Malignant Aura
„Where All Of Worth Comes To Wither”
Memento Mori (2026)
Sporo
na rynku tych kapel z członem „Malignant” w nazwie. Na tyle dużo, że
podświadomie chce się je wrzucić do jednego wora i wrzucić z betonowymi
bucikami na dno jeziora. W przypadku Malignant Aura argumentami
przeciwdziałającemu wspomnianym wcześniej zamiarom było to, że nowy ich album
wydaje lubiana przeze mnie, hiszpańska Memento Mori, oraz fakt, że pochodzą z
Australii, a jak wiadomo – prawie wszystko co z Australii może Cię zabić. No i
już pierwsze zderzenie z najnowszą propozycją Malignant Aura rozwiewa
wątpliwości czy moja decyzja o uchronieniu ich przez betonowymi bucikami była
słuszna czy nie. „Where All Of Woth Comes To Wither” otwiera mój deathmetalowy,
2026 rok z buta. 5 kawałków i 45 minut death/doomu jakiego na rynku ostatnio
relatywnie mało od jakiegoś czasu dość regularnie gości na playliście.
Zapomnijcie o nowomodnym gruzie, o growlu z otchłani, o generycznych, grobowych
riffach, zlewających się w jedną bezkształtną masę. Malignant Aura w ani jednym
momencie nie wpisuje się we współczesne trendy wolnogrobowego brzdękania.
Inspiracji w tym przypadku szukałbym prędzej w dokonaniach wczesnego
Runemagick, Paradise Lost, Druid Lord czy Hooded Menace, przy czy – jak
wspomniałem – to raczej inspiracje, a nie kalkomania. Australijczycy oferują
zaskakująco rozbudowane utwory, w których tempo zmienia się nader często,
pierwiastek deathmetalowy jest dużo większy niż w rpzypadku w/w zespołów, a
ucieczki w melancholijne melodie są tu sporadyczne i stanowią raczej fajne
urozmaicenie iż są prominentnym środkiem wyrazu. Dominują co prawda miarowe,
marszowe lub wolne rytmy, ale nie brakuje tu bezlitosnych przyspieszeń,
niejednokrotnie puszczających oczko do Disembowelment. Zwraca uwagę bogactwo
riffów i błyskotliwe solówki, które nigdy nie popadają w krzywy onanizm.
Ewidentnie kłania się tutaj metalowa tradycja lat 80., a przede wszystkim 90.
Szczególną wartość dodaną w przypadku tego wydawnictwa niesie produkcja –
zaskakująco organiczna, surowa, jakby totalnie wyzbyta studyjnych trików i
efekciarstwa. Kolejne akordy i takty przynoszą słuchaczowi bardzo szlachetne
poczucie dźwiękowej brzydoty, swoistego archaizmu i pierwociny. Jest w tym
jakaś soniczna prawda, metalowa korzenność, która nie stara się przypodobać
każdemu miłośnikowi undergroundu. Jeśli ktoś lubi i rozumie czym jest
underground ten szybko powinien się na tym albumie poznać i go docenić. Jak dla
mnie wyśmienity album, możliwe, że jeden z najlepszych w katalogu Memento Mori.
Nie przegapcie tego wydawnictwa, bo w tym przypadku jest to pełna rekomendacja
i kandydat do końcoworocznych wspominek.
Harlequin

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz