piątek, 30 stycznia 2026

Recenzja Sanctvs „De l'abîme au Plérôme”

 

Sanctvs

„De l'abîme au Plérôme”

Osmose Prod. 2026

Debiutancki album tego jednoosobowego projektu z Kanady ukazał się sześć lat temu. Ukazał się… i w zasadzie tyle starczy o nim powiedzieć, bowiem przeszedł u mnie całkowicie bez echa. Jako iż jednak korci mnie czasem, by sprawdzić zespół, który teoretycznie powinienem skreślić z listy zainteresować, sięgnąłem sobie po najnowszy materiał pana Mortheosa. A nóż się chłopak przez te kilka lat wyrobił. „De l'abîme au Plérôme” to czterdzieści trzy minuty black metalu. Śpiewanego po francusku, co być może natchnęło kultową kiedyś Osmose Productions do przytulenia Sanctvs pod swoimi skrzydłami. W sumie, po zapoznaniu się z tym krążkiem stwierdzić mogę, iż faktycznie, zespół ten pasuje do wspomnianego labelu jak ulał. Wiadomo, że w Osmose już od wielu lat dzieje się, poza nielicznymi wyjątkami, tak naprawdę niewiele. Kolejne wydawnictwa ukazują się… i w zasadzie tyle starczy o nich powiedzieć haha! Sanctvs takiego stanu rzeczy na pewno nie zmieni. Jest to bowiem black metal jakich wiele, kompletnie niczym nie wybijający się ponad średnią światową. Kompozycje są tu utrzymane przeważnie na wysokich obrotach, choć i elementów bardziej klimatycznych, czy akustycznych, kilka się na „De l'abîme au Plérôme” znajdzie. Całość inspirowana jest głównie drugą falą ze Skandynawii, choć z równie istotną domieszką grania francuskiego, głównie pod postacią charakterystycznych melodii i pojawiających się miejscowo dysonansów. Owe melodie nie są bynajmniej przesłodzone, bo niejednokrotnie zajedzie w nich norweskim szronem, jednak słuchając tych utworów mam wrażenie, że znam te harmonie na pamięć. Płyną sobie one swobodnie na przód, napędzane głównie tremolowym riffem, czasem podkreślane klawiszowym maźnięciem w tle, ale tak naprawdę wrażeń przy nich tyle, co u przewoźnika płynącego po raz setny wycieczkowcem po tej samej trasie. Na tym albumie wszystko jest poprawne. Poprawnie dobrane są proporcje, odpowiednio zróżnicowane aranżacje, klasyczny wokal, kilka razy przeplatany jakimiś deklamacjami albo zaśpiewami, poprawne jest brzmienie (choć bardziej przypominające drugą połowę lat dziewięćdziesiątych niż ich początek), znośna jest okładka. Tylko co z tego, skoro poza zapalonymi maniakami wszystkiego co blackmetalowe, mało kto będzie o tym wydawnictwie za miesiąc pamiętał. Za dużo jest ciekawszych propozycji na dzisiejszym runku muzycznym, by zatrzymywać się nad tym dłużej. Kto chce, niech się nad tym pochyli. Mnie to nie rusza. Trzeciego pełniaka sprawdzać już nie zamierzam.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz