Shine
„Wrathcult”
Dark Descent Rec. 2026
Pod koniec stycznia światło dzienne ujrzy
debiutancki album Shine. „Debiutancki” w tym przypadku bynajmniej nie znaczy,
że odpowiedzialni za niego ludzie to nowicjusze. Wręcz przeciwnie. Jeśli
pamiętacie nasz rodzimy Hazael, którego debiut był zresztą przez Dark Descent
wznawiany, to wyjaśniam, iż Shine jest nowym tworem powołanym do życia przez
Tomka Dobrzenieckiego. Jednocześnie nie jest to w najprostszej linii
kontynuacja pomysłów z „Thor”, a rzecz nieco bardziej dojrzała, czy rozwinięta.
Owszem, trzon muzyki stanowi tutaj death metal. Polski death metal trzeba zaznaczyć.
Jakby nie patrzeć, zespoły pokroju Vader czy Devilyn, że wymienię tylko dwa,
które mi się tutaj najmocniej kojarzą, mimo iż czerpały głównie z inspiracji
zamorskich, potrafiły wykreować coś własnego i rozpoznawalnego,
charakterystycznego dla kraju nad Wisłą. Podobne wibracje mamy w Shine. Te
nagrania, tak na dobrą sprawę, brzmią trochę jakby zostały zarejestrowane, a
przynajmniej skomponowane, bo pod względem brzmienia jako takiego czuć jednak
postęp technologiczny, gdzieś na przełomie lat dziewięćdziesiątych i
dwutysięcznych. Kompozytorsko to jednak nadal głównie stara szkoła. Sporo na
tej płycie blastów i szybkiego kostkowania, ale nie brak momentów wolniejszych,
wręcz klimatycznych, jak choćby polskojęzyczny „Oddajcie Co Moje” (acz według
mnie, to chyba najsłabszy numer na tym wydawnictwie). Dla przeciwwagi mógłbym
jednak wymienić kilka innych tytułów, bo tak naprawdę nie ma tutaj
schematyczności, a każda kompozycja zawiera w sobie coś ciekawego. Podoba mi
się, w jak niewymuszony sposób tasują się na tej płycie harmonie, jak
naturalnie przeplatają pomysły, jak śmiało Tomek różnicuje wokale (choć i tutaj
nie wszystko do końca mi gra, jak choćby Samaelowe „Hu – Ha” w „The Horror of
the Night”). W ogólnym rozrachunku „Wrathcult” jest jednak płytą dobrą, i na
pewno nie wali geriatrią, jak w przypadku dokonań wielu rówieśników jej twórcy.
I na pewno nie można patrzeć na nią przez pryzmat kultowego „Thor”, o czym
zresztą wspomniałem. Czy przy dzisiejszym natłoku nowości wydawniczych warto
poświęcić tej płycie trzy kwadranse? Myślę, że tak. Czy zadomowi się ona w
waszych głowach na dłużej? Tego już nie gwarantuję. Musicie sprawdzić sami.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz