Temple
of Decay
„Profanus”
Old Temple 2026
Nie
wiem, jak było wcześniej, bo to moje pierwsze spotkanie z tym solowym
projektem, ale „Profanus” już od pierwszych chwil zrobił mi naprawdę dobrze.
Twarde i zimne brzmienie gitar, lekko wycofana sekcja rytmiczna, jadowite
wokale, wszystko jest na swoim miejscu. Plątanina lodowatych tremolo z
thrashowym batożeniem, które niekiedy przechodzi w trochę cięższe formy i
delikatnie dysonansowe wtręty, wkręca się bez problemu, zniewalając
jednostajnością, przełamywaną niekiedy przez przysadziste zwolnienia czy
szybsze zrywy. Jednakże dominują tutaj średnie tempa, które hipnotyzują na
całego mroczną atmosferą i ponurymi melodiami. Całość wraz z zapamiętale
wypluwanymi słowami przez Mortta, kreuje posępne misterium, które wycelowane
jest w świętość wszelaką, atakując z wściekłością, choć cierpliwie, gdyż riffy
na najnowszej, trzeciej płycie Temple of Decay, zdają się płynąć ze spokojem i
dostojnością, dostarczając oprócz czystego bluźnierstwa także odrobiny
religijnej atmosfery. Chłód, nienawiść i perwersyjna wulgarność to wyznaczniki
tego materiału, który z pewnością nie wytycza nowych ścieżek dla gatunku, ale z
żarliwością szerzy soniczną blasfemię. Robi to z odpowiednią mocą i szczerym
zaangażowaniem, co wyraźnie słychać w intonacji słów jak i charakterze akordów,
które nie rozpieszczają milutkimi harmoniami. Sączą się z nich nieprzychylne
tony, urozmaicone marszowymi rytmami, dobrze dobranymi samplami i
agresywniejszym kostkowaniem, które wraz z galopującą perkusją wzorowo kaleczy
uszy. Płyta została zarejestrowana czytelnie, ale zadbano o szorstką barwę
instrumentów. Klimatyczny, siarczysty i surowy album z transparentnym
przesłaniem. Uderza w punkt, nie obwijając w bawełnę. Polecam, bo to niezły
bleczur, który wymyka się z ram współczesnej, polskiej sceny.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz