czwartek, 1 stycznia 2026

Recenzja Scorching Tomb „Ossuary”

 

Scorching Tomb

„Ossuary”

Time To Kill 2025

Scorching Tomb pochodzą z Montrealu, i, podług starego, dobrego zwyczaju, najpierw nagrali demo (a było to sześć lat temu), następnie, EP-kę, split, by wreszcie nadszedł czas na pełnowymiarowy debiut. Takim jest właśnie „Ossuary”, płyta zawierająca niemal pół godziny klasycznego, oldskulowego death metalu. Skoro piszę, że oldskulowego, to już wiadomo, że żadnych innowacji tutaj nie znajdziecie. W niczym to jednak nie wadzi, zwłaszcza że te osiem kawałków to mocarne pierdolnięcie kafarem prosto w twarz. I to wcale nie na najwyższych obrotach, bo Kanadyjczycy rozpędzają się nader rzadko, zazwyczaj trzymając średnie tempo, i częściej wciskając pedał hamulca niż gazu. Mówiąc konkretniej, albo bardziej porównawczo, materiał ten jest taką wypadkową pomiędzy Cannibal Corpse, Internal Bleding i Skinless. Panowie mielą bardzo gruboziarniście, niespiesznie, za to potężnie, często z pulsującymi riffami, rzucającymi na glebę niczym bokser wagi ciężkiej. Gdy się przyjrzeć bliżej, to najczęściej pojawiającym się schematem w kolejnych kompozycjach jest chyba właśnie ten Kannibalowy, gdzie z tempa średniego przechodzimy w charakterystyczne dla klasyków z Florydy nagłe przyspieszenie, acz dla przeciwwagi, za chwilę następuje maksymalnie ciężkie pierdolnięcie na zwolnionych obrotach. Skoro o Amerykanach, to nie sposób też nie wspomnieć o wokalach, podobnie jak u pana z największym karkiem na scenie, tasujących głębokie odrzygi z wejściami w rejestry wyższe, bardziej wrzaskliwe. Wracając do muzyki, to tu i tam przewinie się jakiś d-beat, gdzie indziej wejdzie melodia mocno wzywająca do potupania nóżką, jednak wszystko osadzone jest w jedynym prawionym śmierć metalowym klimacie. Pod względem produkcji materiał ten spełnia wszelkie standardy lat, do których twórcy bezpośrednio nawiązują, zatem można powiedzieć, iż wszystko jest na swoim miejscu. Mając na uwadze, że podobnych wydawnictw ukazuje się co miesiąc od cholery, albo jeszcze więcej, to „Ossuary”, kapkę bo kapkę, ale ponad szarą przeciętność się  wybija. Dlatego też, jeśli macie ochotę na tego typu siermiężne łupanie, to jest spora szansa, iż debiut Kanadoli wejdzie wam niczym nóż w podbrzusze. Z mojej strony Scorching Tomb mają pełną rekomendację, bo w swojej szufladce na pewno jest to granie z gatunku tych, które sprawdzić warto.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz