niedziela, 25 stycznia 2026

Recenzja Banisher „Metamorphosis”

 

Banisher

„Metamorphosis”

Selfmadegod Records 2026

Trzydziestego stycznia ukaże się piąta płyta tej rzeszowskiej grupy, która już od ponad dwudziestu lat buja się po polskiej scenie technicznego i progresywnego death metalu. Metalu, który obok wirtuozerskich popisów oraz niebanalnych rozwiązań aranżacyjnych, posiada ten core’owy groove, co zawsze kojarzyło mi się z takim Soulfly, tyle że na sterydach, a takie rytmy rodem z brazylijskiej dżungli nigdy mi nie leżały. Cóż, pomijając uprzedzenia, należy stwierdzić, że Banisher po raz kolejny nagrał album, który jest naszpikowany różnymi formami kostkowania, zmianami tempa i rytmiki, awangardowymi wtrętami i połączeniami ich z brutalnością metalu śmierci. Technika techniką, modernistyczne udziwnienia i nietuzinkowe pomysły doskonale urozmaicają oraz podkręcają dynamikę i klimat, ale pierdolnięcie ta muzyka ma. Ma też „coś” jeszcze, bo te wszystkie, nietuzinkowe riffy sprawiają, że to „coś” żyje na „Metamorphosis”. Dla mnie twórczość Banisher i grup bliźniaczych nigdy do mnie nie przemawiała i przemawiać nie będzie, ale co nieco zrozumiałem, gdy z notki dołączonej do tego materiału dowiedziałem się, że przy jego komponowaniu wykorzystano sześć strojów gitar, a jedna z nich brzmi jak skrzypce. To rozjaśniło mi nieco w głowie i wgryzłem się dzięki temu bardziej w ten krążek, skupiając się na barwie wioseł i to właśnie ten element robi tutaj robotę. W zestawieniu z galopującą perkusją, solidnym basem i nieco wkurwiającymi wokalami, dźwięczy to fantastycznie, ale czy jest mi to do czegoś potrzebne? Mi słoń kiedyś nadepnął na ucho i jestem w stanie znieść tylko te toporne produkcje, a „Metamorphosis” do nich nie pasuje. Wydawnictwo skierowane do fanów tego specyficznego, festiwalowego ujęcia death metalu, który oprócz agresywności oferuje również mnóstwo wrażeń estetycznych i głównie im je polecam.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz