Büddah
„Amyotrophy”
Godz ov War 2026
Od debiutanckiej EP-ki Büddah, która, mówiąc
szczerze, absolutnie mnie nie powaliła, minęły trzy lata. W międzyczasie
widziałem zespół dwukrotnie na koncercie, i mimo lokalnego patriotyzmu, nie
widziałem w tym tworze przesadnego potencjału. Dlatego wielką niespodzianką
było pojawienie się dużej płyty Bydgoszczan w… Godz ov War. Było nie było,
wytwórni o określonej renomie, gwarantującej określony poziom swoich
wydawnictw. Zanim jeszcze włączyłem „Amyotrophy”, zwróciłem uwagę na bardzo
dobry obraz zdobiący front tego wydawnictwa, zresztą autorstwa założyciela
zespołu, idealnie pasujący do tytułu. Przejdźmy jednak do konkretów czysto
muzycznych. Już otwierający całość „Amyotrophy I” pokazuje, że Büddah to już
nie ten sam zespół co przy okazji „The Curse of Ferrius”. W przeciągu pięciu i
pół minuty, bo tyle trwa ten utwór, częstowani jesteśmy taką ilością pomysłów,
dojrzałych pomysłów, trzeba nadmienić, że można doznać lekkiego opadu szczęki.
Przy okazji można też wymienić kilka przychodzących do głowy nazw, i dziwnym
trafem są to zespoły, które nie stroniły od łamania rytmów i oryginalnego
kombinowania. Wspomnę jedynie Pestilence (ten z okolic trzeciej / czwartej
płyty) oraz Sadus (choć to chyba głównie przez wychodzące na pierwszy plan
linie basu), byście mieli jako taką orientację w terenie. W dalszej części
płyty te dwa tematy niejednokrotnie powracają, aczkolwiek często
przyprowadzając ze sobą całkiem inne towarzystwo. Büddah na swoim pełnoprawnym
debiucie nie trzymają się sztywno, niczym małpa palmy, jednego stylu. Podobnie,
nie powstrzymują się przed nagłymi zmianami tempa czy zaskakującymi, chwilami
sprawiającymi wrażenie wręcz chaotycznych, przejściami z riffu w riff. Ciekawie
jest też w sferze wokalnej, gdzie barwa głosu, oraz sposób ekspresji,
niejednokrotnie mutują podobnie do podkładu muzycznego. Znajdziecie tu garść
deathmetalowego pierdolnięcie, sporo śmiertelnej, bardziej technicznej melodii,
thrashowego sznytu, odrobinę doomowego klimatu czy blackmetalowego mrozu. I
żeby było jeszcze mniej szablonowo, kapkę dźwięków orientalnych w postaci
interludium „Law of the Snake”. Przez te wariacje, muzyka zespołu nie jest
prosta w odbiorze, i zdecydowanie nie da się jej przetrawić przy jednym
podejściu. Z czasem jednak, gdy się już z tymi piosenkami przegryziemy, z
pozornie „upaćkanego płótna” zaczyna wyłaniać się coraz to wyraźniejszy obraz. Obraz,
niby popełniony znaną paletą barw, jednak na swój sposób oryginalny. Bo jednemu
nie można zaprzeczyć. Czy wam ten album siądzie, czy też nie, Büddah są
„jacyś”. Nie patrzą wyłącznie na dawno udeptane ścieżki, ale i też szukają
swojej. Myślę, że „Amyotrophy” jest odważnym krokiem w dobrym kierunku. Dlatego
też dziś moja wiara w lokalnych młodzików odżyła, i będę im mocno kibicował, bo
tym razem w ich twórczości potencjał czuć! Mam nadzieję, że ich kolejne
wydawnictwo udowodni, iż nie byłem w błędzie. Naprawdę ciekawa płyta.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz