wtorek, 13 stycznia 2026

Recenzja Martröð „Draumsýnir Eldsins”

 

Martröð

„Draumsýnir Eldsins”

Debemur Morti 2025

Lubicie islandzki black metal? No nie wiem, na przykład Skáphe albo Wormlust? Ja uwielbiam, wymienione zespoły szczególnie, i rozpadu tego pierwszego bardzo żałuję do dziś. A w zasadzie do dziś żałowałem, bowiem oto po dziewięciu latach od wydania debiutanckiej EP-ki, powraca z pełnym debiutem Martröð, twór będący wynikiem kolaboracji A.P. i H.V.Lyngdal’a, muzyków maczających wcześniej palce we… wspomnianych na samym początku projektach. I powiem wam od razu, to doskonale słychać, bowiem w moich uszach Martröð jest niczym dziecko Skáphe i Wormlust właśnie. Wyjątkowo udane dziecko, należy nadmienić. Mimo iż krążek ten zawiera jedynie cztery kompozycje, trwające łącznie trzydzieści siedem minut, to eksploduje takim bogactwem pomysłów, że ich ogarnięcie nie jest zadaniem łatwym. I słowo „eksploduje” jest w tym przypadku słowem – kluczem, bowiem to, w jaki sposób panowie balansują między malowaniem pięknych, skutych lodem krajobrazów, a niespodziewanymi wybuchami śnieżnych zamieci jest mistrzostwem świata. Ten balans jest dodatkowo tak wyważony, tak niesamowicie dopracowany, by co chwilę czymś zaskakiwać. Bo bynajmniej, nie ma tutaj schematów, i naprawdę ciężko przewidzieć, czy szalejąca zamieć za chwilę ustanie, byśmy złapali chwilę oddechu i ogrzali się przy ognisku, czy może rozszaleje się jeszcze bardziej. Panowie serwują nam taką dawkę wirujących, wbijających się w głowę melodii, hipnotyzujących do utraty tchu, że można dostać autentycznych zawrotów głowy. Natomiast lekkość, z jaką przeplatają się kolejne harmonie powoduje, że można poczuć się jak w innym wymiarze, w jakimś odrealnionym świecie baśni. Chaos tańczy z ładem a poezja miesza się z szaleństwem. Także pod względem wokalnym, gdzie mamy prawdziwą paletę ekspresji, kolorową niczym ogon pawia. Przeraźliwie intensywne wrzaski potrafią wprowadzić do głowy ponadnaturalny niepokój, który po chwili kojony jest pięknym i spokojnym śpiewem w tle, co wywołuje pewnego rodzaju uczucie schizofrenii, tudzież narkotycznych majaków. Brzmienie tych nagrań jest, podobnie jak same dźwięki, niesamowicie skomasowane i intensywne, jednocześnie czyste niczym tafla lodu, byśmy mogli odnajdować kolejne skryte pod nią smaczki. Bo wyłapanie ich wszystkich to zadanie wyłącznie dla tych, którzy do „Draumsýnir Eldsins” przysiądą na dłużej, i poświęcą tej płycie należytą ilość uwagi. Dla mnie jest to najlepszy album z gatunku islandzki black metal ubiegłego roku. Fantastyczny materiał, sprawdzajcie koniecznie!

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz