Venthiax
„Rites
of Ra”
Dying Victims Productions 2026
Ten
szwedzki tercet powstał w 2021 roku i od tamtego czasu nagrał demosa, dwa
materiały koncertowe i epkę. Pod koniec lutego wrócą z mini-albumem, który
niesie ze sobą sześć numerów, o żywiołowym charakterze. To thrash metal z
wyraźną obecnością diabła więc tak naprawdę mamy tutaj do czynienia z dociążoną
wersją tego „biczującego” gatunku. Dwóch Szwedów i ich koleżanka na basie mocno
nawiązują do lat osiemdziesiątych, bo w tutejszych utworach można sporo
wychwycić nawiązań do Sodom czy wczesnego Kreator, ale tak naprawdę Venthiax
łoi skórę bez znaczników, które mogłyby wskazywać na jakąś zrzynkę. Jadą swoje
i nie biorą jeńców. Leją szybkimi i ostrymi jak żyletki riffami w towarzystwie
zdrowo napierdalającej perkusji i zagęszczającego basu. Wtórują im szorstkie
powarkiwania wokalisty, który potrafi również zadziornie zapiszczeć, co
dodatkowo wzmacnia ten retro styl. To w sumie nic czego byście już nie
słyszeli, ale kopie dupę w fantastycznym stylu, bo te wszystkie smagające
akordy, dzikie solówki i wściekłość zdają się być szczere. Słychać, że ta
agresja, brud i sataniczna aura płyną prosto z tych młodych, skandynawskich
serc. Stuprocentowy metal oparty na pierwotnych instynktach i tak też zagrany.
Bez kompleksów, puszenia się czy udawania czegokolwiek. Trzech grajków wzięło
instrumenty i mikrofon do rąk i skomponowali prosty i zadzierżysty thrash,
który batoży aż miło, zsyłając przy okazji mnóstwo gęstej i piwnicznej
atmosfery. Atmosfery wypełnionej zapachem siarki i smoły. Intensywnie,
bestialsko i złowieszczo. Tak właśnie poczyna sobie Venthiax. Klasyczny,
diabelski thrash metal bez żadnych kompromisów, w którym rozlega się stukot
kopyt rogatego. Brać, słuchać i machać głową dla Szatana… aż odpadnie. Dzikie
misterium. Amen.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz