Martröð
„Draumsýnir Eldsins”
Debemur Morti 2025
Lubicie islandzki black metal? No nie wiem, na
przykład Skáphe albo Wormlust? Ja uwielbiam, wymienione zespoły szczególnie, i
rozpadu tego pierwszego bardzo żałuję do dziś. A w zasadzie do dziś żałowałem,
bowiem oto po dziewięciu latach od wydania debiutanckiej EP-ki, powraca z
pełnym debiutem Martröð, twór będący wynikiem kolaboracji A.P. i H.V.Lyngdal’a,
muzyków maczających wcześniej palce we… wspomnianych na samym początku
projektach. I powiem wam od razu, to doskonale słychać, bowiem w moich uszach Martröð
jest niczym dziecko Skáphe i Wormlust właśnie. Wyjątkowo udane dziecko, należy
nadmienić. Mimo iż krążek ten zawiera jedynie cztery kompozycje, trwające
łącznie trzydzieści siedem minut, to eksploduje takim bogactwem pomysłów, że
ich ogarnięcie nie jest zadaniem łatwym. I słowo „eksploduje” jest w tym
przypadku słowem – kluczem, bowiem to, w jaki sposób panowie balansują między
malowaniem pięknych, skutych lodem krajobrazów, a niespodziewanymi wybuchami
śnieżnych zamieci jest mistrzostwem świata. Ten balans jest dodatkowo tak
wyważony, tak niesamowicie dopracowany, by co chwilę czymś zaskakiwać. Bo
bynajmniej, nie ma tutaj schematów, i naprawdę ciężko przewidzieć, czy
szalejąca zamieć za chwilę ustanie, byśmy złapali chwilę oddechu i ogrzali się
przy ognisku, czy może rozszaleje się jeszcze bardziej. Panowie serwują nam
taką dawkę wirujących, wbijających się w głowę melodii, hipnotyzujących do
utraty tchu, że można dostać autentycznych zawrotów głowy. Natomiast lekkość, z
jaką przeplatają się kolejne harmonie powoduje, że można poczuć się jak w innym
wymiarze, w jakimś odrealnionym świecie baśni. Chaos tańczy z ładem a poezja
miesza się z szaleństwem. Także pod względem wokalnym, gdzie mamy prawdziwą paletę
ekspresji, kolorową niczym ogon pawia. Przeraźliwie intensywne wrzaski potrafią
wprowadzić do głowy ponadnaturalny niepokój, który po chwili kojony jest
pięknym i spokojnym śpiewem w tle, co wywołuje pewnego rodzaju uczucie
schizofrenii, tudzież narkotycznych majaków. Brzmienie tych nagrań jest,
podobnie jak same dźwięki, niesamowicie skomasowane i intensywne, jednocześnie
czyste niczym tafla lodu, byśmy mogli odnajdować kolejne skryte pod nią
smaczki. Bo wyłapanie ich wszystkich to zadanie wyłącznie dla tych, którzy do „Draumsýnir
Eldsins” przysiądą na dłużej, i poświęcą tej płycie należytą ilość uwagi. Dla
mnie jest to najlepszy album z gatunku islandzki black metal ubiegłego roku.
Fantastyczny materiał, sprawdzajcie koniecznie!
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz