sobota, 24 stycznia 2026

Recenzja Ellende „Zerfall”

 

Ellende

„Zerfall”

AOP Rec. 2026

Tak szczerze, to nie przepadam za post black metalem. Albo może inaczej – nie jest to mój ulubiony odłam gatunku. Raczej ten najmniej. Bo, pomijając już całą tą filozofię, czym ów „post” jest, i czy w ogóle jest to black metal, dziewięćdziesiąt pięć procent zespołów szukających nowych ścieżek muzycznych podpinających się pod łatkę „black” zdaje mi się robić to na siłę, tudzież pod publiczkę, w nadziei, że trafią może na podatny grunt. Niczym kiedyś francuski Elend (jakoś tak przypadkowo akurat podobna nazwa), który tak udanie podbił serca szukających nowych wrażeń „metalowców”, że po kilku latach biły się o niego największe wytwórnie. No dobra, ale miałem wam streścić Ellende, a schodzę z tematu. No to streszczam, choć album trwa niemal okrągłą godzinę, więc teoretycznie pełen powinien być smaczków, klimatów i wszelakich inspiracji przeróżnych. Chuja prawda! Ellende w zasadzie kręci się wokół pewnego schematu, na zasadzie black metal (nudny, że rzygać się chce) – zwolnienie – motyw akustyczny – szybciej i znów nijako, na riffie który ma sto tysięcy lat – akordeon czy inne pianinko – jęki stęki i klimacik – powtórz, i od nowa. No jakoś tak w ten deseń. „Zerfall” jest już szóstym albumem tego jednoosobowego projektu z Austriii, ale powiem szczerze, nie czuję najmniejszej potrzeby sprawdzania wcześniejszych dokonań tego pana. Najwyraźniej jest to kolejny umuzykalniony, jak mu się zdaje, me(ga)loman, uważający się za mesjasza naszych czasów. A po prawdzie, kompozycje na tym krążku są tak wtórne, tak banalne, że i paczka Aviomarinu nie pomoże powstrzymać posiłku przed nawrotem z tourne po układzie pokarmowym. Banalne są tu wokale, i to te skrzeczane, i te „mrocznie” śpiewane czy deklamowane, banalne (w chuj banalne!) linie gitarowe, natrętne akustyczne przeszkadzajki i innego rodzaju wepchnięte bez ładu i składu dodatki. Serio, facet myśli, że jak zestawi motyw na pianinku z szybkim tremolo kategorii C, pierdolnie motyw na skrzypkach i pośpiewa do tego w swoim narodowym, to jest taki zajebisty? Ten album jest najlepszym przykładem na to, jak się rzekomego „post metalu” nie gra, i jeśli ktoś mi kiedyś jeszcze powie, że jestem taki „och, ach, ortodoks na siłę”, to mu wepchnę ten album do gardła i każę przeżuwać przez pięćdziesiąt osiem minut z haczykiem. No gówno to jest, rzadkie niesłychanie. Nie słuchajcie tego nawet, bo mi was będzie żal.  Idę w chuj, bo mi się nie chce o tym dłużej pisać. Nara.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz