piątek, 23 stycznia 2026

Recenzja Vorago „Morulus”

 

Vorago

„Morulus”

Amor Fati 2026

Istnieje, lub istniało, już kilka zespołów o widocznej powyżej nazwie, jednak żaden z nich jakoś specjalnie na scenie nie zaistniał. Ten Vorago, to twór międzynarodowy, bowiem w jego skład wchodzą muzycy z Niemiec i Meksyku. „Morulus” to ich debiutancki mini, którego premiera będzie miała miejsce w drugiej połowie lutego. Zawiera on nieco ponad pół godziny black metalu z naleciałościami gatunków pobocznych. Pierwsze skojarzenia jakie przychodzą mi do głowy po włączeniu tych nagrań, to Possession. Jest to bowiem podobnie motoryczne granie, głównie na wyższych obrotach, przeważnie z typowym automatycznym riffowaniem i perkusyjnym rytmem, przypominającym pracę tłoków w silniku jakiejś wojennej machiny. Zresztą praca gitar jest tutaj chyba największą zaletą, bowiem partie tego instrumentu są bardzo intensywne, nacierające na słuchacza z niebywałą mocą. I to bez względu, czy mielą niczym rozdrabniarka, jak w otwierającym całość „Torquemada”, czy zdecydowanie wolniej („Negative Response”), przeżuwając nas niczym bagienny potwór, ich ciężar jest wyraźnie odczuwalny. Spora w tym zaleta brzmienia, które jest bardziej death / doom metalowe niż stricte z gatunku black. Podobnie zresztą, jak u wspomnianych wcześniej Belgów. Chwilami można też wyczuć w tych kompozycjach ducha wczesnego Mayhem, gdzie indziej przewinie się masywny riff śmierć metalowy, a nawet jakiś war metalowy ślizg. W efekcie, dźwięki kreowane przez Vorago rażą zarówno ciężarem, jak i dość chwytliwą, ale nie ckliwą, melodią, o której panowie bynajmniej nie zapomnieli. Ta muzyka ma niezaprzeczalny, swoisty groove , ale i przy okazji ostre pierdolnięcie, bo wielokrotnie pięść sama się zaciska i wędruje w górę (zwłaszcza jak wjeżdża taki oldskulowy, praktycznie thrashowy moment jak w „Darkhammer”). Trzeba też napomknąć zdanie o wokalach. Te, głównie oscylują gdzieś pomiędzy deathmetalowy growlem a blackmetalowy krzykiem, i tylko miejscami schodzą głęboko w katakumby, zwłaszcza gdy przechodzimy w masywny, wolny riff. Z kolei w utworze tytułowym, pod koniec, przyjmują czystą barwę rytualną. Panowie żadnej rewolucji nie przeprowadzają, opierając się raczej na starych wzorcach, a mimo to ich debiutancki materiał ma w sobie nieco świeżości, i nie jest jedynie bezpośrednim powielaniem tego, co już milion razy słyszeliśmy. Bardzo dobre otwarcie w wykonaniu Vorago. I świetna okładka, która od razu przyciąga oko. W tym przypadku, jak najbardziej słusznie.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz