sobota, 3 stycznia 2026

Recenzja Archvile King „Aux Heures Désespérées”

 

Archvile King

„Aux Heures Désespérées”

Les Acteurs de l'Ombre Prod. 2026

 


Nie, no kurwa, bez jaj. Co to ma być? Jakiś średniowieczny black metal? Już w chwili kiedy odfoliowywałem tą płytę zaczynało mnie mdlić. Jakiś gnijący rycerz na okładce, w środku grafiki zamków, jakiś wbity w ziemię miecz… Tylko smoków brakuje. Jeszcze rzut okiem do załączonej ulotki promocyjnej, gdzie napisano, że „Aux Heures Désespérées” to drugi album solowego (no, pięknie, pięknie, coraz lepiej) projektu jakiegoś żabojada, opowiadający dalsze losy Króla Robala. Jakim cudem ostatecznie ten cedek trafił zatem do mojego odtwarzacza pozostanie niewyjaśnioną, alogiczną zagadką, ale powiem wam, że jak już przebrnąłem przez te circa trzy kwadranse, to… zaraz odpaliłem ten album ponownie. I jeszcze raz, i znów… Po kilku rundach sam się z siebie śmiałem, że oto w gatunku muzycznym, który stoi u mnie gdzieś tam, na szóstej linii, z którego chwilami wręcz nieco szydzę, potrafiłem znaleźć (a tam „znaleźć”, podsunięto mi ją pod nos bezczelnie) coś tak interesującego. Słuchajcie… Na tym albumie jest wszystko, czego w średniowiecznym metalu zabraknąć nie może. Są blackmetalowe melodie, chwilami bardzo, ale to bardzo chwytliwe, są wstawki akustyczne, są elementy zaczerpnięte bezpośrednio z klasyki heavy metalu, nieco ostrzejsze, thrashowe akordy, dźwięki na kształt jakichś starodawnych dzwonków, odgłosy paszczą (czy to owe „smoki”?), a nawet dungeon synth’owy kawałek na zakończenie. Tylko że! Archvile King jest dla mnie doskonałym przykładem, jak można to wszystko poskładać w taki sposób, by nie brzmiało banalnie, patetycznie, czy wręcz śmiesznie. Wspomniane elementy klasycznego heavy / thrash zostały tutaj wplecione w tak niesamowicie nieodstający od całości, a przywołujący wspomnienia starej szkoły, sposób, że szczęka spada na podłogę (najlepszym przykładem niech będzie „À ces batailles abandonnées”, gdzie wjeżdża taki riff, że aż się poderwałem z krzesła). Sporo tu także norweskich melodii z okresu drugiej fali, a także odrobiny harmonii… folkowych. I znów, nie chamsko wrzuconych na chybił – trafił, tylko bardzo umiejętnie wplecionych w blackmetalową stylistykę, wyważonych i dozowanych tak, by nie śmierdziało cepelią. Z kolei wspomniany dungeon synth na zakończenie to fantastyczna, niby prosta, ale jakże klimatyczna, kompozycja, po której chce się na pole średniowiecznych bitew powrócić ponownie. „Aux Heures Désespérées” to album faktycznie opowiadający historię, nawet bez zagłębiania się w jej sens (słabo u mnie z francuskim, a to właśnie w języku narodowym muzyk ją wyśpiewuje), czysto muzycznie, cholernie ciekawą i intrygującą. Jeszcze kilka dni temu dałbym sobie uciąć rękę, że muzyka z tego gatunku nie ma u mnie najmniejszych szans na zainteresowanie. I wiecie, co? I bym teraz, kurwa, nie miał ręki. Sprawdźcie tą płytę koniecznie, zwłaszcza jeśli wspomniany tu „średniowieczny metalem” wywołuje u was uśmieszek politowania. Dla mnie jedno z największych zaskoczeń kończącego się właśnie roku dwudziestego piątego (oficjalna premiera albumu w drugiej połowie stycznia). Świetny materiał, i świetny dowód, że w każdym gatunku można skomponować coś wyjątkowego. Tylko trzeba umieć.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz