Internal Decay
“Fires of the Forgotten”
Hammerheart Rec. 2026
Jeszcze jeden powrót zza grobu… Oj namnożyło się
ostatnio tego typu wydawnictw. Jedne są bardziej, inne mniej warte uwagi.
Szwedzki Internal Decay aktywny był na początku lat dziewięćdziesiątych,
wydając wówczas demo oraz dużą płytę. Chłopaki jednak dość szybko się zawinęli,
co przy ówczesnej konkurencji jakoś nie spowodowało u mnie nieprzespanych nocy.
Dziś zespół powraca z nową EP-ką, która jest dość zaskakująca. Bo o ile trzon
zespołu w zasadzie jest jednaki z tym oryginalnym, to muzycznie jednak mamy
tutaj całkiem spory dysonans. Niby nie da się zaprzeczyć, że „A Forgotten
Dream” różnił się dość mocno od głównego rdzenia ówczesnej szwedzizny, uformowanego
przez „Left Hand Path”, i posiadał sporo elementów bardziej klimatycznych,
choćby w stylu Gorement, to jednak nie spodziewałem się, iż na „Fires of the
Forgotten” panowie wejdą głębiej w granie death / doomowe, bardziej
inspirowane, między innymi, sceną brytyjską niż krajową. Te trzy kompozycje to
taka mieszanka wcześniejszego Paradise Lost, Anathema czy Amorphis. Kompozycje
utrzymane są zatem w tempie wolniejszym, oparte na ciężkich akordach
przesiąkniętych zazwyczaj smutną melodią, tudzież zagranych w podniosłym tonie.
Sporo tu także akustycznych ozdobników i klawiszowych dodatków, mających
wprowadzić słuchacza w nostalgiczny nastrój. Niby wszystko OK., ale moim
zdaniem mało w tym wszystkim polotu, a za dużo zwykłego kopiowania klasyków. Bo
już w pierwszym na liście, utworze tytułowym, usłyszeć można bardzo dokładce
cytaty ze wspomnianego Amorphis (jakoś z okresu „Elegy”) i My Dying Bride.
Dalej jest podobnie, i na dobrą sprawę, nawet jeśli nagrania te trwają jedynie
siedemnaście minut, to trochę nużą. Przede wszystkim z tego względu, że do
mistrzów gatunku tym piosenkom jednak daleko, no chyba że weźmiemy pod uwagę
ich współczesną formę. Ponadto irytują mnie tu czyste wokale, a właściwie
chórki, które zamiast budować, kompletnie burzą jesienną atmosferę tego
wydawnictwa. Nie wiem dlaczego panowie nie nagrali tych utworów pod inną nazwą.
Nijak to się ma do wspomnianego na wstępie debiutu, i nie zmienia tego faktu
nawet celowe nawiązanie do niego w tytule. Dla mnie „Fires of the Forgotten” to
typowy plankton, wydawnictwo, którego słuchać się da, ale gdyby nie istniało,
świat niewiele by stracił. Chcecie zatem to sprawdzajcie. A nóż komuś się
bardziej spodoba.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz