Sanctvs
„De l'abîme au Plérôme”
Osmose Prod. 2026
Debiutancki album tego jednoosobowego projektu z
Kanady ukazał się sześć lat temu. Ukazał się… i w zasadzie tyle starczy o nim
powiedzieć, bowiem przeszedł u mnie całkowicie bez echa. Jako iż jednak korci
mnie czasem, by sprawdzić zespół, który teoretycznie powinienem skreślić z
listy zainteresować, sięgnąłem sobie po najnowszy materiał pana Mortheosa. A
nóż się chłopak przez te kilka lat wyrobił. „De l'abîme au Plérôme” to
czterdzieści trzy minuty black metalu. Śpiewanego po francusku, co być może
natchnęło kultową kiedyś Osmose Productions do przytulenia Sanctvs pod swoimi
skrzydłami. W sumie, po zapoznaniu się z tym krążkiem stwierdzić mogę, iż
faktycznie, zespół ten pasuje do wspomnianego labelu jak ulał. Wiadomo, że w
Osmose już od wielu lat dzieje się, poza nielicznymi wyjątkami, tak naprawdę
niewiele. Kolejne wydawnictwa ukazują się… i w zasadzie tyle starczy o nich
powiedzieć haha! Sanctvs takiego stanu rzeczy na pewno nie zmieni. Jest to
bowiem black metal jakich wiele, kompletnie niczym nie wybijający się ponad
średnią światową. Kompozycje są tu utrzymane przeważnie na wysokich obrotach,
choć i elementów bardziej klimatycznych, czy akustycznych, kilka się na „De
l'abîme au Plérôme” znajdzie. Całość inspirowana jest głównie drugą falą ze
Skandynawii, choć z równie istotną domieszką grania francuskiego, głównie pod
postacią charakterystycznych melodii i pojawiających się miejscowo dysonansów.
Owe melodie nie są bynajmniej przesłodzone, bo niejednokrotnie zajedzie w nich
norweskim szronem, jednak słuchając tych utworów mam wrażenie, że znam te
harmonie na pamięć. Płyną sobie one swobodnie na przód, napędzane głównie
tremolowym riffem, czasem podkreślane klawiszowym maźnięciem w tle, ale tak
naprawdę wrażeń przy nich tyle, co u przewoźnika płynącego po raz setny
wycieczkowcem po tej samej trasie. Na tym albumie wszystko jest poprawne. Poprawnie
dobrane są proporcje, odpowiednio zróżnicowane aranżacje, klasyczny wokal,
kilka razy przeplatany jakimiś deklamacjami albo zaśpiewami, poprawne jest
brzmienie (choć bardziej przypominające drugą połowę lat dziewięćdziesiątych
niż ich początek), znośna jest okładka. Tylko co z tego, skoro poza zapalonymi
maniakami wszystkiego co blackmetalowe, mało kto będzie o tym wydawnictwie za
miesiąc pamiętał. Za dużo jest ciekawszych propozycji na dzisiejszym runku
muzycznym, by zatrzymywać się nad tym dłużej. Kto chce, niech się nad tym
pochyli. Mnie to nie rusza. Trzeciego pełniaka sprawdzać już nie zamierzam.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz