów „Ritval Pyre”, który zapierdala niczym blizzard, wykorzystując sporo punkowych wpływów i czystej wścieklizny w syntezatorowej otoczce. Dewastuje bezkompromisowo, stawiając tym samym kropkę nad i.

shub niggurath




poniedziałek, 26 stycznia 2026

A review of Harrowed „The Eternal Hunger”

 

Harrowed

“The Eternal Hunger”

Dying Victims Prod. 2026

 


Harrowed come from Stockholm and they play death metal. Old school death metal. However, anyone who assumes that this is just another derivative of Entombed or Dismember is mistaken. Mainly because Tobias and Adam have mixed the essence of this genre with punk influences. And they have done so in proportions that clearly highlight the presence of both genres. So, yes, typical Swedish melodies are definitely present here. Just listen to the rocking riff in “The Cold of a Thousand Snows,” which really has a taste of Andersson's band. There is also a lot of typical d-beat here, which, although of punk origin, has also proven itself perfectly in death metal, mainly that from the north of the continent. There are also many melodies here that can be considered cheerful at times, or at least very lively. However, they are dressed in a heavy sound, thanks to which their “danceability” has gained the appropriate power. Apart from these two most important ingredients, Harrowed have thrown in a few riffs here and there that have a different origin. For example, in “Ultra Terrene Phantasmagoria” or “Formaldehyde Dreaming” there are almost stoner-like melodies. The musicians usually maintain a moderate tempo, without pushing the pedal to the metal, placing greater emphasis on the aforementioned groove and good melody. And sometimes the guys can also come up with an awesome solo. There is nothing forced on this album. Everything here blends together perfectly, creating a mixture that makes you want to open another bottle of amber nectar and raise it high in the air. The undeniable advantage of these recordings is their natural flow, thanks to which, even if the music is not particularly groundbreaking, you can listen to these tracks practically in one breath. Or maybe with a break to bang your head, because at times it's hard to stand still. Take “The Reins” as an example, with its great riff and sudden acceleration in the middle section. The whole thing lasts thirty-six minutes, and I guarantee you that if you play “The Eternal Hunger,” it won't be wasted thirty-six minutes of your life. A very cool album.

- jesusatan




Recenzja Backengrillen „Backengrillen”

 

Backengrillen

„Backengrillen”

Svart Records (2026)

 


Kolaboracje muzyków jazzowych z zespołami rockowymi nie są czymś nowym. Z niedawnych przykładów można przytoczyć współpracę Petera Brotzmanna z Oxbow czy Jamesa Brandona Lewisa z The Messthetics. Backengrillen to nowy projekt ikony współczesnego free jazzu Matsa Gustafssona z muzykami szwedzkiego Refused, twórcami pomnikowego „A Shape Of Punk To Come”, którzy właśnie wypuścili debiutancki materiał na rynek. To nie pierwsza współpraca Szweda z muzykami z kręgu grania bardziej hałaśliwego, by nadmienić tu choćby projekty dzielone z włoskim Zu, Thustonem Moorem, Merzbow, Balazsem Pandim, Jimem O’Rourkiem, Stephanem O’Malleyem czy Orenem Ambarchim. Backengrillen na tym tle wydaje się by tworem wyjątkowym, bo choć Gustafsson mocno naznacza tu swój styl, to w kierunku muzyki Refused ukłonów wydaje się być dużo mniej. Typowego punkowego szaleństwa na pograniczu mathcore’a tutaj praktycznie nie ma. Ba! Nawet typowego hc/punka jest tutaj mało. Jest za to punkowy, organiczny brud, niekłamane pokłady muzycznej autentyczności i świeżość, której często brakowało wydawnictwom Gustafssona w ostatnim dziesięcioleciu. „Backengrillen” zaskakuje surowością, repetytywnością i oszczędnością, ale jakże odmienną od tego co Szwed robił np. w Fire! Czy Fire! Orchestra. Pierwsze skojarzenia po przesłuchaniu debiutu Backengrilen wędrują w kierunku takich formacji jak Fall of Because, Godflesh czy GOD. To jest ten rodzaj pulsacji, kroczącego metrum, pewnej protoindustrialnej mechanizacji, która zachwycała przed 35 laty. Różnica polega na tym, że ten industrialny sznyt, ten metaliczny ciężar został z tych nagrań zdjęty. Backengrillen chwyta przestrzeń taplając się jednocześnie w punkowych szczynach i pierwotnym, prymitywnym syfie. Pomimo oszczędności i muzycznego ascetyzmu słychać, że nie ma tu mowy o amatorszczyźnie czy spontanicznym wybryku. Choć sam projekt opierał się na prostym koncepcie dekonstrukcyjnym, na repetycji doprowadzonej do granic sensu, to tego sensu tej muzyce nie brakuje. Ba! Powiedziałbym nawet, że umiar to słowo klucz w przypadku tego wydawnictwa i to stanowi jego największa siłę, będąc tym, czego trochę brakowało kilku ostatnim, ważniejszym wydawnictwom skandynawskiego saksofonisty. Pośród prostych, noiserockowych i punkowych akordów znalazło się mnóstwo miejsca na piękne partie fletu, saksofonowe pochody jak i mamucie, synkopowane dęte riffy Gustafssona napędzające jakże precyzyjne i przemyślane frazy pozostałych trzech członków kolektywu. Bez większego problemu można delektować się tłustymi partiami basu i masywnej perkusji. Brak gitar doskonale stwarza przestrzeń muzykom do wykreowania świata opuszczonego i opustoszałego, przez który, w towarzystwie frapujących dźwięków przedzieramy się przez blisko 50 minut i z każdym kolejnym odsłuchem chcemy   wsiąkać w ten świat jeszcze bardziej. Materiał zaskakuje różnorodnością, bo obok stricte punkowego „Repeater” mamy transowy „A Hate Inferior” czy złowieszczo malowniczy „Backengrillen #1”. Ja osobiście cieszę się, że mam tą przyjemność posiadać nośnik od ponad miesiąca i regularnie delektować się tym wydawnictwem, bo nie mam wątpliwości, że jest to dla mnie murowany faworyt do końcoworocznych list. Absolutnie wspaniały album, błyskotliwy, bazujący na dotychczasowych doświadczeniach muzyków, a jednak przynoszący świeże spojrzenie, jakość i treść. Posiadana przeze mnie wersja CD jest wydana w formie czteropanelowego digipacka i oczojebny pomarańcz podkreślający zdobiącą całość grafikę doskonale oddają nastrój emanujący z dźwięków tu zarejestrowanych. Jeśli ktoś jest otwarty na jazz, na ciekawą i dobrze napisaną muzykę to ten album jest pozycją obowiązkową. Przegniłe fundamenty zamczyska, renta królowej i pół księżniczni dla tych Panów! A ja po prostu dziękuję za tak wspaniały materiał.

                                                                                                                               Harlequin


https://backengrillen.bandcamp.com/album/backengrillen-2

niedziela, 25 stycznia 2026

Recenzja Lone Wanderer „Exaquiae”

 

Lone Wanderer

„Exaquiae”

High Roller Rec. 2026

Coś tak się jakoś stęskniłem za gatunkiem zwanym funeral doom. Nie wiem, czy tak zadziałała aura za oknem, czy może w nieco bardziej depresyjny nastrój wprowadziła mnie demówka Citrinitas, choć w sumie obok funeral doom to ona nawet nie leżała. No mniejsza o powody, efekt był taki, że sięgnąłem sobie po nowy album niemieckiego Lone Wanderer, bo akurat był pod ręką. Zespół istnieje już ponad dziesięć lat, a „Exaquiae” jest ich trzecim dużym wydawnictwem. Dużym… Raczej powinienem powiedzieć „długim”, bo pięć zawartych na tym krążku kompozycji trwa razem siedemdziesiąt trzy minuty. Na początek mamy dwudziestoczterominutowca „To Rest Eternally”, który w zasadzie jest podsumowaniem gatunku. Bo i tytuł niezwykle adekwatny, i wszelkie użyte podczas tej małej podróży środki. Powolne tempa, ciągnące się masywne akordy, przytłaczający ciężar, akustyczne przystanki i grobowy growl. A wszystko to zatopione w posępnych dźwiękach, niosących nas niczym ciało nieboszczyka w trumnie, ku ostatecznemu pożegnaniu. Ten numer, zresztą jak i cała płyta, nie ma w sobie kszty innowacji czy oryginalności. Posiada natomiast zasadniczy walor, jakim jest jakość. Obawiałem się, że ostatecznie „Exaquiae” mnie zmęczy, że będę miał go dość już po czterdziestu minutach (jak to często z płytami z tego gatunku u mnie bywa), ale nie! Trzeba przyznać, że Niemcy doskonale potrafią budować  ową pogrzebową atmosferę tak, by nie popaść w banał, nie zeżreć własnego ogona i nie wywoływać niepowstrzymanego ziewania. Ten album ma swój klimat, jest bardzo dokładnie wyważony i przemyślany. I nawet jeśli oparty został na sprawdzonych recepturach, to nadal jest tak samo gorzki jak klasyczne wywary Thergothon czy Mournful Congregation, bo z tymi dwoma zespołami Lone Wanderer chyba kojarzy mi się najbardziej. Co by zatem nie przedłużać. Funeral doom jaki jest każdy wie. Jeśli macie ochotę na dawkę pesymistycznego ciężaru w tempie ślimaczym, to sięgajcie po nowy Lone Wanderer bez wahania. W swoim gatunku jest to bowiem album zdecydowanie wart polecenia.

- jesusatan




Recenzja Banisher „Metamorphosis”

 

Banisher

„Metamorphosis”

Selfmadegod Records 2026

Trzydziestego stycznia ukaże się piąta płyta tej rzeszowskiej grupy, która już od ponad dwudziestu lat buja się po polskiej scenie technicznego i progresywnego death metalu. Metalu, który obok wirtuozerskich popisów oraz niebanalnych rozwiązań aranżacyjnych, posiada ten core’owy groove, co zawsze kojarzyło mi się z takim Soulfly, tyle że na sterydach, a takie rytmy rodem z brazylijskiej dżungli nigdy mi nie leżały. Cóż, pomijając uprzedzenia, należy stwierdzić, że Banisher po raz kolejny nagrał album, który jest naszpikowany różnymi formami kostkowania, zmianami tempa i rytmiki, awangardowymi wtrętami i połączeniami ich z brutalnością metalu śmierci. Technika techniką, modernistyczne udziwnienia i nietuzinkowe pomysły doskonale urozmaicają oraz podkręcają dynamikę i klimat, ale pierdolnięcie ta muzyka ma. Ma też „coś” jeszcze, bo te wszystkie, nietuzinkowe riffy sprawiają, że to „coś” żyje na „Metamorphosis”. Dla mnie twórczość Banisher i grup bliźniaczych nigdy do mnie nie przemawiała i przemawiać nie będzie, ale co nieco zrozumiałem, gdy z notki dołączonej do tego materiału dowiedziałem się, że przy jego komponowaniu wykorzystano sześć strojów gitar, a jedna z nich brzmi jak skrzypce. To rozjaśniło mi nieco w głowie i wgryzłem się dzięki temu bardziej w ten krążek, skupiając się na barwie wioseł i to właśnie ten element robi tutaj robotę. W zestawieniu z galopującą perkusją, solidnym basem i nieco wkurwiającymi wokalami, dźwięczy to fantastycznie, ale czy jest mi to do czegoś potrzebne? Mi słoń kiedyś nadepnął na ucho i jestem w stanie znieść tylko te toporne produkcje, a „Metamorphosis” do nich nie pasuje. Wydawnictwo skierowane do fanów tego specyficznego, festiwalowego ujęcia death metalu, który oprócz agresywności oferuje również mnóstwo wrażeń estetycznych i głównie im je polecam.

shub niggurath




sobota, 24 stycznia 2026

Recenzja Ellende „Zerfall”

 

Ellende

„Zerfall”

AOP Rec. 2026

Tak szczerze, to nie przepadam za post black metalem. Albo może inaczej – nie jest to mój ulubiony odłam gatunku. Raczej ten najmniej. Bo, pomijając już całą tą filozofię, czym ów „post” jest, i czy w ogóle jest to black metal, dziewięćdziesiąt pięć procent zespołów szukających nowych ścieżek muzycznych podpinających się pod łatkę „black” zdaje mi się robić to na siłę, tudzież pod publiczkę, w nadziei, że trafią może na podatny grunt. Niczym kiedyś francuski Elend (jakoś tak przypadkowo akurat podobna nazwa), który tak udanie podbił serca szukających nowych wrażeń „metalowców”, że po kilku latach biły się o niego największe wytwórnie. No dobra, ale miałem wam streścić Ellende, a schodzę z tematu. No to streszczam, choć album trwa niemal okrągłą godzinę, więc teoretycznie pełen powinien być smaczków, klimatów i wszelakich inspiracji przeróżnych. Chuja prawda! Ellende w zasadzie kręci się wokół pewnego schematu, na zasadzie black metal (nudny, że rzygać się chce) – zwolnienie – motyw akustyczny – szybciej i znów nijako, na riffie który ma sto tysięcy lat – akordeon czy inne pianinko – jęki stęki i klimacik – powtórz, i od nowa. No jakoś tak w ten deseń. „Zerfall” jest już szóstym albumem tego jednoosobowego projektu z Austriii, ale powiem szczerze, nie czuję najmniejszej potrzeby sprawdzania wcześniejszych dokonań tego pana. Najwyraźniej jest to kolejny umuzykalniony, jak mu się zdaje, me(ga)loman, uważający się za mesjasza naszych czasów. A po prawdzie, kompozycje na tym krążku są tak wtórne, tak banalne, że i paczka Aviomarinu nie pomoże powstrzymać posiłku przed nawrotem z tourne po układzie pokarmowym. Banalne są tu wokale, i to te skrzeczane, i te „mrocznie” śpiewane czy deklamowane, banalne (w chuj banalne!) linie gitarowe, natrętne akustyczne przeszkadzajki i innego rodzaju wepchnięte bez ładu i składu dodatki. Serio, facet myśli, że jak zestawi motyw na pianinku z szybkim tremolo kategorii C, pierdolnie motyw na skrzypkach i pośpiewa do tego w swoim narodowym, to jest taki zajebisty? Ten album jest najlepszym przykładem na to, jak się rzekomego „post metalu” nie gra, i jeśli ktoś mi kiedyś jeszcze powie, że jestem taki „och, ach, ortodoks na siłę”, to mu wepchnę ten album do gardła i każę przeżuwać przez pięćdziesiąt osiem minut z haczykiem. No gówno to jest, rzadkie niesłychanie. Nie słuchajcie tego nawet, bo mi was będzie żal.  Idę w chuj, bo mi się nie chce o tym dłużej pisać. Nara.

- jesusatan




Recenzja Total Annihilation „Mountains of Madness”

 

Total Annihilation

„Mountains of Madness”

Testimony Records 2026

To już dwudziestoletnia kapela, ale niezbyt płodna, bo właśnie wydała dopiero czwartą płytę. Może długość stażu nie przekłada się na ilość albumów, lecz słabej jakości zarzucić tym czterem Szwajcarom nie można. Thrash metal jaki oferują nie niesie niczego nowego i mocno zakorzeniony jest w latach osiemdziesiątych. To ta sama rytmika i dynamika zapodana za pomocą riffów w średnim i szybkim tempie, które Total Annihilation okrasza idealnie wpasowanymi solówkami. Co wyróżnia muzykowanie tej brygady, to odpowiednio dociążone gitary, które dodatkowo zagęszcza dość nisko nastrojona sekcja rytmiczna, a to skutkuje mocnym skrętem w rejony death metalowe więc określenie grania tego kwartetu jako „thrash-death”, nie powinno być w żadnym razie błędem. Zresztą nie tylko w barwie instrumentów słychać ciężkość, ponieważ akordy poza charakterystycznym dla thrashu biczowaniem, potrafią wybornie pognieść i za sprawą swego ponurego charakteru, zsyłają sporo morowego powietrza. W ogóle mało na „Mountains of Madness” jest żywiołowego i delikatnie beztroskiego kostkowania w stylu Bay Area, a jeśli się już pojawia, to bliżej mu do agresywniejszych, europejskich zespołów jak chociażby Sodom czy Kreator. Mimo obecności tych elementów i tak przeważają te mroczne oraz ciężkie formy, które wyraźnie brutalizują tutejsze kompozycje, a także nadają im interesującej atmosferyczności. To intensywny metal nawet jeśli płynie w wolnym i średnim tempie, skutecznie miażdżąc i zaskakując różnorodnością pomysłów jego twórców. Soczysty i zarazem łatwo przyswajalny thrash-death, w którym gitara rytmiczna prowadzi fantastyczny dialog z solową, bębny i bas dostarczają głębokich dołów, a całości towarzyszą niezłe wokalizy. Dobrze wyprodukowana produkcja, ale niepozbawiona szorstkości i brudu. Dewastuje od pierwszych chwil więc sprawdzajcie, ponieważ to naprawdę świetne granie.

shub niggurath




piątek, 23 stycznia 2026

Recenzja Vorago „Morulus”

 

Vorago

„Morulus”

Amor Fati 2026

Istnieje, lub istniało, już kilka zespołów o widocznej powyżej nazwie, jednak żaden z nich jakoś specjalnie na scenie nie zaistniał. Ten Vorago, to twór międzynarodowy, bowiem w jego skład wchodzą muzycy z Niemiec i Meksyku. „Morulus” to ich debiutancki mini, którego premiera będzie miała miejsce w drugiej połowie lutego. Zawiera on nieco ponad pół godziny black metalu z naleciałościami gatunków pobocznych. Pierwsze skojarzenia jakie przychodzą mi do głowy po włączeniu tych nagrań, to Possession. Jest to bowiem podobnie motoryczne granie, głównie na wyższych obrotach, przeważnie z typowym automatycznym riffowaniem i perkusyjnym rytmem, przypominającym pracę tłoków w silniku jakiejś wojennej machiny. Zresztą praca gitar jest tutaj chyba największą zaletą, bowiem partie tego instrumentu są bardzo intensywne, nacierające na słuchacza z niebywałą mocą. I to bez względu, czy mielą niczym rozdrabniarka, jak w otwierającym całość „Torquemada”, czy zdecydowanie wolniej („Negative Response”), przeżuwając nas niczym bagienny potwór, ich ciężar jest wyraźnie odczuwalny. Spora w tym zaleta brzmienia, które jest bardziej death / doom metalowe niż stricte z gatunku black. Podobnie zresztą, jak u wspomnianych wcześniej Belgów. Chwilami można też wyczuć w tych kompozycjach ducha wczesnego Mayhem, gdzie indziej przewinie się masywny riff śmierć metalowy, a nawet jakiś war metalowy ślizg. W efekcie, dźwięki kreowane przez Vorago rażą zarówno ciężarem, jak i dość chwytliwą, ale nie ckliwą, melodią, o której panowie bynajmniej nie zapomnieli. Ta muzyka ma niezaprzeczalny, swoisty groove , ale i przy okazji ostre pierdolnięcie, bo wielokrotnie pięść sama się zaciska i wędruje w górę (zwłaszcza jak wjeżdża taki oldskulowy, praktycznie thrashowy moment jak w „Darkhammer”). Trzeba też napomknąć zdanie o wokalach. Te, głównie oscylują gdzieś pomiędzy deathmetalowy growlem a blackmetalowy krzykiem, i tylko miejscami schodzą głęboko w katakumby, zwłaszcza gdy przechodzimy w masywny, wolny riff. Z kolei w utworze tytułowym, pod koniec, przyjmują czystą barwę rytualną. Panowie żadnej rewolucji nie przeprowadzają, opierając się raczej na starych wzorcach, a mimo to ich debiutancki materiał ma w sobie nieco świeżości, i nie jest jedynie bezpośrednim powielaniem tego, co już milion razy słyszeliśmy. Bardzo dobre otwarcie w wykonaniu Vorago. I świetna okładka, która od razu przyciąga oko. W tym przypadku, jak najbardziej słusznie.

- jesusatan