wtorek, 6 stycznia 2026

Recenzja Malignant Aura „Where All Of Worth Comes To Wither”

 

Malignant Aura

Where All Of Worth Comes To Wither

Memento Mori (2026)

Sporo na rynku tych kapel z członem „Malignant” w nazwie. Na tyle dużo, że podświadomie chce się je wrzucić do jednego wora i wrzucić z betonowymi bucikami na dno jeziora. W przypadku Malignant Aura argumentami przeciwdziałającemu wspomnianym wcześniej zamiarom było to, że nowy ich album wydaje lubiana przeze mnie, hiszpańska Memento Mori, oraz fakt, że pochodzą z Australii, a jak wiadomo – prawie wszystko co z Australii może Cię zabić. No i już pierwsze zderzenie z najnowszą propozycją Malignant Aura rozwiewa wątpliwości czy moja decyzja o uchronieniu ich przez betonowymi bucikami była słuszna czy nie. „Where All Of Woth Comes To Wither” otwiera mój deathmetalowy, 2026 rok z buta. 5 kawałków i 45 minut death/doomu jakiego na rynku ostatnio relatywnie mało od jakiegoś czasu dość regularnie gości na playliście. Zapomnijcie o nowomodnym gruzie, o growlu z otchłani, o generycznych, grobowych riffach, zlewających się w jedną bezkształtną masę. Malignant Aura w ani jednym momencie nie wpisuje się we współczesne trendy wolnogrobowego brzdękania. Inspiracji w tym przypadku szukałbym prędzej w dokonaniach wczesnego Runemagick, Paradise Lost, Druid Lord czy Hooded Menace, przy czy – jak wspomniałem – to raczej inspiracje, a nie kalkomania. Australijczycy oferują zaskakująco rozbudowane utwory, w których tempo zmienia się nader często, pierwiastek deathmetalowy jest dużo większy niż w rpzypadku w/w zespołów, a ucieczki w melancholijne melodie są tu sporadyczne i stanowią raczej fajne urozmaicenie iż są prominentnym środkiem wyrazu. Dominują co prawda miarowe, marszowe lub wolne rytmy, ale nie brakuje tu bezlitosnych przyspieszeń, niejednokrotnie puszczających oczko do Disembowelment. Zwraca uwagę bogactwo riffów i błyskotliwe solówki, które nigdy nie popadają w krzywy onanizm. Ewidentnie kłania się tutaj metalowa tradycja lat 80., a przede wszystkim 90. Szczególną wartość dodaną w przypadku tego wydawnictwa niesie produkcja – zaskakująco organiczna, surowa, jakby totalnie wyzbyta studyjnych trików i efekciarstwa. Kolejne akordy i takty przynoszą słuchaczowi bardzo szlachetne poczucie dźwiękowej brzydoty, swoistego archaizmu i pierwociny. Jest w tym jakaś soniczna prawda, metalowa korzenność, która nie stara się przypodobać każdemu miłośnikowi undergroundu. Jeśli ktoś lubi i rozumie czym jest underground ten szybko powinien się na tym albumie poznać i go docenić. Jak dla mnie wyśmienity album, możliwe, że jeden z najlepszych w katalogu Memento Mori. Nie przegapcie tego wydawnictwa, bo w tym przypadku jest to pełna rekomendacja i kandydat do końcoworocznych wspominek.

                                                                                                                                     Harlequin




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz