Dwellnought
„Monolith of Ephemerality”
Caligari Records (2026)
Z włoską sceną metalową jakoś nigdy nie było mi szczególnie po drodze, zwłaszcza jeśli mówimy o zespołach uprawiających bardziej konwencjonalne formaty metalowego rzemiosła. Inaczej się sprawa ma z projektami awangardowymi i poszukującymi – tu barokowy przepych i inwencja twórcza jest na tyle duża, że o wiele łatwiej mi wyłuskać składowe, które mi się podobają lub mnie intrygują. Kwartet Dwellnought zdecydowanie bliższy jest tej drugiej kategorii, bo choć nie są to frapujące wynaturzenia rodem z I, Voidhanger Records, to i tak jest to bardzo dalekie od ogólnie przyjętych schematów. Aby nie zamulać czytelnika powiem prosto z mostu, że w tym przypadku mamy do czynienia z blackdoomem, który mocno lubuje się w zgrzytach, sprzężeniach i hałasie. I pisząc blackdoom mam tu faktycznie na myśli black metal i doom metal, a nie żadne okołowarmetalowe ściany dźwięku. Muzyka Włochów brzmi masywnie, potężnie i złowieszczo, a przy tym wystarczająco abstrakcyjnie i nieuchwytnie, aby niejednokrotnie wywoływać u słuchacza marszczenie brwi. Posuwiste tempo jest tu czynnikiem wyraźnie wspomagającym budowanie klimatu czyniąc z „Monolith Of Ephemerality” tytułowy monolit, twór, który należy chłonąć jako całość. I w takiej formie odbieram ten album jako naprawdę ciekawy i dobry. Trochę mniej robię się zaciekawiony gdy sprowadzam te dźwięki na poziom detalu. Snujące się akordy, długie kompozycje, które z meandrujących, metalowych fraz uciekają w noise zdają egzamin bardziej na krótszą niż dłuższą metę. Wkrada się tu niestety pewien schemat metal-noise, który powielany jest trochę w kolejnych kompozycjach i gubi mają uwagę jako słuchacza, a niejednokrotne gasi moje zainteresowani. Tu jest trochę tak, że niby się dzieje, ale jednak trochę się nie dzieje. Nie potrafię się do końca wkręcić w te rozwleczone, zmierzające w nieznane motywy, które w moim odczuciu nigdy nie osiągają oczekiwanej kulminacji. A potem przychodzi koniec płyty i mam poczucie satysfakcji, zafrapowania, zainteresowania, które sprawia, że puszczam ten materiał jeszcze raz. Może debiut Dwellnough jest growerem, który jeszcze we mnie nie dojrzał, a może osiągnął już poziom, którego już nie przeskoczy, bo kolejne odsłuchy trzymają mnie we wspomnianej wyżej pętli czekając aż się poddam. Ne wiem. Ale wiem, że jest to album, którego na pewno warto posłuchać i samemu ocenić. Polecam, bo to niegłupia muzyka.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz