wtorek, 6 stycznia 2026

Recenzja Büddah „Amyotrophy”

 

Büddah

„Amyotrophy”

Godz ov War 2026

Od debiutanckiej EP-ki Büddah, która, mówiąc szczerze, absolutnie mnie nie powaliła, minęły trzy lata. W międzyczasie widziałem zespół dwukrotnie na koncercie, i mimo lokalnego patriotyzmu, nie widziałem w tym tworze przesadnego potencjału. Dlatego wielką niespodzianką było pojawienie się dużej płyty Bydgoszczan w… Godz ov War. Było nie było, wytwórni o określonej renomie, gwarantującej określony poziom swoich wydawnictw. Zanim jeszcze włączyłem „Amyotrophy”, zwróciłem uwagę na bardzo dobry obraz zdobiący front tego wydawnictwa, zresztą autorstwa założyciela zespołu, idealnie pasujący do tytułu. Przejdźmy jednak do konkretów czysto muzycznych. Już otwierający całość „Amyotrophy I” pokazuje, że Büddah to już nie ten sam zespół co przy okazji „The Curse of Ferrius”. W przeciągu pięciu i pół minuty, bo tyle trwa ten utwór, częstowani jesteśmy taką ilością pomysłów, dojrzałych pomysłów, trzeba nadmienić, że można doznać lekkiego opadu szczęki. Przy okazji można też wymienić kilka przychodzących do głowy nazw, i dziwnym trafem są to zespoły, które nie stroniły od łamania rytmów i oryginalnego kombinowania. Wspomnę jedynie Pestilence (ten z okolic trzeciej / czwartej płyty) oraz Sadus (choć to chyba głównie przez wychodzące na pierwszy plan linie basu), byście mieli jako taką orientację w terenie. W dalszej części płyty te dwa tematy niejednokrotnie powracają, aczkolwiek często przyprowadzając ze sobą całkiem inne towarzystwo. Büddah na swoim pełnoprawnym debiucie nie trzymają się sztywno, niczym małpa palmy, jednego stylu. Podobnie, nie powstrzymują się przed nagłymi zmianami tempa czy zaskakującymi, chwilami sprawiającymi wrażenie wręcz chaotycznych, przejściami z riffu w riff. Ciekawie jest też w sferze wokalnej, gdzie barwa głosu, oraz sposób ekspresji, niejednokrotnie mutują podobnie do podkładu muzycznego. Znajdziecie tu garść deathmetalowego pierdolnięcie, sporo śmiertelnej, bardziej technicznej melodii, thrashowego sznytu, odrobinę doomowego klimatu czy blackmetalowego mrozu. I żeby było jeszcze mniej szablonowo, kapkę dźwięków orientalnych w postaci interludium „Law of the Snake”. Przez te wariacje, muzyka zespołu nie jest prosta w odbiorze, i zdecydowanie nie da się jej przetrawić przy jednym podejściu. Z czasem jednak, gdy się już z tymi piosenkami przegryziemy, z pozornie „upaćkanego płótna” zaczyna wyłaniać się coraz to wyraźniejszy obraz. Obraz, niby popełniony znaną paletą barw, jednak na swój sposób oryginalny. Bo jednemu nie można zaprzeczyć. Czy wam ten album siądzie, czy też nie, Büddah są „jacyś”. Nie patrzą wyłącznie na dawno udeptane ścieżki, ale i też szukają swojej. Myślę, że „Amyotrophy” jest odważnym krokiem w dobrym kierunku. Dlatego też dziś moja wiara w lokalnych młodzików odżyła, i będę im mocno kibicował, bo tym razem w ich twórczości potencjał czuć! Mam nadzieję, że ich kolejne wydawnictwo udowodni, iż nie byłem w błędzie. Naprawdę ciekawa płyta.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz