środa, 7 stycznia 2026

Recenzja Putriditium „Fatal Offences”

 

Putriditium

„Fatal Offences”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Putriditium to całkiem nowy twór, który na dobrą sprawę nie miał jeszcze okazji zaznaczyć swojego bytu na scenie, bo za takowe trudno uznać jedyne demo, wypuszczone w roku dwudziestym trzecim, które zapewne słyszała garstka wybranych. A zespół to, mimo iż działający krótko, wcale nie składający się z muzycznych nowicjuszy, bowiem tworzący go duet ma, sięgające dość daleko w przeszłość, konotacje z takimi aktami jak Unholy czy Kurnugia (Ha! Zastanawiam się, czy ktoś to w ogóle pamięta!). Zatem dwaj starzy wyjadacze, po latach znajomości, postanowili założyć wspólnie jakiś projekt, który zgłębiałby meandry staroszkolnego śmierć metalu. I oto mamy Putriditium, i ich pełnometrażowy debiut nakładem meksykańskiego labelu. Jest to nieco ponad pół godziny death metalu (tak, o tym już wspomniałem) o niezbyt wyszukanym kształcie. Tym bardziej nie płynącego ze współczesnym, wymuskanym trendem, raczej stojącego w zdecydowanej do niego opozycji. Jest to death metal na wskroś obleśny, prymitywny, ociekający posoką i wijącymi się w gnijącej tkance larwami. Panowie grają dość schematycznie. To znaczy, głównie w tempie średnio – wolnym, budując swoje kompozycje na kilku zapętlonych, masywnych akordach, między które jedynie miejscami wrzucą jakąś melodię na drugim planie. Te sześć kawałków bardziej przypomina jakiś neandertalski rytuał w jaskini niż wirtuozerski pokaz umiejętności, co oczywiście nie oznacza, że muzycy się na swoich instrumentach nie znają. Owa prostota jest jak najbardziej zamierzona, bowiem Putriditium nie ma się, jak zakładam, „podobać”. Ma szerzyć obrzydzenie i zgniliznę, którą współczesny świat i tak jest przesiąknięty. Dudniące beczki, nisko strojone gitary, bulgoczący dość monotonnie (na zasadzie jakiegoś topielca, tudzież dopiero co powstałego z grobu zombie) wokal, i ta beznamiętna motoryka, przypominająca często proces wbijania w ziemię olbrzymich pali. Do tego bardzo zatęchłe, gęste brzmienie, przy którym można poczuć się, jakby ktoś nas zamknął w trumnie i zakopał. Prostota w przypadku Putriditium  jest w pełni uzasadniona, a cel obrany przez muzyków został, według mnie, w stu procentach osiągnięty. Chcecie trochę bagiennego bulgotania i oparów rozkładu? No to na co jeszcze czekacie? Sprawdzajcie „Fatal Offences”!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz