czwartek, 29 stycznia 2026

Recenzja Internal Decay “Fires of the Forgotten”

 

Internal Decay

“Fires of the Forgotten”

Hammerheart Rec. 2026

Jeszcze jeden powrót zza grobu… Oj namnożyło się ostatnio tego typu wydawnictw. Jedne są bardziej, inne mniej warte uwagi. Szwedzki Internal Decay aktywny był na początku lat dziewięćdziesiątych, wydając wówczas demo oraz dużą płytę. Chłopaki jednak dość szybko się zawinęli, co przy ówczesnej konkurencji jakoś nie spowodowało u mnie nieprzespanych nocy. Dziś zespół powraca z nową EP-ką, która jest dość zaskakująca. Bo o ile trzon zespołu w zasadzie jest jednaki z tym oryginalnym, to muzycznie jednak mamy tutaj całkiem spory dysonans. Niby nie da się zaprzeczyć, że „A Forgotten Dream” różnił się dość mocno od głównego rdzenia ówczesnej szwedzizny, uformowanego przez „Left Hand Path”, i posiadał sporo elementów bardziej klimatycznych, choćby w stylu Gorement, to jednak nie spodziewałem się, iż na „Fires of the Forgotten” panowie wejdą głębiej w granie death / doomowe, bardziej inspirowane, między innymi, sceną brytyjską niż krajową. Te trzy kompozycje to taka mieszanka wcześniejszego Paradise Lost, Anathema czy Amorphis. Kompozycje utrzymane są zatem w tempie wolniejszym, oparte na ciężkich akordach przesiąkniętych zazwyczaj smutną melodią, tudzież zagranych w podniosłym tonie. Sporo tu także akustycznych ozdobników i klawiszowych dodatków, mających wprowadzić słuchacza w nostalgiczny nastrój. Niby wszystko OK., ale moim zdaniem mało w tym wszystkim polotu, a za dużo zwykłego kopiowania klasyków. Bo już w pierwszym na liście, utworze tytułowym, usłyszeć można bardzo dokładce cytaty ze wspomnianego Amorphis (jakoś z okresu „Elegy”) i My Dying Bride. Dalej jest podobnie, i na dobrą sprawę, nawet jeśli nagrania te trwają jedynie siedemnaście minut, to trochę nużą. Przede wszystkim z tego względu, że do mistrzów gatunku tym piosenkom jednak daleko, no chyba że weźmiemy pod uwagę ich współczesną formę. Ponadto irytują mnie tu czyste wokale, a właściwie chórki, które zamiast budować, kompletnie burzą jesienną atmosferę tego wydawnictwa. Nie wiem dlaczego panowie nie nagrali tych utworów pod inną nazwą. Nijak to się ma do wspomnianego na wstępie debiutu, i nie zmienia tego faktu nawet celowe nawiązanie do niego w tytule. Dla mnie „Fires of the Forgotten” to typowy plankton, wydawnictwo, którego słuchać się da, ale gdyby nie istniało, świat niewiele by stracił. Chcecie zatem to sprawdzajcie. A nóż komuś się bardziej spodoba.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz