Skulld
„Abyss Calls to Abyss”
Time To Kill Rec. 2026
Wiele hybryd już w życiu słyszałem, a mimo to, nawet
po trwającej niemal czterdzieści lat przygodzie z metalem, trafiają się
zespoły, które potrafią mnie solidnie zaskoczyć. I wcale nie mówię tu o
nowoczesnych wynalazkach, awangardach, czy wizjonerach. Tylko o mieszaniu
podstawowej, każdemu znanej palecie barw. No, kurwa, kto z was wpadłby na to,
żeby połączyć Bolt Thrower ze staroszkolnym, wkurwionym punkiem? Albo jestem w
tej chwili tak najebany, że nie kojarzę faktów, albo podobnych wariacji jak
żyję nie słyszałem. Dobra, od razu, żeby nie było, Skulld to nie jest łączeniem
w proporcjach pięćdziesiąt do pięćdziesiąt, lecz dwa wymienione przed chwilą
gatunku (odłamy) przewijają się na „Abyss Call to Abyss” najczęściej. Italiańcy
tworzą silnie łatwopalną mieszankę, opartą na bardzo prostych, chwilami wręcz
prymitywnych, akordach, z ciężkimi zwolnieniami, czy też najazdami pancernymi w
stylu klasyków z Coventry. Serio, znajdziecie tu tyle nawiązań do Brytoli, że
podobna ilość rodzynek w serniku niejednego przyprawiłaby o niepowstrzymany
ślinotok przy samym tylko patrzeniu. Natomiast pozostała sernikowa masa w
postaci klasycznego death metalu z lat dziewięćdziesiątych, z silną doprawką
punkową, stanowią nie mniejszy smakołyk. Wyścigów o rekordy tutaj nie ma,
całość obraca się w tempie średnim, ewentualnie nieco szybszym, ale to
logiczne, skoro główną rolę na tym albumie odgrywają właśnie chwytliwe riffy.
To w nich cała moc, i nikomu nitro nie jest w tym przypadku potrzebne. A ta
huśtawka, prosto – ciężko – prosto – w chuj ciężko, nawet jeśli trochę
schematyczna, jest w wykonaniu Skulld naprawdę niezła, stąd nie da się przy
tych piosenkach nudzić. Pochwalić też muszę panią, która odpowiada tutaj za
wokale, bo jeśli nie wspomagała się w kilku momentach jakimiś końskimi
sterydami, to czapki z głów. Świetnie to brzmi, kosi niczym Kostucha we własnej
osobie, a łeb można sobie od napierdalania niejednokrotnie ukręcić przy samej
dupie. Z drugiej strony, nie jest to też album na miarę objawienia roku, jednak
na tyle solidna rzecz, że niejednemu maniakowi majty spadną do kostek. Ode mnie
pełna rekomendacja.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz