piątek, 9 maja 2025

Recenzja Devine Defilement „Ruthless”

 

Devine Defilement

„Ruthless”

Time To Kill Records 2025

Nowa płyta tego fińskiego sekstetu jest niczym jej okładka. Wypełniona krwią, gnijącym mięsem, flegmą w kolorach pomieszczenia, w którym urzędują obrzydliwie chude zombiaki i ich obleśny szef. Dwanaście numerów ciasno napakowanych rzęsistymi blastami, które przechodzą w pulsujące technicznym zacięciem zagrywki. W między nie Finowie wplatają także sporo schizoidalnych, wysokotonowych wtrętów, solówek oraz gniecenia w średnim tempie na tłumionych strunach. Wszystko oczywiście w towarzystwie tłustego basu i zdrowo bijącej perkusji oraz opętańczych wrzasków i soczystego growlu, który potrafi przejść również w „świński” skowyt. Jakby tego było mało całość, miejscowo doprawiają klawiszowym tłem, paroma samplami, a także melancholijnymi melodiami jak chociażby ta w siódmym kawałku „Anthropophagic Apocalypse Part 1 Collapse”, której nie powstydziłaby się na początku swojej kariery Anathema. Tak więc ci, którzy nie znali wcześniej tej kapeli wiedzą już, że czwarty jej krążek to niezwykle zróżnicowany deathcore, który od dziewiątego maja będzie zalewać potencjalnych słuchaczy gęstym i o zmiennych nastrojach graniem, gdzie intensywne i brutalne riffy nieustannie mieszają się ze spazmatycznymi uderzeniami i pokręconymi z szaleństwa akordami. Nad tą kłębiącą się i połamaną muzyką unosi się także nieco mistyczna atmosfera, co czyni w rękach Devine Defilement ten gatunek czymś nowym i zarazem innym od typowego deathcore’a. Bardzo odważne i inteligentne ujęcie tego stylu serwuje ta szóstka „wykolejeńców”. Burzliwa kakofonia dźwięków, z której płynie szerokim strumieniem cuchnąca maź, w której kąpią się i kopulują z trupami kobiet maszkary płci męskiej… rzecz jasna. Jeśli też tak chcecie to kupujcie „Ruthless”. Dobrej zabawy życzę.

shub niggurath




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz