Invictus
„Nocturnal Visions”
Memento Mori (2026)
Sześć
lat kazali nam czekać Japończycy z Invictus na następcę „The Catacombs Of
Fear”. Czy warto było? Moim zdaniem tak. Najgorszymi rzeczami jakie przydarzyły
się „Nocturnal Visions” jest paskudna okładka i tytuł błyskotliwy jak Fred
Flinstone. Sama muzyka zawarta na wspomnianym albumie również błyskotliwa nie
jest, ale w tym przypadku żaden to zarzut. Japończycy oferują klasyczny do
bólu, mięsisty i muskularny metal śmierci, w którym słychać sporo klasyki
europejskiego grania z Bolt Thrower, Asphyx i Siniter na czele oraz szczypty
amerykańskiego podgniatania spod znaku Bphomet. Mało tu technicznych
fajerwerków, instrumentalnej czy kompozytorskiej finezji. Riffy są grubo
ciosane i skuteczne. Niejednokrotnie można w tym wyczuć hardcorepunkową
podwalinę bo i w takową mocą i skutecznością miłośnicy sake atakują.
Skojarzenia z ich krajanami z Kruelty wydają się być całkiem na miejscu, przy
czym muzycy Invictus w większym stopniu operują deathmetalowym językiem. Nie
brakuje tu dobrych riffów, groovu i chwytliwości, przy czym te dźwięki nigdy
nie zapędzają się w przesadnie skoczne rewiry, co uważam za plus. Realizacyjnie
„Nocturnal Visions” także jest bez zarzutu proponując słuchaczowi dość twardy,
okrojony z przestrzeni sound, bliższy właśnie produkcjom hardcorowym niż
deathmetalowm. Potęguje to efekt wpierdolu, który muzyka Japończyków usiłuje
spuścić słuchaczowi i jest w tym skuteczna. Kręcenie nosem może się zacząć w
momencie, w którym ktoś oczekiwał po muzykach Invictus muzycznego progresu,
jakiegoś muzycznego rozwoju. Nic z tych rzeczy tutaj nie ma miejsca, „Nocturnal
Visions” jest ni mniej ni więcej jak kontynuacją tego, co zespół robił kilka
lat temu i jeśli ktoś był ciekawy w którym kierunku pójdzie twórczość
Japończyków, to poszła w żadnym. Dalej grają to samo, niczym nie zaskoczyli i
może być to ciut mało dla niektórych zważywszy na sześć lat oczekiwania. Ne
zmienia to faktu, że mamy tu do czynienia z dobrych albumem, który spokojnie
zadowoli zarówno miłośników bezpośredniego death metalu jak i fanów sceny
hardcore punk.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz