wtorek, 13 stycznia 2026

Recenzja Shine „Wrathcult”

 

Shine

„Wrathcult”

Dark Descent Rec. 2026

Pod koniec stycznia światło dzienne ujrzy debiutancki album Shine. „Debiutancki” w tym przypadku bynajmniej nie znaczy, że odpowiedzialni za niego ludzie to nowicjusze. Wręcz przeciwnie. Jeśli pamiętacie nasz rodzimy Hazael, którego debiut był zresztą przez Dark Descent wznawiany, to wyjaśniam, iż Shine jest nowym tworem powołanym do życia przez Tomka Dobrzenieckiego. Jednocześnie nie jest to w najprostszej linii kontynuacja pomysłów z „Thor”, a rzecz nieco bardziej dojrzała, czy rozwinięta. Owszem, trzon muzyki stanowi tutaj death metal. Polski death metal trzeba zaznaczyć. Jakby nie patrzeć, zespoły pokroju Vader czy Devilyn, że wymienię tylko dwa, które mi się tutaj najmocniej kojarzą, mimo iż czerpały głównie z inspiracji zamorskich, potrafiły wykreować coś własnego i rozpoznawalnego, charakterystycznego dla kraju nad Wisłą. Podobne wibracje mamy w Shine. Te nagrania, tak na dobrą sprawę, brzmią trochę jakby zostały zarejestrowane, a przynajmniej skomponowane, bo pod względem brzmienia jako takiego czuć jednak postęp technologiczny, gdzieś na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Kompozytorsko to jednak nadal głównie stara szkoła. Sporo na tej płycie blastów i szybkiego kostkowania, ale nie brak momentów wolniejszych, wręcz klimatycznych, jak choćby polskojęzyczny „Oddajcie Co Moje” (acz według mnie, to chyba najsłabszy numer na tym wydawnictwie). Dla przeciwwagi mógłbym jednak wymienić kilka innych tytułów, bo tak naprawdę nie ma tutaj schematyczności, a każda kompozycja zawiera w sobie coś ciekawego. Podoba mi się, w jak niewymuszony sposób tasują się na tej płycie harmonie, jak naturalnie przeplatają pomysły, jak śmiało Tomek różnicuje wokale (choć i tutaj nie wszystko do końca mi gra, jak choćby Samaelowe „Hu – Ha” w „The Horror of the Night”). W ogólnym rozrachunku „Wrathcult” jest jednak płytą dobrą, i na pewno nie wali geriatrią, jak w przypadku dokonań wielu rówieśników jej twórcy. I na pewno nie można patrzeć na nią przez pryzmat kultowego „Thor”, o czym zresztą wspomniałem. Czy przy dzisiejszym natłoku nowości wydawniczych warto poświęcić tej płycie trzy kwadranse? Myślę, że tak. Czy zadomowi się ona w waszych głowach na dłużej? Tego już nie gwarantuję. Musicie sprawdzić sami.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz