Vorago
„Morulus”
Amor Fati 2026
Istnieje, lub istniało, już kilka zespołów o
widocznej powyżej nazwie, jednak żaden z nich jakoś specjalnie na scenie nie
zaistniał. Ten Vorago, to twór międzynarodowy, bowiem w jego skład wchodzą
muzycy z Niemiec i Meksyku. „Morulus” to ich debiutancki mini, którego premiera
będzie miała miejsce w drugiej połowie lutego. Zawiera on nieco ponad pół
godziny black metalu z naleciałościami gatunków pobocznych. Pierwsze
skojarzenia jakie przychodzą mi do głowy po włączeniu tych nagrań, to Possession.
Jest to bowiem podobnie motoryczne granie, głównie na wyższych obrotach, przeważnie
z typowym automatycznym riffowaniem i perkusyjnym rytmem, przypominającym pracę
tłoków w silniku jakiejś wojennej machiny. Zresztą praca gitar jest tutaj chyba
największą zaletą, bowiem partie tego instrumentu są bardzo intensywne,
nacierające na słuchacza z niebywałą mocą. I to bez względu, czy mielą niczym
rozdrabniarka, jak w otwierającym całość „Torquemada”, czy zdecydowanie wolniej
(„Negative Response”), przeżuwając nas niczym bagienny potwór, ich ciężar jest
wyraźnie odczuwalny. Spora w tym zaleta brzmienia, które jest bardziej death /
doom metalowe niż stricte z gatunku black. Podobnie zresztą, jak u wspomnianych
wcześniej Belgów. Chwilami można też wyczuć w tych kompozycjach ducha wczesnego
Mayhem, gdzie indziej przewinie się masywny riff śmierć metalowy, a nawet jakiś
war metalowy ślizg. W efekcie, dźwięki kreowane przez Vorago rażą zarówno
ciężarem, jak i dość chwytliwą, ale nie ckliwą, melodią, o której panowie
bynajmniej nie zapomnieli. Ta muzyka ma niezaprzeczalny, swoisty groove , ale i
przy okazji ostre pierdolnięcie, bo wielokrotnie pięść sama się zaciska i
wędruje w górę (zwłaszcza jak wjeżdża taki oldskulowy, praktycznie thrashowy moment
jak w „Darkhammer”). Trzeba też napomknąć zdanie o wokalach. Te, głównie
oscylują gdzieś pomiędzy deathmetalowy growlem a blackmetalowy krzykiem, i
tylko miejscami schodzą głęboko w katakumby, zwłaszcza gdy przechodzimy w
masywny, wolny riff. Z kolei w utworze tytułowym, pod koniec, przyjmują czystą
barwę rytualną. Panowie żadnej rewolucji nie przeprowadzają, opierając się
raczej na starych wzorcach, a mimo to ich debiutancki materiał ma w sobie nieco
świeżości, i nie jest jedynie bezpośrednim powielaniem tego, co już milion razy
słyszeliśmy. Bardzo dobre otwarcie w wykonaniu Vorago. I świetna okładka, która
od razu przyciąga oko. W tym przypadku, jak najbardziej słusznie.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz