czwartek, 29 stycznia 2026

Recenzja Venthiax „Rites of Ra”

 

Venthiax

„Rites of Ra”

Dying Victims Productions 2026

Ten szwedzki tercet powstał w 2021 roku i od tamtego czasu nagrał demosa, dwa materiały koncertowe i epkę. Pod koniec lutego wrócą z mini-albumem, który niesie ze sobą sześć numerów, o żywiołowym charakterze. To thrash metal z wyraźną obecnością diabła więc tak naprawdę mamy tutaj do czynienia z dociążoną wersją tego „biczującego” gatunku. Dwóch Szwedów i ich koleżanka na basie mocno nawiązują do lat osiemdziesiątych, bo w tutejszych utworach można sporo wychwycić nawiązań do Sodom czy wczesnego Kreator, ale tak naprawdę Venthiax łoi skórę bez znaczników, które mogłyby wskazywać na jakąś zrzynkę. Jadą swoje i nie biorą jeńców. Leją szybkimi i ostrymi jak żyletki riffami w towarzystwie zdrowo napierdalającej perkusji i zagęszczającego basu. Wtórują im szorstkie powarkiwania wokalisty, który potrafi również zadziornie zapiszczeć, co dodatkowo wzmacnia ten retro styl. To w sumie nic czego byście już nie słyszeli, ale kopie dupę w fantastycznym stylu, bo te wszystkie smagające akordy, dzikie solówki i wściekłość zdają się być szczere. Słychać, że ta agresja, brud i sataniczna aura płyną prosto z tych młodych, skandynawskich serc. Stuprocentowy metal oparty na pierwotnych instynktach i tak też zagrany. Bez kompleksów, puszenia się czy udawania czegokolwiek. Trzech grajków wzięło instrumenty i mikrofon do rąk i skomponowali prosty i zadzierżysty thrash, który batoży aż miło, zsyłając przy okazji mnóstwo gęstej i piwnicznej atmosfery. Atmosfery wypełnionej zapachem siarki i smoły. Intensywnie, bestialsko i złowieszczo. Tak właśnie poczyna sobie Venthiax. Klasyczny, diabelski thrash metal bez żadnych kompromisów, w którym rozlega się stukot kopyt rogatego. Brać, słuchać i machać głową dla Szatana… aż odpadnie. Dzikie misterium. Amen.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz