Banisher
„Metamorphosis”
Selfmadegod Records 2026
Trzydziestego
stycznia ukaże się piąta płyta tej rzeszowskiej grupy, która już od ponad
dwudziestu lat buja się po polskiej scenie technicznego i progresywnego death
metalu. Metalu, który obok wirtuozerskich popisów oraz niebanalnych rozwiązań
aranżacyjnych, posiada ten core’owy groove, co zawsze kojarzyło mi się z takim
Soulfly, tyle że na sterydach, a takie rytmy rodem z brazylijskiej dżungli
nigdy mi nie leżały. Cóż, pomijając uprzedzenia, należy stwierdzić, że Banisher
po raz kolejny nagrał album, który jest naszpikowany różnymi formami
kostkowania, zmianami tempa i rytmiki, awangardowymi wtrętami i połączeniami
ich z brutalnością metalu śmierci. Technika techniką, modernistyczne
udziwnienia i nietuzinkowe pomysły doskonale urozmaicają oraz podkręcają
dynamikę i klimat, ale pierdolnięcie ta muzyka ma. Ma też „coś” jeszcze, bo te
wszystkie, nietuzinkowe riffy sprawiają, że to „coś” żyje na „Metamorphosis”.
Dla mnie twórczość Banisher i grup bliźniaczych nigdy do mnie nie przemawiała i
przemawiać nie będzie, ale co nieco zrozumiałem, gdy z notki dołączonej do tego
materiału dowiedziałem się, że przy jego komponowaniu wykorzystano sześć
strojów gitar, a jedna z nich brzmi jak skrzypce. To rozjaśniło mi nieco w
głowie i wgryzłem się dzięki temu bardziej w ten krążek, skupiając się na
barwie wioseł i to właśnie ten element robi tutaj robotę. W zestawieniu z
galopującą perkusją, solidnym basem i nieco wkurwiającymi wokalami, dźwięczy to
fantastycznie, ale czy jest mi to do czegoś potrzebne? Mi słoń kiedyś nadepnął
na ucho i jestem w stanie znieść tylko te toporne produkcje, a „Metamorphosis”
do nich nie pasuje. Wydawnictwo skierowane do fanów tego specyficznego,
festiwalowego ujęcia death metalu, który oprócz agresywności oferuje również mnóstwo
wrażeń estetycznych i głównie im je polecam.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz