Archvile King
„Aux Heures Désespérées”
Les Acteurs de l'Ombre Prod. 2026
Nie, no kurwa, bez jaj. Co to ma być? Jakiś
średniowieczny black metal? Już w chwili kiedy odfoliowywałem tą płytę
zaczynało mnie mdlić. Jakiś gnijący rycerz na okładce, w środku grafiki zamków,
jakiś wbity w ziemię miecz… Tylko smoków brakuje. Jeszcze rzut okiem do
załączonej ulotki promocyjnej, gdzie napisano, że „Aux Heures Désespérées” to
drugi album solowego (no, pięknie, pięknie, coraz lepiej) projektu jakiegoś
żabojada, opowiadający dalsze losy Króla Robala. Jakim cudem ostatecznie ten
cedek trafił zatem do mojego odtwarzacza pozostanie niewyjaśnioną, alogiczną
zagadką, ale powiem wam, że jak już przebrnąłem przez te circa trzy kwadranse,
to… zaraz odpaliłem ten album ponownie. I jeszcze raz, i znów… Po kilku rundach
sam się z siebie śmiałem, że oto w gatunku muzycznym, który stoi u mnie gdzieś
tam, na szóstej linii, z którego chwilami wręcz nieco szydzę, potrafiłem
znaleźć (a tam „znaleźć”, podsunięto mi ją pod nos bezczelnie) coś tak
interesującego. Słuchajcie… Na tym albumie jest wszystko, czego w
średniowiecznym metalu zabraknąć nie może. Są blackmetalowe melodie, chwilami
bardzo, ale to bardzo chwytliwe, są wstawki akustyczne, są elementy
zaczerpnięte bezpośrednio z klasyki heavy metalu, nieco ostrzejsze, thrashowe
akordy, dźwięki na kształt jakichś starodawnych dzwonków, odgłosy paszczą (czy
to owe „smoki”?), a nawet dungeon synth’owy kawałek na zakończenie. Tylko że!
Archvile King jest dla mnie doskonałym przykładem, jak można to wszystko
poskładać w taki sposób, by nie brzmiało banalnie, patetycznie, czy wręcz
śmiesznie. Wspomniane elementy klasycznego heavy / thrash zostały tutaj
wplecione w tak niesamowicie nieodstający od całości, a przywołujący
wspomnienia starej szkoły, sposób, że szczęka spada na podłogę (najlepszym
przykładem niech będzie „À ces batailles abandonnées”, gdzie wjeżdża taki riff,
że aż się poderwałem z krzesła). Sporo tu także norweskich melodii z okresu
drugiej fali, a także odrobiny harmonii… folkowych. I znów, nie chamsko
wrzuconych na chybił – trafił, tylko bardzo umiejętnie wplecionych w
blackmetalową stylistykę, wyważonych i dozowanych tak, by nie śmierdziało
cepelią. Z kolei wspomniany dungeon synth na zakończenie to fantastyczna, niby
prosta, ale jakże klimatyczna, kompozycja, po której chce się na pole
średniowiecznych bitew powrócić ponownie. „Aux Heures Désespérées” to album
faktycznie opowiadający historię, nawet bez zagłębiania się w jej sens (słabo u
mnie z francuskim, a to właśnie w języku narodowym muzyk ją wyśpiewuje), czysto
muzycznie, cholernie ciekawą i intrygującą. Jeszcze kilka dni temu dałbym sobie
uciąć rękę, że muzyka z tego gatunku nie ma u mnie najmniejszych szans na
zainteresowanie. I wiecie, co? I bym teraz, kurwa, nie miał ręki. Sprawdźcie tą
płytę koniecznie, zwłaszcza jeśli wspomniany tu „średniowieczny metalem” wywołuje
u was uśmieszek politowania. Dla mnie jedno z największych zaskoczeń kończącego
się właśnie roku dwudziestego piątego (oficjalna premiera albumu w drugiej
połowie stycznia). Świetny materiał, i świetny dowód, że w każdym gatunku można
skomponować coś wyjątkowego. Tylko trzeba umieć.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz