Ernte
„Der
schwarzen Flamme Vermächtnis”
Purity Through Fire 2026
Ernte
to założony w 2020 roku na szwajcarskiej ziemi, dwuosobowy projekt, który
rzeźbi w black metalu. Trzynastego lutego ukaże się ich czwarty album, który
zawierać będzie siedem numerów, opartych na drugofalowych wzorcach. Powinny one
zadowolić przede wszystkim miłośników surowego i tradycyjnego ujęcia tego
gatunku, ponieważ charakteryzują go lodowate i nieco zapiaszczone gitary,
wyłaniający się czasami z drugiego planu bas i delikatnie wycofana perkusja,
zaś to co wydobywa ze swojego gardła wokalistka, to całkiem jadowite wrzaski
więc jest tutaj zimno i diabelsko. Jest też dość pogańsko, bo melodie oraz
przeważające średnie tempo, a także mieszanka atmosferycznych i wojowniczych
akordów wyraźnie wskazuje na zainteresowanie Ernte czasami odległymi. Zatem przywołując
za pomocą „Der schwarzen Flamme Vermächtnis” pradawne moce, uderzają w klimaty
podobne do pierwszych wydawnictw takich grup jak chociażby Satyricon, gdzie
spotykały się ze sobą sataniczna agresja i tradycyjne chwytliwości, a wszystko
było okraszone tajemniczą i wpadającą niekiedy w epickość aurą. Tak też jest i
u tej dwójki Szwajcarów, która z pieczołowitością komponuje swoje utwory,
budując zmienne nastroje, wahające się między dzikimi uderzeniami chłodnych
riffów i tremolo oraz nastrojowym i nierzadko pełnym dramaturgii kostkowaniem. To
niby prosty black metal, ale pomimo niewielkiego skomplikowania, posiada w
sobie wiele niuansów, które przy uważnym przesłuchaniu tego materiału z
pewnością rzucą się wam w uszy. To surowe, ale gęste plecionki złożone z
przenikających się riffów i tremolando, które nieustannie zmieniając formę,
wciągają do swojego ponurego świata głębiej i głębiej. Płytę kończy, stojący w
opozycji do wcześniejszych numerów „Ritval Pyre”, który zapierdala niczym
blizzard, wykorzystując sporo punkowych wpływów i czystej wścieklizny w
syntezatorowej otoczce. Dewastuje bezkompromisowo, stawiając tym samym kropkę
nad i.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz