Ellende
„Zerfall”
AOP Rec. 2026
Tak szczerze, to nie przepadam za post black
metalem. Albo może inaczej – nie jest to mój ulubiony odłam gatunku. Raczej ten
najmniej. Bo, pomijając już całą tą filozofię, czym ów „post” jest, i czy w
ogóle jest to black metal, dziewięćdziesiąt pięć procent zespołów szukających
nowych ścieżek muzycznych podpinających się pod łatkę „black” zdaje mi się
robić to na siłę, tudzież pod publiczkę, w nadziei, że trafią może na podatny
grunt. Niczym kiedyś francuski Elend (jakoś tak przypadkowo akurat podobna
nazwa), który tak udanie podbił serca szukających nowych wrażeń „metalowców”,
że po kilku latach biły się o niego największe wytwórnie. No dobra, ale miałem
wam streścić Ellende, a schodzę z tematu. No to streszczam, choć album trwa
niemal okrągłą godzinę, więc teoretycznie pełen powinien być smaczków, klimatów
i wszelakich inspiracji przeróżnych. Chuja prawda! Ellende w zasadzie kręci się
wokół pewnego schematu, na zasadzie black metal (nudny, że rzygać się chce) –
zwolnienie – motyw akustyczny – szybciej i znów nijako, na riffie który ma sto
tysięcy lat – akordeon czy inne pianinko – jęki stęki i klimacik – powtórz, i
od nowa. No jakoś tak w ten deseń. „Zerfall” jest już szóstym albumem tego
jednoosobowego projektu z Austriii, ale powiem szczerze, nie czuję najmniejszej
potrzeby sprawdzania wcześniejszych dokonań tego pana. Najwyraźniej jest to
kolejny umuzykalniony, jak mu się zdaje, me(ga)loman, uważający się za mesjasza
naszych czasów. A po prawdzie, kompozycje na tym krążku są tak wtórne, tak
banalne, że i paczka Aviomarinu nie pomoże powstrzymać posiłku przed nawrotem z
tourne po układzie pokarmowym. Banalne są tu wokale, i to te skrzeczane, i te „mrocznie”
śpiewane czy deklamowane, banalne (w chuj banalne!) linie gitarowe, natrętne
akustyczne przeszkadzajki i innego rodzaju wepchnięte bez ładu i składu
dodatki. Serio, facet myśli, że jak zestawi motyw na pianinku z szybkim tremolo
kategorii C, pierdolnie motyw na skrzypkach i pośpiewa do tego w swoim
narodowym, to jest taki zajebisty? Ten album jest najlepszym przykładem na to,
jak się rzekomego „post metalu” nie gra, i jeśli ktoś mi kiedyś jeszcze powie,
że jestem taki „och, ach, ortodoks na siłę”, to mu wepchnę ten album do gardła
i każę przeżuwać przez pięćdziesiąt osiem minut z haczykiem. No gówno to jest,
rzadkie niesłychanie. Nie słuchajcie tego nawet, bo mi was będzie żal. Idę w chuj, bo mi się nie chce o tym dłużej
pisać. Nara.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz